Wiejski dżez

Kapela Maliszów

Fot. J. Nowotyński

Pochodzą z Męciny Małej w Beskidzie Niskim, kontynuują wielopokoleniowe tradycje muzyczne, ale po swojemu. Rodzinna Kapela Maliszów inspiruje się tradycyjną muzyką wiejską swojego regionu, ale również tańcami i przyśpiewkami z różnych obszarów Polski. Muzyka ta grana jest tradycyjnie, czyli na skrzypcach, basach i bębnie w sposób archaiczny, z pewną dozą wolności, radości i improwizacji. Kapela tworzy również własne utwory o charakterze wiejskim, dialogujące ze współczesnością, zahaczające o różne style. Z Janem, Kacprem i Zuzanną Maliszami rozmawiała Agnieszka Matecka-Skrzypek.

Agnieszka Matecka-Skrzypek: Rok temu wasza druga płyta „Wiejski dżez” otrzymała tytuł Folkowego Fonogramu Roku. Czy coś wam on dał? Czy coś się zmieniło?
Jan Malisz: Fonogram Roku to oczywiście bardzo ważna, prestiżowa nagroda dla muzyków, zwłaszcza gdy jest tak silna konkurencja, jaka była w roku 2017. Trudno jest mi powiedzieć, czy to przekłada się na liczbę koncertów itp., bo przed jego otrzymaniem też mieliśmy spore wzięcie, a fonogram był tego potwierdzeniem. Obecnie mamy również wiele propozycji koncertów w kraju i za granicą. Dodam, że otrzymaliśmy także trzecią nagrodę Folkowego Fonogramu Roku 2015, poza tym za rok 2017 również Wirtualne Gęśle. Nastąpiła więc kumulacja nagród w krótkim czasie, a to pewno wpływa pozytywnie na zespół, dodaje energii do dalszej pracy.

Czy zaskoczył was wtedy Folkowy Fonogram Roku?
J.M.:
Zaskoczył. Była duża konkurencja i nie spodziewaliśmy się pierwszego miejsca.
Kacper Malisz: Czegoś się spodziewaliśmy – bo wydaje mi się, że każdy artysta jednak trochę liczy na coś, zwłaszcza jeśli dotarło się do tej top dziesiątki – ale nie pierwszego miejsca. Chyba nikt tego nie oczekiwał. Mimo że nasza płyta została uznana za najlepszą, to tak naprawdę każdy spośród tych dziesięciu albumów mógł dostać Fonogram, w ogóle każdy powinien dostać nagrodę. Powinno być dziesięć zespołów na koncercie, ale tak się nie da. Jesteśmy bardzo wdzięczni.

Jest to efekt waszej wieloletniej pracy, w zasadzie od… Dla waszej dwójki to całe życie.
K.M.:
Tak się złożyło, że zostaliśmy muzykami wbrew naszej woli, jak byśmy byli obciążeni genami i po prostu musieli grać.
Zuzanna Malisz: Ja zawsze mówię, że to jest przeznaczenie.
K.M.: Nie wiem, ale tak się złożyło. Mieliśmy okazję nagrać płytę, na której zawarliśmy muzykę w naszym oryginalnym stylu – może nie regionalnym, tylko w stylu Maliszowym. Składa się na niego wiele czynników, m.in. muzyka z całej Polski, nie tylko z naszego Pogórza, ale też nasze osobiste wywody i inspiracje.
J.M.: Za sto lat zostanie ona uznana za muzykę tradycyjną.
K.M.: Nie byłbym tego taki pewien.

Zuzanno, jakie są twoje pierwsze wspomnienia związane z muzyką?
Z.M.:
Nie jestem w stanie sobie przypomnieć. Myślę, że to było zaraz po tym, jak się urodziłam. Gdy byliśmy w domu, tata wziął jakieś skrzypce albo akordeon i zaczął mi grać. Nie mam pojęcia, kiedy był ten pierwszy raz na scenie. Nie pamiętam tego.

Czy fascynowało cię muzykowanie taty, czy się buntowałaś i cię nie interesowało?
Z.M.:
To zawsze było takie naturalne. Siedziałam w drugim pokoju, tata grał, więc nie było czegoś, co by mnie denerwowało czy inspirowało. To muzykowanie w domu było od zawsze czymś bardzo normalnym. Myślę, że to dlatego granie razem nam tak łatwo wychodzi, bo od małego byliśmy z tą muzyką oswajani.

Jak wygląda taka praca w kapeli rodzinnej? Czy macie stałe godziny prób?
Z.M.:
Dawniej odbywały się próby co tydzień, w niedzielę. Teraz już jesteśmy na takim etapie, że nie musimy ich robić tak często.
K.M.: Przed koncertem, jeśli nie gramy jakiś miesiąc, trzeba zrobić próbę. Każdy z nas ćwiczy również indywidualnie.
J.M.: Zuzia dużo śpiewa. Ja sobie gram w swojej pracowni, Kacper w swoim pokoju.
K.M.: Mimo wszystko możemy powiedzieć, że gramy razem, tylko w innych miejscach. Taka jest prawda. Czasami gram na skrzypcach u siebie, a Zuzka śpiewa u siebie – mimo że coś całkowicie innego. Wydaje mi się, że to też się liczy. Granie w rodzinie, takie zsynchronizowanie się w naszym gatunku muzycznym nie jest aż tak wymagające jak w przypadku muzyków, którzy się w ogóle nie znają, którzy założyli nowy zespół i każdy jest z innego miejsca. Muszą się zgrać, a każdy z nich ma jeszcze wiele innych grup i musi przygotować repertuar. Dlatego ma szansę zagrać te rzeczy ułożone przez siebie tylko i wyłącznie na próbie z zespołem. My możemy to robić cały czas. Jest to łatwa współpraca tylko i wyłącznie pod względem logistycznym.

Czy pod innymi względami jest trudno?
K.M.:
Jak to w zespole. Kto jest w zespole, ten wie, jak jest.
J.M.: Bez komentarza.

Jak wyglądał wasz pierwszy wspólny występ?
K.M.:
W składzie Kapela Maliszów Trio, czyli takim, jaki jest teraz, to była Stara Tradycja 2013. To był nasz pierwszy występ. Graliśmy tam bardzo tradycyjnie i mieliśmy jeszcze stroje ludowe.
Z.M.: Rok później była Nowa Tradycja już w tym składzie.
K.M.: Już z naszym repertuarem, a nie takim całkowicie tradycyjnym. To były takie dwa występy, które najbardziej zapamiętałem z tych pierwszych. Po Nowej Tradycji się wszystko rozhulało.

Czy zawsze chciałeś mieć taką kapelę rodzinną?
J.M.:
Zawsze chciałem mieć kapelę rodzinną opartą o moich braci i siostry. Zawsze chciałem taką grupę stworzyć. Każdy grał w innej kapeli, rzadko muzykowaliśmy razem. Grają również moi bratankowie. Zawsze chodziło mi po głowie, żeby założyć kapelę, ale się tak nigdy nie złożyło. Postanowiłem założyć kapelę rodzinną Maliszów z własnymi dziećmi. Przyszło to logistycznie bardzo łatwo i się udało.

Macie daleko sięgające tradycje muzyczne.
J.M.:
Dziadek grał, ojciec grał, ja grałem, moje dzieci grają. Mój tato kochał muzykę, moja mama też. Tato nie był czynnym muzykantem ludowym, podobnie dziadek. Oni grali amatorsko. Mój tato jeszcze przed wojną grywał na weselach, ale to był tylko taki epizod kawalerski. Potem wybuchła wojna i już nie wrócił do tego fachu. Po wojnie rzeczywistość się zmieniła. Zuzia i Kacper czerpią większe od moich tradycje od strony mamy. Dziadek Edyty wywodził się z kapeli Stachy. Grał na cymbałach. Był założycielem tej kapeli. Grał całe życie, jeszcze z panem Stanisławem Wyrzykowskim. On pamięta jeszcze różne sytuacje. Czasami nam opowiada, jak jeszcze pradziadek grywał na cymbałach. To są bardzo odległe czasy. Myślę, że taki splot, nagromadzenie muzykantów w rodzinie zaowocowało tym, że jednak coś w genach nam przekazano. Nie robimy tego tylko dlatego, że chcemy. Jesteśmy do tego w pewnym sensie zaprogramowani.

A dlaczego zostałeś lutnikiem?
J.M.:
Z potrzeby. Żyliśmy w takich czasach, kiedy wszystko było drogie i kupienie gitary czy jakiegokolwiek instrumentu było trudne. Oczywiście, u mnie w domu było dużo instrumentów, bo tato je gromadził. Podstawą było to, żebyśmy wszyscy na nich grali. Postanowiłem zrobić sobie taką małą gitarkę, żeby móc ją przyczepić do plecaka i wędrować z nią po górach. Nie chciałem nosić takiej dużej. To niemalże mi się udało, bo kilka razy wyszedłem z nią w góry. Pracowałem wtedy w stolarni jako stolarz i miałem dostęp do nowoczesnych technologii, więc spróbowałem. Udało mi się. Instrument jest do dziś w domu, nazywa się cytara. To był mój pierwszy instrument. Potem długo, długo nic. Następnie posklejałem skrzypce, które przyniósł mi mój tata. Kupił je za swoją pierwszą wypłatę w wieku czternastu lat. Nadepnął na nie koń – to już jest stara historia, może nie będę wszystkiego opowiadał – ale w każdym razie on je posklejał i potem się drugi raz rozkleiły, ale już po wojnie. On trzymał resztki tych skrzypiec. Pamiętam, że kiedy byłem dzieckiem, leżały u nas i ktoś próbował na nich grać, a ja byłem jeszcze za malutki. Potem się rozkleiły i ja te skrzypce posklejałem. Teraz Kacper właśnie na nich gra. „Chodzony od Józefa” – bo mój ojciec miał na imię Józef – więc one odzywają się głosem z przeszłości. Od tego momentu, gdy skleiłem te skrzypce, zacząłem grać na tym instrumencie. Miałem wtedy dwadzieścia osiem lat. Wcześniej, od dziecka grałem na mandolinie, co mi pomogło.

Chodziłeś do szkoły czy do zespołu, np. mandolinistów w szkole podstawowej?
J.M.:
Nie. Na mandolinie zacząłem grać, dlatego że ojciec na niej grał. Tato już nie mógł grać na skrzypcach, bo miał kontuzję ręki. Na mandolinie grywał wszelkie melodie i uczyłem się od niego.

A grał ludowe melodie, tak jakby przekładane ze skrzypiec?
J.M.:
Tak. Uważam, że mandolina jest bardzo ludowym instrumentem. Nie powiedziałem jeszcze ostatniego słowa w tej sprawie. Może zrobimy jakiś utwór, w którym również zagramy na mandolinie.

Kacper, ile w twojej muzyce jest tradycji, a ile nowoczesności?
K.M.:
Skończyłem szkołę muzyczną I stopnia. Już wtedy, mniej więcej od czwartej klasy, zacząłem grać z tatą. Uczyłem się muzyki folkowej, m.in. irlandzkiej, potem kilku bałkańskich rzeczy i tak dalej. Rzuciłem II stopień, bo nie mogłem tego pogodzić z dojazdami. Poza tym muzyka klasyczna tak bardzo mnie nie pociągała, a jedyne, czego mogłem się tak naprawdę nauczyć na II stopniu, to klasyczna technika grania. Ta gra znacznie się różni od techniki ludowej. Stwierdziłem, że to nie ma sensu. Jeśli chodzi o późniejsze inspiracje, to chciałbym i próbuję iść w stronę jazzu – na razie w stronę wiejskiego jazzu – potem zobaczymy.

Ta płyta jest bardzo jazzowa.
K.M.:
Z nazwy jest w pięćdziesięciu procentach. Wydaje mi się, że z treści też, ale jest również wiejska.

Myślę, że twoja gra odcisnęła na niej duże piętno. Czy byłeś głównym aranżerem tych utworów?
K.M.:
Tak wyszło. Jeśli chodzi o utwory mojego autorstwa, to głównym aranżerem jestem ja. Jeśli chodzi o utwory autorstwa taty, głównym aranżerem jest on. Wydaje mi się, że jest to uczciwy układ. Nie chcieliśmy zrobić płyty tematycznej ani jakiegoś zamieszania w folku. Po prostu zagraliśmy to, co chcemy grać, co nam się podoba w tej chwili.
J.M.: Jest to konsekwencja tego, co było na pierwszej płycie. Kontynuujemy. Jest to rozwój.

Zuzko, w zespole ty trzymasz rytm. Czy to tata ci podsunął bęben?
Z.M.:
Kiedy wygraliśmy Starą Tradycję, dostaliśmy stos książek i płyt o muzyce tradycyjnej. Właśnie wtedy usłyszałam, jak wiejscy muzykanci bębnią i bardzo mnie to zainspirowało. Mieliśmy w domu stary bęben, który został zrobiony przez naszego dziadka od strony taty. Zaczęłam na nim grać, spodobało mi się to. Na początku nie wychodziło mi to aż tak dobrze, ale grałam. Kacper i tata zaczęli komponować swoje utwory, pojechaliśmy na Nową Tradycję. Od tamtego czasu już zostałam przy bębnie, porzuciłam basy. Grając na basach, bardzo się nudziłam, a teraz mogę trochę się wyżyć.

A od kogo uczyłaś się śpiewać?
Z.M.:
Od nikogo. Tata mówi, że odziedziczyłam głos po mojej babci. Może to jest prawda. Nigdy nie słyszałam, jak ona śpiewa, chociaż bardzo bym chciała. Uczyłam się sama. To przyszło naturalnie. Chodzę też do chóru w szkole muzycznej, więc może to trochę pomogło. Teraz zajmuję się rozwijaniem śpiewu i chcę pójść w stronę soulu, jazzu.

W takim razie powodzenia.

Skrót artykułu: 

Pochodzą z Męciny Małej w Beskidzie Niskim, kontynuują wielopokoleniowe tradycje muzyczne, ale po swojemu. Rodzinna Kapela Maliszów inspiruje się tradycyjną muzyką wiejską swojego regionu, ale również tańcami i przyśpiewkami z różnych obszarów Polski. Muzyka ta grana jest tradycyjnie, czyli na skrzypcach, basach i bębnie w sposób archaiczny, z pewną dozą wolności, radości i improwizacji. Kapela tworzy również własne utwory o charakterze wiejskim, dialogujące ze współczesnością, zahaczające o różne style. Z Janem, Kacprem i Zuzanną Maliszami rozmawiała Agnieszka Matecka-Skrzypek.

Fot. J. Nowotyński

Dział: 

Dodaj komentarz!