
Dr hab. prof. UMK Violetta Wróblewska jest Dziekanem Wydziału Humanistycznego UMK w Toruniu, członkinią Komisji Folklorystycznej Komitetu Nauk Etnologicznych PAN, zastępczynią przewodniczącego Komisji Folklorystycznej Międzynarodowego Komitetu Slawistów, przewodniczącą Rady Muzeum Etnograficznego im. Marii Znamierowskiej-Prüfferowej w Toruniu. W swoich badaniach zajmuje się folklorem tradycyjnym i współczesnym, kulturą ludową, pamiętnikami chłopskimi, kulturą i literaturą dziecięco-młodzieżową. Jest autorką i redaktorką wielu publikacji naukowych, w tym Słownika polskiej bajki ludowej (t. 1–3, Toruń 2018; wersja online: bajka.umk.pl). O badaniu bajek ludowych, kulturze tradycyjnej, nurcie historii ludowej i interdyscyplinarności w nauce rozmawiali z nią Joanna Szadura i Damian Gocół.
Joanna Szadura: Aktualnie w polskiej nauce trwa ożywiona dyskusja na temat tzw. historii ludowej. Jakie najważniejsze problemy badawcze związane z tym nurtem dostrzega Pani Profesor z perspektywy folklorystyki?
Violetta Wróblewska: To jest bardzo trudne pytanie. W zależności od tego, z punktu widzenia jakiej dyscypliny patrzymy na historię ludową, pojawiają się inne problemy. Podstawowym zagadnieniem jest określenie, czym w ogóle jest ludowa historia Polski. Wiele osób już na wstępie dyskwalifikuje sam przymiotnik „ludowa” – bo ludowa to właściwie jaka? Chłopska czy szeroko rozumiana plebejska? A może to przeszłość widziana z perspektywy prostego człowieka? Czy to historia wiejska, czy miejska? Ostatnio Ewa Klekot wydała książkę Kłopoty ze sztuką ludową. Już na początku tej publikacji autorka sygnalizuje, że w zasadzie nie ma czegoś takiego jak sztuka ludowa, gdyż jest to wymysł elit na potrzeby określonego wartościowania estetycznego. Podobny problem występuje z ludową historią Polski. Jest historia narodowa, w której uczestniczą różne strony. W zależności od tego, z jakiej perspektywy będziemy na nią patrzeć, ujawnią się inne problemy. Idąc tym tropem, możemy powiedzieć, że da się mówić np. o kobiecej i męskiej historii Polski. Nie wspomnę o dzieciach, które są w badaniach marginalizowane, a przecież także są uczestnikami historii, doświadczają przemocy, uczestniczą w działaniach wojennych, stają się ofiarami pewnych systemów. Współczesne analizy koncentrują się w zasadzie na chłopstwie. Pojawia się więc dyskusyjna kwestia, wokół jakich źródeł tę historię budować. Doskonale wiemy, że do początku XX wieku tworzyły je głównie elity. Zachowały się co prawda na przykład różnego rodzaju pamiętniki chłopskie, osiemnasto- i dziewiętnasto-, a także dwudziestowieczne, ale są to źródła często zniekształcone, poprawione przez redaktorów. Ponadto teksty te były niejednokrotnie pisane pod kątem wymogów konkursowych – odpowiadały na określone oczekiwania jurorów dotyczące doświadczania historii, pańszczyzny, zmian społecznych itp. W zbiorach Instytutu Zachodniego w Poznaniu rozczulił mnie list twórcy takiego pamiętnika, w którym autor zakwestionował wyniki konkursu. Dziwił się, dlaczego on nie otrzymał żadnej nagrody, skoro jest działaczem partyjnym i pracuje na rzecz regionu [śmiech]. Rzeczywiście jego pamiętnik miał charakter zdecydowanie propagandowy. Autor liczył na to, że jeśli będzie pisał zgodnie z linią partyjną, to zostanie nagrodzony. Jakość źródeł, wokół których możemy budować historię ludową, jest – jak widać – bardzo wątła. Tomasz Wiślicz, którego badania bardzo cenię, opracowuje i wydaje różnego rodzaju dokumenty dotyczące spraw chłopskich, np. akta sądowe. Obnaża dzięki nim pewne mechanizmy społeczne czy obyczajowe, które funkcjonowały w danej społeczności na pewnym etapie rozwoju. Niejednokrotnie podkreśla przy tym, że to są dokumenty przepisywane przez urzędników, więc to z ich perspektywy przedstawiane są zazwyczaj problemy ludu. Odmienną grupę materiałów stanowią teksty folklorystyczne: bajki, przypowieści, legendy, podania. Sfera tych przekazów jest bardzo bogata, ale spisywali je zazwyczaj ludzie wykształceni, często manipulujący treścią albo zapisujący jedynie czytelniczo oczekiwane wzorce, a pomijający wypowiedzi nieudane. Ja uzmysłowiłam sobie stopień tych zniekształceń niedawno, opracowując zbiór Bajka ludowa na Kujawach. Antologia tekstów z lat 1955–1966 [Toruń 2022 – przyp. red.].
J.Sz.: Z zaciekawieniem śledzimy tę publikację. Jakie były problemy z opracowaniem takich tekstów?
V.W.: To są oryginalne teksty nadsyłane na konkursy w latach 50.–60. XX wieku ogłaszane przez Toruński Oddział Polskiego Towarzystwa Ludoznawczego, Muzeum Etnograficzne w Toruniu (do 1959 roku Dział Etnograficzny Muzeum Miejskiego w Toruniu) oraz Polskie Radio w Bydgoszczy. Te bajki są nieudolne, dziwne, z licznymi błędami, niejednokrotnie nielogiczne. Jeżeli na tym etapie, czyli w połowie XX wieku, tak się prezentują, będąc spisaną formą narracji gawędziarzy, to jak tego typu przekazy musiały wyglądać w XIX wieku, kiedy opowiadający je ludzie w ogóle nie byli wykształceni? To, co zapisywali etnografowie, musiało być poddane daleko idącej obróbce. Cenię sobie materiały kaszubskie, zapisane przez Friedricha Lorentza na początku XX wieku, ponieważ on utrwalał je z perspektywy językoznawcy, a więc bardzo wiernie. Nie zależało mu na manipulacji tekstami, tylko na utrwaleniu autentycznego języka. Problem z tymi przekazami jest taki, że to są zapisy fonetyczne, więc jeżeli nie mamy do czynienia z profesjonalnym dialektologiem, który odcyfruje te znaczki, to kaszubskie teksty okazują się dla nas nieme. W tych zapisach jest jednak autentyzm, surowość, nieporadność, brzydkie słowa, niegramatyczne formy, czyli język naturalny, codzienny. W tym wypadku mamy więc do czynienia z taką kuriozalną sytuacją, że im piękniejszy tekst, tym okazuje się bardziej zmanipulowany, a z kolei teksty oryginalne, jak wspomniane kaszubskie, są nieczytelne dla przeciętnego odbiorcy. Liczę na to, że ktoś przetłumaczy te zapisy dokonane przez Lorentza, bo są tego warte. Wracając do antologii bajek kujawskich, warto zauważyć, że takich konkursów ludoznawczych było w Polsce sporo. W wybranych przeze mnie tekstach pojawiają się elementy wskazujące na to, że podobnie jak w wypadku chłopskich pamiętników pisano pod określone wymogi sprecyzowane w regulaminie. Z jednej strony w bajce powinny być tradycyjne wątki, z drugiej – spisujący je wiedzieli, że byłoby dobrze, gdyby pojawiły się w niej nowe elementy, odwołujące się do rzeczywistości społeczno-politycznej, jak na przykład Urząd Bezpieczeństwa, Milicja Obywatelska, sąd albo szkoła. W tekstach tradycję łączono więc z nowoczesnością, licząc na wygraną. Na przykładzie bajek ludowych różnych czasów doskonale widać, jakie ograniczenia w badaniu historii ludowej mają tego typu źródła.
Kolejnym problemem jest to, z czyjej perspektywy badamy przeszłość i pod jakim kątem. Książek na temat ludowości obecnie powstaje wiele, ale jest ona analizowana głównie pod względem problematyki pańszczyzny albo buntu. Mamy oczywiście Ludową historię Polski Adama Leszczyńskiego, gdzie teoretycznie przedstawiono obraz całościowy, ale faktów, zdarzeń i dokumentów jest tak dużo, że trudno mówić o jakimś spójnym wyobrażeniu przeszłości. Z kolei interesujące publikacje Kacpra Pobłockiego Chamstwo czy Michała Rauszera Siła podporządkowanych są sprofilowane pod kątem określonej problematyki – pańszczyzny, przemocy, buntu. Gdy czytamy te książki, zastanawiamy się, czy chłopi nie mieli normalnego życia, czy tylko były tam sytuacje patologiczne, bicie i różne formy wykorzystywania. A co z bogatym folklorem, obrzędami i świętami? Skąd piękne teksty pozbawione przemocy? Badanie historii ludowej jest bardzo trudne, gdyż osoby z różnych ośrodków próbują przymierzyć się do tego problemu z takiej perspektywy, jaka im się wydaje najkorzystniejsza. Profesor Jerzy Bartmiński w czasie konferencji „Miejsce narracji ludowej w ogólnonarodowej narracji tożsamościowej” [Lublin, 9–10 grudnia 2021 – przyp. red.] sugerował, że etnolingwistyka może być takim kluczem do zrozumienia ludowej historii Polski, takim łącznikiem dyscyplin. Zastanawiałam się nad tym i rzeczywiście jest w tym dużo prawdy. Problematyczne wydaje się jednak to, że przedstawiciele innych dyscyplin nie operują w wystarczającym stopniu narzędziami językoznawczymi, więc takie proste przełożenie metodologiczne chyba nie byłoby możliwe. Natomiast badanie języka czy utrwalonych w nim wyobrażeń świata mogłoby być pomocne w różnych dyscyplinach. Przydałyby się więc zespoły interdyscyplinarne, w których historyka czy socjologa wspomógłby etnolingwista, a wtedy użyteczność narzędzi lingwistycznych byłaby zdecydowanie większa.
Zainteresowanie ludowością, tzw. zwrot ludowy, objawił się nie tylko w nauce, ale też w literaturze. Zaczęły pojawiać się poradniki, przewodniki, podręczniki, które wprowadzają dzieci w tradycje ludowe, np. Anny Kaźmierczak Turonie, żandary, herody, Marianny Oklejak Cuda wianki. Polski folklor dla młodszych i starszych czy Moniki Michaluk, Witolda Przewoźnego, Michała Stachowiaka Etnogadki. Opowieści o dawnych obrzędach i zwyczajach. Ludzie wychowani w latach 70.–80. XX wieku byli jeszcze w dzieciństwie czy młodości obserwatorami życia wiejskiego, w którym kultywowano pewne obrzędy czy zwyczaje. Dzieci, które urodziły się w wieku XXI, już w zasadzie nie mają możliwości poznania chłopskich tradycji, chyba że w muzeum etnograficznym. Dawne utwory literackie, które traktowały o zwyczajach ludowych, są dla nich obce, czego dowodzi choćby baśń O krasnoludkach i o sierotce Marysi (1896) Marii Konopnickiej. Dziś to tekst archaiczny, już nikt go nie przeczyta bez słowniczka zawierającego wyjaśnienia słów gwarowych. Kiedyś zadałam studentom na zajęciach pytanie: „Co to jest skopek?” i okazało się, że nie mają pojęcia, gdyż słowo to nie funkcjonuje już w obiegu nawet na wsi. Współcześnie twórcy literatury dla dzieci zorientowali się, że jest moda na ludowość, ale zdają sobie sprawę, że nie trafią do odbiorcy, który nie wie, o czym mówimy. Pojawiło się zapotrzebowanie na przewodniki po obrzędach ludowych, kolorowanki, materiały, które mają przyzwyczaić odbiorcę do tego, co już minęło. Ludzie badający ludową historię Polski należą przede wszystkim do pokolenia 40 plus. To są osoby, które jeszcze zetknęły lub mogły zetknąć się z kulturą chłopską. Młodsze pokolenie już nie miało z nią styczności, chyba że ktoś podjął odpowiednie studia, jak etnologia czy kulturoznawstwo z nachyleniem folklorystycznym, niegdyś także filologia polska. Kiedy studiowałam ten kierunek, to przedmiotami obowiązkowymi były folklor słowny, poetyka literatury ludowej i dialektologia. Obecnie poza Uniwersytetem Marii Curie-Skłodowskiej w Lublinie w podstawowym cyklu kształcenia polonistycznego chyba tego typu zajęć w Polsce już nie ma. Nawet w Toruniu, w ośrodku, z którego się wywodzę, poloniści nie poznają elementów folkloru. Folklorystyka stała się domeną kulturoznawców i jest jedną z form specjalizacji na drugim stopniu studiów, chociaż podstawy folklorystyczne wprowadzamy na pierwszym stopniu. Elementy folkloru są też omawiane na wielu polskich etnologiach, także toruńskiej. Zmienił się jednak powszechnie model nauczania kultury chłopskiej i myślę, że jest to także czynnik decydujący o tym, kto i w jaki sposób bada historię ludową. Historycy, antropolodzy czy socjolodzy mają w programach studiów wiele przedmiotów związanych ze wsią – historię wsi, antropologię wsi, elementy etnografii, więc są przygotowani – od innej oczywiście strony – do badania historii ludowej. Ale jeżeli mamy tworzyć zespoły interdyscyplinarne, to kształcenie powinno obejmować przedstawicieli różnych dziedzin, także polonistów, dla których dialektologia i elementy folkloru powinny być obligatoryjne.
Damian Gocół: Jeśli mówimy o podejściu interdyscyplinarnym, to historia ludowa powinna skupić się na rekonstruowaniu faktografii czy pewnego systemu pojęciowego, wyobrażenia ludu o przeszłości? Ku któremu z tych dwóch biegunów dążyć?
V.W.: Jeszcze widzę trzeci aspekt tak rozumianych badań, czyli rekonstruowanie tego, jak elity widzą historię ludu. To też wydaje się ważne. Ja to obecnie wzmożone zainteresowanie historią ludową nazywam dyskusją symboliczną. Ci wszyscy autorzy, którzy napisali poczytne w tej chwili książki na ten temat, uczestniczą w licznych spotkaniach autorskich i eksperckich panelach, na które są zapraszani pojedynczo, w parach i trójkami, i opowiadają o swoich pracach. Nie wiem, czy zwrócili na to państwo uwagę, ale bardzo często swe wypowiedzi w trakcie tego typu spotkań zaczynają od słów: „Pochodzę z rodziny chłopskiej”, „Pochodzę z rodziny szlacheckiej”, „Mama czy tata pochodzi z rodziny szlacheckiej, a druga strona z rodziny chłopskiej” albo „Moja babcia była chłopką”. Odnoszę wrażenie, że próbuje się na płaszczyźnie rodzinnej, ale pośrednio też symbolicznej, uzasadnić sensowność i potrzebę zajmowania się takim tematem. Autor niejako chce zaświadczyć, że jest do tego uprawomocniony. Proszę zauważyć, co też godne odnotowania, że głównie mężczyźni piszą książki o historii ludowej. Kobiety również zabierają głos, jak obecna także na wspomnianej lubelskiej konferencji prof. Dobrochna Kałwa czy przywołana Ewa Klekot, ale ich prace nie trafiają do tego mainstreamowego nurtu albo dotyczą pobocznych aspektów, jak sztuka ludowa. Ponadto pojawiają się pytania, dlaczego naukowcy w ogóle zajmują się historią ludu, czy to nie jest jednostronne. Niektórzy zarzucają autorom, że piszą z perspektywy elity, z perspektywy postszlacheckiej i do tego z pozycji akademickiej. Mamy więc kłopot z tym, kto ma pisać o historii ludu i z czyjej perspektywy. Siłą rzeczy nie będzie tego pisał sam lud, którego nie ma, a i z jego zdefiniowaniem też byłyby problemy. Badacze zawsze dysponują określonym warsztatem, przyjmują określoną perspektywę, zakładają cele swych analiz i chyba będzie trudno zmienić podejście do tego typu materii. Jestem bardzo ciekawa głosów kobiet w tej kwestii. Podjęła się tego trudu wspomniana Dobrochna Kałwa, więc może doczekamy się realizacji większego projektu. Dobrze byłoby, gdyby powstała synteza zbudowana z kobiecej perspektywy, może dopełniłaby ten męski punkt widzenia. Bardzo podobało mi się w wypadku Chamstwa Kacpra Pobłockiego, że dedykował książkę kobietom ze swojej rodziny. Zaznaczył nawet, że próbuje tę chłopską historię pokazać również z ich perspektywy i oczywiście w pewnym stopniu mu się to udało, ale sporo jeszcze w tej materii do zrobienia. Odnoszę wrażenie, że w tym wypadku nieznajomość folkloru tradycyjnego nie pozwoliła mu do końca wyzyskać tego materiału, który dopełniły interesujące skądinąd rozważania. Trudno jednak oczekiwać, aby osoby zajmujące się tego typu zjawiskami z perspektywy swoich dyscyplin głęboko wchodziły w tematykę ludowości, chociaż trzeba zaznaczyć, że w pracy Pobłockiego wykorzystano niektóre wątki bajek ludowych, ale one są wyczytane głównie z opracowań Juliana Krzyżanowskiego, a nie z materiałów źródłowych. Więcej odniesień do tradycyjnego folkloru znajdziemy w pracy Michała Rauszera Siła podporządkowanych. Poświęcił temu nawet jeden rozdział, ale z kolei w tym wypadku mamy do czynienia z motywami i wątkami wyczytanymi z opracowań pochodzących z lat 50.–60. XX wieku, czyli z okresu, kiedy na fali rozrachunków z burżuazją i ze szlachtą pisano różnego rodzaju antologie o pańszczyźnie, wyzysku i przemocy, pragnąc dyskredytować poprzedni system społeczny. Oczywiście prace były tendencyjne, ideologicznie skażone, czego przykładem są publikacje Stanisława Czernika. Gdyby wspomniani współcześni autorzy bardzo dobrych skądinąd książek dokonali szerszego oglądu materii folklorystycznej, pozwoliłoby to w większym stopniu oddać głos samemu ludowi. Jeśli nawet materiały terenowe zapisywali ludzie wykształceni, którzy – o czym była mowa – manipulowali przy tych tekstach, to zawsze znaleźć w nich można jakieś ziarno prawdy. Poza tym warto pamiętać, że wśród zapisujących chłopskie teksty były też takie osoby jak chociażby Jan Świętek, które były ściśle związane ze środowiskiem chłopskim i mimo awansu społecznego, zdobytego wykształcenia tacy ludzie znali kulturę ludową z autopsji i doskonale ją rozumieli. Można więc traktować pewne źródła jako bardziej wiarygodne od innych i wykorzystać je w rekonstruowaniu ludowej historii. Oczywiście nie rozwiążemy problemu, jak taką historię należałoby pisać, ponieważ każdy ma swoją wizję. Ja bym mogła napisać bajkową historię ludową [śmiech], biorąc pod uwagę albo rekonstruowaną na podstawie dawnych opowieści „faktografię”, albo właśnie taki – oczywiście żartuję w tym momencie – religijny czy magiczny sposób postrzegania świata.
D.G.: Ciekawa jest ta możliwość pokazania historii ludowej z różnych perspektyw. Tu zresztą ten nurt krzyżuje się z innymi, np. profesor Dobrochna Kałwa pisze o historii kobiet czy tzw. herstorii…
V.W.: Aktualnie dyskusja o historii ludowej, o czym już rozmawialiśmy, toczy się głównie wokół mężczyzn, wokół ich książek. Publikacje kobiet są często bardzo dobre naukowo, ale nie przekładają się na dysputę publiczną, jaka toczy się wokół monografii mainstreamowych. Nie wiem, z czego to wynika. Może z niższej pozycji kobiet w nauce, może z innego sposobu patrzenia na historię? Jest też mniej świadectw obecności kobiet w dziejach kraju i mniej samodzielnych świadectw pisanych przez kobiety, co zapewne przekłada się na mniejszą dostępność do źródeł. To być może fakt, który ogranicza kobiecy głos w badaniach. On jednak jest ważny, tylko nie odgrywa głównej roli w tej obecnej dyskusji. Została wydana np. ciekawa książka Jaśminy Korczak-Siedleckiej Przemoc i honor w życiu społecznym wsi na Mierzei Wiślanej w XVI–XVII w., która przeszła przed opublikowaniem bardzo złożoną, wielostopniową procedurę oceny przez Fundację na rzecz Nauki Polskiej. Mimo to nie jest tak bardzo widoczna w głównym nurcie, chociaż fachowcy mówią o niej z uznaniem. Może jest to też kwestia reklamy. Fundacja na rzecz Nauki Polskiej organizuje eksperckie debaty i spotkania, ale to nie są przedsięwzięcia komercyjne. Współcześnie promować książkę naukową nie jest łatwo bez wsparcia wydawnictwa czy sponsora. Większość książek o historii ludowej, które funkcjonują w szerokim obiegu, jest publikowanych przez wydawnictwa komercyjne, więc łatwiej o reklamę i rozpoznawalność tytułów oraz samych autorów. Ale to są już kwestie związane z popularyzacją wyników badań, co nie jest chyba w Polsce najmocniejszą stroną. Najistotniejsze jest jednak to, że temat ludowej historii został podjęty i jest analizowany z wielu różnych perspektyw. Przed nami zapewne jeszcze wiele interesujących ustaleń i debat w tej kwestii.
J.Sz.: Dziękujemy za rozmowę.
Transkrypcja: Agata Pasińska
Opracowanie na stronę internetową: Dominika Wybraniec
Dr hab. prof. UMK Violetta Wróblewska jest Dziekanem Wydziału Humanistycznego UMK w Toruniu, członkinią Komisji Folklorystycznej Komitetu Nauk Etnologicznych PAN, zastępczynią przewodniczącego Komisji Folklorystycznej Międzynarodowego Komitetu Slawistów, przewodniczącą Rady Muzeum Etnograficznego im. Marii Znamierowskiej-Prüfferowej w Toruniu. W swoich badaniach zajmuje się folklorem tradycyjnym i współczesnym, kulturą ludową, pamiętnikami chłopskimi, kulturą i literaturą dziecięco-młodzieżową. Jest autorką i redaktorką wielu publikacji naukowych, w tym Słownika polskiej bajki ludowej (t. 1–3, Toruń 2018; wersja on-line: bajka.umk.pl). O badaniu bajek ludowych, kulturze tradycyjnej, nurcie historii ludowej i interdyscyplinarności w nauce rozmawiali z nią Joanna Szadura i Damian Gocół.