Coś się kończy, coś zaczyna…

[folk a sprawa polska]

Pamiętam rok 2008 i pierwszą edycję poznańskiego Ethno Portu. Pamiętam radość , może nawet ekscytację – i jednak niedowierzanie: czy to możliwe, że w Poznaniu odbędzie się taka, TAKA impreza? A okazało się to prawdą. W końcówce czerwca bieżącego roku odbyła się już szesnasta edycja wspomnianego festiwalu. Przy wszystkich narzekaniach (jakie daje się czasami słyszeć) na temat poziomu czy jakości polskiego folku, na temat tego, jakie znaczenie ma albo powinna mieć ta muzyka dla polskiej sceny muzycznej, trzeba umieć docenić wartość takich inicjatyw. Warto przypomnieć sobie, w jakim miejscu byliśmy jeszcze tych kilkanaście lat temu.

Pamiętam zatem ów czerwiec 2008 roku i to wrażenie, gdy w mieście, w którym odbywały się wówczas jedynie incydentalne folkowe koncerty, raptem w ciągu kilku dni wystąpili m.in. Värttinä, rodzina Chemiranich, Kimmo Pohjonen, Oumou Sangaré – zatem artyści o międzynarodowej sławie. Przyjęcie tamtego festiwalu, a jeszcze bardziej może absolutnie odświeżająca moc płynącej na nim muzyki sprawiły, że na stałe wszedł on do muzycznego kalendarza i w krótkim czasie stał się jedną z imprez cenionych również przez międzynarodowych obserwatorów i recenzentów.

Naturalnie, ważnych festiwali jest w naszym kraju sporo. Opowiadam o poznańskim, bo od początku go obserwuję, bo bliska jest mi też filozofia twórców tego wydarzenia, bo to jedna z najlepszych tego typu imprez w Polsce, a przy okazji dość symboliczna, jeśli chodzi o znaczenie, jakie ma także dla lokalnej społeczności/publiczności… Dziś brzmi to jak gorzki żart albo tania prowokacja, ale był czas, kiedy lokalni politycy publicznie pytali: „Po co nam ta impreza?” i proponowali, by jej więcej nie organizować. Szczęśliwie mamy ten okres za sobą. Choć przyznać trzeba, że wciąż są kłopoty z finansowaniem festiwalu, co wynika m.in. ze specyficznej filozofii rządzących i takiegoż rozumienia roli kultury w naszym kraju. Dziś jednak pozycja imprezy jest niepodważalna.

Jeżeli festiwal taki jak Ethno Port ma swój walor, powiedzmy, edukacyjno-kulturowy, pozwalający słuchaczom na dokonywanie nowych muzycznych odkryć, to nie tylko na poziomie estetycznym. Dzięki mądrej, sensownej i konsekwentnie prowadzonej polityce repertuarowej, programowej rośnie też świadomość – i wymagania – publiczności. Nie chodzi już tylko o to, że na przykład artyści reprezentujący odległe kultury
(czasami i ci, którzy reprezentują kultury geograficznie bliskie) są po prostu egzotyczni. I że ich odmienność stroju, stylistyki muzycznej, scenicznej ekspresji wystarcza do zachwytu i uznania festiwalowego koncertu
za godny zapamiętania. Ważna jest sensowna muzyczna opowieść, indywidualny styl, artystyczna jakość występu.

Dziś zdarza się często, że słuchacze przed przybyciem na koncert – o ile nie znają muzyki, jaką będą proponowali wykonawcy – weryfikują swą wiedzę poprzez lekturę tekstów zamieszczonych na fachowych stronach lub przynajmniej w rozmaitych internetowych encyklopediach, a także oglądają zarejestrowane w przeszłości koncerty. Spotkanie festiwalowe jest wówczas czymś więcej niż tylko podziwianiem muzycznych nowości albo „dziwności”, może stać się głębszym wejściem w kontakt z dźwiękami płynącymi ze sceny – od bezpretensjonalnej zabawy czy szalonego tańca po uważne wsłuchiwanie się w utwory i kontemplowanie przesłania proponowanego przez artystów.

Można by tu przytoczyć długą listę znanych i wybitnych wykonawców, którzy na ethnoportowych scenach się pojawiali (scenach, bo przecież lokalizacji było przez te lata kilka) – i byli rewelacyjnie przyjmowani, także wówczas, gdy proponowali muzykę stosunkowo niełatwą, na przykład w długich solowych prezentacjach. Ale równie imponująca byłaby lista artystów, którzy przyjeżdżali tu jako mało znani albo w ogóle nieznani odbiorcom. I zazwyczaj też kończyło się gorącym przyjęciem. Bo publiczność na folkowych festiwalach czujnie słucha, choć bywa krytyczna – i słusznie.

Dlaczego jednak piszę te słowa przy okazji szesnastej edycji, nie jakiejś okrągłej, rocznicowej? Może dlatego, że ludzie lubią jubileusze, uroczystości, okoliczności, a muzyka żwawo wymyka się takim koturnowym sytuacjom, bo jest żywą tkanką. W związku z tym zawsze jest dobra okazja, by o niej pomówić, by jej posłuchać. No, dobrze, jest jedna dodatkowa okoliczność. Tuż przed ostatnim koncertem tegorocznego Ethno Portu Andrzej Maszewski, jego pomysłodawca i od samego początku dyrektor, przekazał ster festiwalu w ręce swej wieloletniej współpracowniczki Bożeny Szoty. Coś się zaczyna, coś się niewątpliwie kończy. Nikt jednak nie odbierze nam tego, co wydarzyło się przez tych kilkanaście lat w przestrzeni miejskiej, w głowach, sercach, duszach uczestników kolejnych edycji festiwalu. Muzyka, która wykwitła przez te lata, i publiczność, która pojawiła się wokół niej, pozostaną (miejmy nadzieję).

Tomasz Janas

Sugerowane cytowanie: T. Janas, Coś się kończy, coś zaczyna..., "Pismo Folkowe" 2023, nr 167 (4), s. 22.

Skrót artykułu: 

Pamiętam rok 2008 i pierwszą edycję poznańskiego Ethno Portu. Pamiętam radość , może nawet ekscytację – i jednak niedowierzanie: czy to możliwe, że w Poznaniu odbędzie się taka, TAKA impreza? A okazało się to prawdą. W końcówce czerwca bieżącego roku odbyła się już szesnasta edycja wspomnianego festiwalu. Przy wszystkich narzekaniach (jakie daje się czasami słyszeć) na temat poziomu czy jakości polskiego folku, na temat tego, jakie znaczenie ma albo powinna mieć ta muzyka dla polskiej sceny muzycznej, trzeba umieć docenić wartość takich inicjatyw. Warto przypomnieć sobie, w jakim miejscu byliśmy jeszcze tych kilkanaście lat temu.

Autor: 
Dział: 

Dodaj komentarz!