
Jan Malisz pochodzi z Męciny Małej w Beskidzie Niskim. Jest multiinstrumentalistą i budowniczym instrumentów. Zamiłowanie do muzyki tradycyjnej wyniósł z domu rodzinnego, choć zarówno gry, jak i budowy instrumentów uczył się sam, zaczynając od rekonstrukcji starych skrzypiec ojca. Tajniki liry korbowej poznał od znanego budowniczego Stanisława Wyżykowskiego. Wraz z córką Zuzanną i synem Kacprem tworzą dobrze rozpoznawalny na scenie muzyki tradycyjnej i folkowej zespół Kapela Maliszów. O zainteresowaniach muzycznych i budowie instrumentów z Janem Maliszem rozmawiała Magdalena Mazur.

Jan Malisz i Magdalena Mazur
fot. P. Mazur
Magdalena Mazur: Kiedy zaczął się Pan interesować budową instrumentów?
Jan Malisz: Można powiedzieć, że od dziecka, dlatego że moimi pierwszymi instrumentami były różne piszczałki z kory jaworowej, stroikowe oraz gwizdki wierzbowe i z bzu czarnego. Jak je robić, nauczył mnie ojciec podczas pasienia krów. Zawsze było u mnie w domu dużo instrumentów, więc przyglądałem się im. Mój tata był takim muzykantem, aktywnym jeszcze przed II wojną światową. Po niej już nie wrócił do tego fachu. Grał na skrzypcach, ale miał problem z ręką, więc później używał mandoliny. To też był mój pierwszy instrument, bo był najmniejszy w domu. Zawsze mnie interesowało, jak to jest zbudowane. Często rozbierałem akordeon, żeby zobaczyć, co jest w środku. Oczywiście tata tego nie wiedział, ale specjalnie tak robiłem. Cały czas było to muzykowanie, granie, uczyłem się grać na tych instrumentach w domu.
Potem zatrudniłem się w stolarni. Nie było to zgodne z moim wykształceniem, ale była tam praca, więc poszedłem. Tata powiedział, że po szkole średniej muszę się fachu nauczyć, żebym umiał coś robić w życiu. Załatwił mi pracę w stolarni, bo wiedział, że mam skłonności do majsterkowania. Tam się nauczyłem wielu rzeczy. Kiedy się zapoznałem z technologią obróbki drewna, postanowiłem zbudować instrument. Miałem wtedy jakieś dwadzieścia trzy lata. Byłem bardzo dumny z tego pierwszego instrumentu, ale się rozkleił, bo nie używałem właściwych materiałów. Potem znów go przebudowałem i do dziś jest stabilny.
Założyłem ludową pracownię rzeźbiarską. Jeździłem na różne kiermasze i to sprzedawałem. Od czasu do czasu robiłem jakiś dziwny instrument. Przez dwadzieścia lat rzeźbiłem i zdobyłem duże doświadczenie w dłucie. Dziś bardzo dużo rzeczy, które ktoś robi na maszynie, wykonuję ręcznie dłutem czy nożem. Maszynowo schodzi z tym dużo czasu. Ja po prostu wezmę nożyk, toporek czy siekierkę i obrobię wszystko. Nie trzeba mi żadnych frezarek. Człowiek może być uniwersalny, jeśli ma doświadczenie. Z tego powodu ja zbyt dużo narzędzi w pracowni nie mam: cyrkularka, czyszczarka, taśmówka, wiertarka i to wszystko! Stwierdzono, że maszynowe mikrodrgania zabijają w drewnie właściwości rezonansowe, więc wolę to wszystko robić ręcznie. To mi szybciej idzie.
Zawsze chciałem mieć dużo instrumentów, więc zacząłem robić je dla siebie. Jak zbudowałem sobie w Męcinie szopę, to już miałem dach nad głową. Sąsiad mi dał kawałek klocka jaworowego, więc jako rzeźbiarz od razu przystąpiłem do wybierania tego pudła rezonansowego, bez sklejania. Dla mnie było wtedy łatwiej zrobić takie korytko. Nie miałem wyginarki, więc w zasadzie ręcznie wykonałem ten instrument. On do dziś gra i ma bardzo fajny głos. Potem długo, długo nic. Jak jeździłem z tymi rzeźbami, to robiłem tylko z lipowego drewna instrumenty, które mogły służyć za ozdobę. Jeździłem na festiwale muzyki dawnej do Starego Sącza, na kiermasze sztuki ludowej. Jak była muzyczna impreza, wymyślałem różne fidele. To nawet nie grało, ale ludzie chętnie kupowali. Powoli, powoli w to brnąłem. Coraz więcej się pojawiało instrumentów, gdy jeździłem z rzeźbami, bo przyciągałem ludzi, kiedy grałem na swoim stoisku.
Tak było do momentu, kiedy spotkałem pana Stanisława Wyżykowskiego. To było jak uderzenie piorunem. Spotkałem go w Warszawie na jakimś kiermaszu. Byłem tam z rzeźbami, a on z jakimś kolegą przyjechał pokazywać swoje instrumenty. Te skrzypce, ta lira korbowa… Po prostu byłem w szoku, bo ja pierwszy raz lirę korbową widziałem! No i właśnie spotkałem Wyżykowskiego i tę jego pasję. Natchnął mnie taką wielką energią. To też był muzykant, więc mieliśmy bardzo dużo wspólnych tematów. Wtedy postanowiłem do niego pojechać, bo cały czas myślałem o tej lirze korbowej. Zamówiłem ją od niego. Oczywiście to nie było tak, że przyjechałem i powiedziałem: „Panie, zrób mi Pan lirę!”. Po prostu spędziłem z nim pół dnia. Pokazywał mi warsztat. To taki otwarty człowiek, chciał dużo dawać z siebie. Są tacy lutnicy, którzy by nawet parawanem zasłonili, żebyś nie widział, jak co się robi, bo to jest ich tajemnica. A on rozdaje wszystkim. To jest taki typ człowieka pod każdym względem, nie tylko, jeśli chodzi o temat instrumentów. On mnie zachęcił, bo ja wtedy miałem czterdzieści lat. Kupiłem od niego tę lirę, nauczyłem się grać szybciutko. Jeszcze zacząłem grać w zespole, zacząłem koncertować i postanowiłem sobie wykonać taki instrument. Moja pierwsza lira korbowa była taka skrzynkowa, bardzo prosta. To był prymitywny instrument, ale już coś dało się na nim zagrać. Byłem bardzo zadowolony, że mi to w ogóle wyszło. To było super. Drugą lirę już zrobiłem za pieniądze, ponieważ do domu kultury było takie zapotrzebowanie. Na umowę o dzieło załatwili ode mnie instrument. Potem już dalej poszło. Jak to mi się udało, to już po prostu dostałem wiele zamówień. Przede wszystkim chciałem sobie zrobić lirę. Teraz jestem lirnikiem bez liry, bo znów ją sprzedałem, jest takie zapotrzebowanie. Chciałbym zrobić cztery liry, żeby klient przyjechał i sobie wybrał. Niestety nie ma tak. Zapisuję sobie wszystko w zeszycie i tych zamówień mam na półtora roku czy nawet dwa. Ludzie są cierpliwi, czekają. To jest nawet dobre, bo jak ktoś chce instrument, to do tego czasu uzbiera pieniądze. Półtora roku szybko leci. Zacząłem robić te instrumenty i do dziś je robię. Już przestałem rzeźbić praktycznie. Nawet powiem szczerze, że nie mam tutaj żadnego świątka, żeby pokazać.
Jak ocenia Pan wartość, a przy tym brzmienie instrumentu?
Poznaje się uchem. To zależy, jakie kto ma preferencje, jeśli chodzi o dźwięk. Trzeba mieć naprawdę taki słuch estetyczny. Ja tego nie wytłumaczę, bo w Kapeli Maliszów mamy bardzo wysokie preferencje. Chcemy, żeby ten dźwięk naprawdę był czysty. Z tego powodu ta muzyka przemawia do ludzi, bo oni słyszą coś pięknego. Jeżeli coś świszczy, coś chrapie, dla kogoś to może być fajne. Grałem w szkole średniej muzykę rockową i też metal mi się podobał. Szarpało się te struny namiętnie. Wiem, że metalowcy się ogłuszają tym dźwiękiem cały czas na próbach, więc mają inne preferencje. Dla nich, jeżeli instrument wydobywa dźwięk, to już jest fajny. Trzeba jednak mieć też rozeznanie i próbować, jeżeli tylko jest taka okazja. Ja mam taką okazję często, bo jeżdżę na różne kiermasze i pokazy instrumentów. Również w czasie festiwali zagranicznych często są organizowane jakieś pokazy instrumentów, kiermasze. Na takie wydarzenia jeżdżę w całej Europie. Jak tylko jest taka możliwość, to biorę i próbuję na przykład skrzypce, żeby mieć jak największe doświadczenie i sprawność pod względem dźwięku. Po prostu się gromadzi to doświadczenie i potem można ocenić, czy instrumenty mają dobry dźwięk, czy nie. Kiedy mamy jedne skrzypce, to nie mamy ich do czego porównać. Nam się wtedy wydaje, że dobrze grają. Jeżeli w pamięci mamy pewne inne próby i próbowaliśmy dużo skrzypiec, to wtedy wiemy już, które są naprawdę dobre.

Warsztat Jana Malisza
fot. P. Mazur
Co jest najważniejsze w uczeniu się takiego zawodu?
Ja bym powiedział, że najważniejsze są wrodzone zdolności manualne. To jest dobre, jeżeli człowiek się urodził na wsi i od dziecka sobie strugał jakieś patyki. Przede wszystkim lutnictwo się zaczyna od rąbania drewna, bo my widzimy, jak to drewno pęka, jak jest zbudowane i tak dalej. To ważne, żeby umieć się narzędziami posługiwać, jakąś ręczną piłką, siekierką czy toporkiem. Też istotne jest, żeby mieć wrażliwość na muzykę, żeby mieć dobry słuch i instrument, na którym się umie grać. To jest bardzo ważne.
Jakie instrumenty udało się jeszcze Panu zbudować?
Robię basy, małe i duże bębny obręczowe. Barabany mam też, ale już będę odchodził od nich. Sukę biłgorajską teraz mam wykonać, smyczki oczywiście do tradycyjnych instrumentów i moraharpy. Nawet kiedyś wykonałem taki instrument, który klient sobie sam wymyślił, żeby to było po prostu na dwie oktawy – taka niby harfa, niby lira. Najpierw wykonałem z gorszych materiałów, żeby sprawdzić, czy to działa, a potem dopiero zrobiłem właściwy instrument. Tworzyłem też różne mandoliny, lutnie, skrzypce.
Czy angażuje się Pan w jakiś sposób w festiwal Wszystkie Mazurki Świata?
W ogóle wszystko się zaczęło od tego, że my, jako Kapela Maliszów, pojechaliśmy na Wszystkie Mazurki Świata i zgłosiliśmy się do konkursu Stara Tradycja. Wygraliśmy ten konkurs oraz zdobyliśmy nagrodę publiczności. Byliśmy w szoku, bo długo, długo nic, wyróżnienia czytają, trzecie miejsce, drugie miejsce, no to już koniec. Żadnego wyróżnienia, a tu nagle pierwsze miejsce! Ja nie sądziłem, że je zajmiemy, ale tak zachwyciliśmy ludzi… Przecież Zuzia miała wtedy dziesięć lat, Kacper dwanaście czy trzynaście. Daliśmy czadu i wygraliśmy. Jeszcze nawet w strojach ludowych tam byliśmy. Ja nie jestem przeciwnikiem strojów, ale strój to strój. Niech on będzie prawdziwy. Niech będzie z wełny, a nie z jakiegoś sukna bilardowego kamizelka, bo i te wszystkie wstążki są sztuczne po prostu. To nie jest prawdziwe, dużo jest tutaj imitacji. Taka cepelia. To jest właśnie ta spuścizna po tym naszym PRL-u.
Na Mazurkach zawsze jest organizowane również Targowisko Instrumentów i tam jeździmy. Tam się spotykają właśnie lutnicy. To naprawdę nie można opowiedzieć, ilu w Polsce ludzi jest, którzy robią różne dziwne rzeczy, różne instrumenty. Tak się wydawało, że to taki zacofany kraj, na Podhalu może ktoś robi instrumenty i w ogóle się nikt tym nie interesuje. Okazuje się, że to są setki ludzi, którzy przyjeżdżają i naprawdę jest w czym wybierać. Można porozmawiać. Ja tam właśnie jeżdżę ze swoimi instrumentami, ale nie w celu sprzedaży, bo wszystko robię na zamówienie. Ewentualnie czasami się umawiam, że coś tam klient odbierze, jeśli jest z Warszawy. Zabieram to tylko do pokazania. Poza tym spotykam tam różne dziwne osoby, które podobnie jak ja myślą i robią też instrumenty. Potem jest Noc Tańca. Jak już tam jesteśmy, to często właśnie gramy. W zasadzie to po pół godziny tam się gra, bo jest tyle zespołów, że się ciągle zmieniają.
Powiem szczerze, że jak jeździłem na te wszystkie festiwale jeszcze z zespołem folklorystycznym, to w Polsce i za granicą widziałem dużo grup z różnych stron świata. Słuchałem bardzo wiele, lubiłem oglądać występy, sam występowałem. Jednak tak sobie pomyślałem, że trzeba coś zrobić z tą naszą muzyką, żeby ona nie była taka prosta. Na całym świecie są mieszane tonacje molowe, durowe i różne. Tutaj poszło to jednak w taką durową muzykę, nie zawsze dobrze wykonaną. Została zmieniona tonacja z takich skrzypcowych tradycyjnych, kolbergowskich na sztuczne B czy F, nawet pod dęciaki. To już nie jest to, bo dęta kapela to jest dęta, a skrzypce i trąbka to są dwie różne rzeczy. One występują razem, ale ja niechętnie grałbym w takim składzie. Trąbka po prostu jest głośna, a skrzypce ciche. Jak jest w kapeli klarnet, to ma rolę wiodącą i skrzypek odchodzi. Kiedyś ten skrzypek był najważniejszy. Folklor się na tym opierał. Bębenek, skrzypce i basy to była podstawa. Jeśli ktoś na tym klarnecie nie grałby głośno, to mógłby być w takiej kapeli. Każdy ludowy muzykant, jak brał skrzypce, to nie uczył się od tych tonacji trudnych grać, tylko to, co mu było pod palce. Dla kogoś, kto ma słuch, zmiana tonacji to jest zmiana wszystkiego. Jak ja przywróciłem te tonacje ze swoją kapelą, to wystarczyło, żeby zdobyć nagrody w Jaśle czy Kazimierzu.
Dziękuję za rozmowę.
Wywiad przeprowadzony 19 stycznia 2020 roku w Męcinie Małej przez Magdalenę Mazur i zamieszczony w: Magdalena Mazur, Współczesne budownictwo ludowych instrumentów muzycznych w południowo-wschodniej Polsce na przykładzie wybranych sylwetek budowniczych, praca licencjacka napisana w Instytucie Muzyki UMCS pod kierunkiem dr A. Kusto, Lublin 2020.
Opracowanie: Agata Kusto, Damian Gocół.
Opracowanie i korekta na stronie internetowej: Weronika Wyrębek
Jan Malisz pochodzi z Męciny Małej w Beskidzie Niskim. Jest multiinstrumentalistą i budowniczym instrumentów. Zamiłowanie do muzyki tradycyjnej wyniósł z domu rodzinnego, choć zarówno gry, jak i budowy instrumentów uczył się sam, zaczynając od rekonstrukcji starych skrzypiec ojca. Tajniki liry korbowej poznał od znanego budowniczego Stanisława Wyżykowskiego. Wraz z córką Zuzanną i synem Kacprem tworzą dobrze rozpoznawalny na scenie muzyki tradycyjnej i folkowej zespół Kapela Maliszów. O zainteresowaniach muzycznych i budowie instrumentów z Janem Maliszem rozmawiała Magdalena Mazur.
fot. P. Mazur: Jan Malisz i Magdalena Mazur