Strój ludowy wyraża tożsamość

Sabina Jurasz

Sabina Jurasz to pochodząca z Przybędzy współwłaścicielka Pracowni Mody Regionalnej – Stroje Górali Żywieckich. Od dziecka zaangażowana w promowanie kultury ludowej, członkini regionalnego zespołu muzycznego górali żywieckich z Beskidu Żywieckiego Grojcowianie. Jest absolwentką Liceum Plastycznego im. Antoniego Kenara w Zakopanem oraz Krakowskich Szkół Artystycznych. O początkach swojej przygody z krawiectwem, o szacunku do stroju ludowego oraz o gwarze opowiedziała Justynie Michniuk. 

Justyna Michniuk: Skąd Twoje zainteresowanie strojem ludowym? 

 Sabina Jurasz: Moja pasja związana z tworzeniem strojów ludowych narodziła się dosyć późno. Nie robię tego od zawsze (śmiech). Od dziecka tańczyłam w zespole Grojcowianie założonym przez moją mamę, Jadwigę Jurasz, w 1995 roku. Prowadzi go do dziś, w czym staram się jej pomagać. Pasja do szycia strojów zrodziła się u mnie dopiero po dwóch latach studiów w Poznaniu w Akademii Muzycznej na zupełnie innym kierunku. Studiowałam tam lutnictwo i budowałam instrumenty, m.in. skrzypce. W pewnym momencie doszłam jednak do wniosku, że nie jest to zajęcie dla mnie. Było mi trudno wykonywać niektóre czynności, ciągle musiałam prosić o pomoc i stwierdziłam, że najprawdopodobniej nigdy nie będę w stanie samodzielnie wykonywać tego zawodu. Zrezygnowałam z tych studiów i przeniosłam się w rodzinne strony. Trafiłam wtedy do Krakowskich Szkół Artystycznych na projektowanie ubioru. Nasza firma została założona przez moją mamę na potrzeby zespołu wiele lat temu. Ktoś musiał ubrać jego członków, a ja zaczęłam jej w tym pomagać. Cała nasza rodzina jest bardzo związana z krawiectwem. Mój dziadek i pradziadek byli krawcami, babcia była krawcową. To przeznaczenie rodzinne wróciło do mnie po jakimś czasie poszukiwań, a było tutaj, blisko! Z perspektywy dziecka krawiectwo nie było dla mnie atrakcyjnym zajęciem. Widziałam nieustanną pracę mojej mamy, która szyła w kuchni. Wtedy jeszcze nie miała pięknej pracowni jak ja dziś. Kiedy byłam dzieckiem, denerwowało mnie, że do mamy ciągle przychodzili klienci, że siedzieli w domu, że nie miała wtedy czasu dla mnie, dla rodziny, tylko ciągle szyła. 

Jak zmieniło się podejście ludzi do stroju ludowego?  

Stroje ludowe na Żywiecczyźnie były noszone do XIX wieku, do czasu uprzemysławiania się włókiennictwa. Funkcjonowały tak długo, jak ludzie sami, na własne potrzeby wytwarzali sukno, tkaniny wełniane oraz płótno lniane. Wraz z pojawieniem się wielkich fabryk i produkcji maszynowej zaczęli wyjeżdżać do Bielska-Białej, by pracować. Tam były już produkowane tkaniny fabryczne na dużą skalę. Wraz z wyjazdem do miasta, w pierwszej kolejności mężczyzn, a później kobiet, strój ludowy został wyparty przez ubiór miejski. Jako pierwszy zaginął strój męski, ponieważ tradycyjne spodnie góralskie, jak to dobrze ujęła pani Barbara Rosiak, etnograf z Muzeum Miejskiego w Żywcu, były synonimem zacofania. Ten proces w przypadku ubioru kobiecego był nieco powolniejszy. W pewnym momencie nasze tradycyjne stroje zostały zastąpione tzw. modą śląską, co oznaczało inne kanony mody ludowej, inne materiały. Taka sytuacja utrzymywała się do lat 70. XX wieku. Dopiero w tamtym czasie strój ludowy, a konkretnie strój krakowski, zyskał rangę stroju narodowego. Wtedy moda na strój ludowy zaczęła wracać. Wcześniej ludziom ludowość obrzydzono, mówiono im, że należy wstydzić się wiejskości. W tamtym czasie strój nie był już oryginalny, lecz uległ wielu przemianom pod wpływem mody krakowskiej. Wielki boom folklorystyczny miał miejsce jakieś 30 lat  temu. Wtedy podjęto na nowo próby zakładania zespołów regionalnych na wsiach. W miastach funkcjonowały już zespoły pieśni i tańca takie jak Ziemia Żywiecka czy Pilsko. Tańczone tam były tańce z różnych regionów Polski. Jeden z takich zespołów założyła moja mama. Jego początki nie były łatwe. Kultura ludowa wciąż ludziom źle się kojarzyła. Dzieci, które dołączały do zespołu, często były wyśmiewane, określane negatywnie jako „górolicki w kierpeckach”, nazywane wieśniakami. W tej chwili bycie w zespole ludowym to coś wartościowego. Znak, że wszyscy chcą działać. Uczestnictwo w ruchu regionalnym, folklorystycznym jest czymś wyjątkowym. Dziś tacy ludzie są podziwiani, a ich działania pochwalane. 

Co wyraża według Ciebie strój ludowy?  

Dla mnie strój ludowy wyraża tożsamość. Zawsze powtarzam, że strój ludowy to ja. Za nikogo się nie przebieram, to jest moje ubranie. W taki sposób tłumaczę to także dzieciom z zespołu. To nie jest kostium Indianina czy kowboja, tylko ubranie, które nosiła wasza prababka, praprababka i nie należy się go wstydzić. Strojem pokazuję, skąd jestem, gdzie są moje korzenie. To najlepsza promocja siebie i miejsca, z którego się pochodzi. 

Czy uszyłabyś strój dla kogoś spoza regionu, kto chciałby go użyć jako przebrania? 

 Zawsze staram się wytłumaczyć, że nasz strój nie jest przebraniem, że dla ludzi mieszkających w regionie jest to coś ważnego. Staramy się o to, aby nasze tradycje były pielęgnowane. Kształcimy dzieci, by wiedziały, z jakich elementów składa się strój, że musi on odpowiednio wyglądać. Denerwuje mnie każdy przejaw niedopilnowania pewnych reguł, dlatego że ciężko nad tym pracujemy i dążymy do tego, by tradycyjne formy zostały zachowane. Ostatnio dyskutowaliśmy ze znajomymi i poruszyliśmy kwestię strojów ludowych w jednym z krajów skandynawskich. Podobno tamtejszym kobietom nie wolno założyć stroju z innego regionu niż region ich pochodzenia, bo jest to uznawane za coś niestosownego. Takie zachowania są społecznie źle odbierane. Kobieta ma nosić strój regionu, w którym się urodziła. 

Jak znalazłaś się na plakacie reklamującym Tydzień Kultury Beskidzkiej w 2021 roku? 

 Zdjęcie wykonał pan Waldemar Kąpała, wieloletni fotograf Tygodnia Kultury Beskidzkiej, natomiast autorem grafiki jest pan Wiesław Łysakowski. Od początku istnienia zespołu uczestniczymy w tym wydarzeniu. O tym, że w 2021 roku pojawiłam się na plakacie promującym Tydzień Kultury Beskidzkiej, dowiedziałam się po fakcie. Nikt nic nie powiedział ani nie pytał o zgodę. Niektórzy ludzie w Regionalnym Ośrodku Kultury w Bielsku-Białej mnie znają, ale ani fotograf, ani autor plakatu nie wiedzieli, kto jest na zdjęciu. Wybrali je, bo pasowało do ich koncepcji (śmiech). Ja wcale się nie obraziłam! Plakat bardzo mi się spodobał, to był wręcz zaszczyt. Kocham ten festiwal i od dziecka jestem jego częścią, dlatego bycie twarzą tego wydarzenia to dla mnie spełnienie marzeń! 

Czy ktoś w Twojej rodzinie mówił gwarą?  

Moje babcie mówiły półgwarą. Z mową niestety stało się to samo, co ze strojem. Ludzi do gwary zniechęcono tak bardzo, że przestali się nią posługiwać. W czasach PRL-u była zwalczana w szkołach, traktowano ją jako coś wiejskiego. Osób mówiących gwarą jest coraz mniej. Mój partner, który wychował się w Międzybrodziu Bialskim, posługuje się przepiękną, autentyczną gwarą! Ja tak nie potrafię. Umiem mówić pół gwarą, ale to już nie jest to samo. Wśród dzieci z naszego zespołu, najmłodszego pokolenia, niestety nie ma takich, które znałyby tę tradycyjną mowę. Nie słyszą jej w domach. Możemy jej uczyć, ale to jak nauka języka angielskiego. Jest to dla nich coś obcego. Nieraz musimy wytłumaczyć dzieciom, co oznacza dane słowo albo nazwa regionalna w piosence. One naprawdę nie rozumieją wielu starych wyrazów! Nazwy przedmiotów od dawna już nieużywanych są dla nich pojęciami abstrakcyjnymi. Obecnie pracujemy w naszym zespole nad pewnym projektem. Będziemy tworzyć góralskie słuchowisko dla dzieci – bajki o tematyce pasterskiej, o owcach, pasterzach, psach pasterskich. Dialogi w tych tekstach pisane będą w gwarze, narracja natomiast zostanie napisana w języku ogólnym. Zależy nam na tym, by dzieci rozumiały treść, ale osłuchiwały się z tutejszą mową, uczyły się nowych słów lub charakterystycznych zwrotów. Zobaczymy, co z tego wyjdzie. Robimy to w ramach zespołu, ale chcemy dotrzeć też do starszych ludzi, którzy mogliby odgrywać różne role w bajkach, na przykład rolę bacy. Dzieci także zostaną zaangażowane w nagrywanie, aby podkładały głos pod postaci. Słuchowisko będzie dostępne na YouTubie dla wszystkich. Wykorzystujemy tutaj dofinansowanie z Karpackich Inicjatyw Lokalnych. Nasz projekt nastawiony jest na edukację. W ramach wskazanych funduszy prowadziliśmy już lekcje regionalne dla dzieci. Dla najmłodszych życie na hali to coś, czego nie potrafią sobie wyobrazić. Kim byli Wołosi? Dzieci tego nie wiedzą, chociaż to ich przodkowie. Edukacja regionalna jest kluczowa! Życie sprzed 100 lat było już inne niż to tradycyjne, charakterystyczne dla naszego regionu. Dziś źródło sprzed wieku dotyczy funkcjonowania w zmienionej, nietradycyjnej formie. Powstała u nas ciekawa osada o nazwie Sopki Stopki w Cięcinie, zajmuje się nią Fundacja Górom. Wczoraj było tam organizowane spotkanie ze śpiewaczkami Anną Dunat i Julianną Adamek z Pewli Wielkiej. Panie opowiadały o roli pieśni tradycyjnych, na przykład na weselu. Opowieści te były przeplatane przyśpiewkami i pieśniami. Wspaniałe wydarzenie, bardzo mi się podobało. Spodziewałam się koncertu, ale ta forma, gdzie ludzie mogli posłuchać autentycznej gwary, była jeszcze lepsza. Podziękowałam śpiewaczkom osobiście. Wtedy powiedziały mi, że wcale nie ma ją dużo podobnych zaproszeń, a chętnie byłyby bardziej aktywne i przekazywałyby swoją wiedzę dalej.  

Dziękuję za ciekawą rozmowę. 

Redakacja na stronie Żaneta Piotrowska, studentka filologii polskiej.

Skrót artykułu: 

Sabina Jurasz to pochodząca z Przybędzy współwłaścicielka Pracowni Mody Regionalnej – Stroje Górali Żywieckich. Od dziecka zaangażowana w promowanie kultury ludowej, członkini regionalnego zespołu muzycznego górali żywieckich z Beskidu Żywieckiego Grojcowianie. Jest absolwentką Liceum Plastycznego im. Antoniego Kenara w Zakopanem oraz Krakowskich Szkół Artystycznych. O początkach swojej przygody z krawiectwem, o szacunku do stroju ludowego oraz o gwarze opowiedziała Justynie Michniuk.

fot. Justyna Michniuk: Sabina Jurasz w pracowni

Dział: 

Dodaj komentarz!