Przełamywanie ciszy wojny

Felieton. Grzegorz Józefczuk

Ostap Sływynski przygotował niezwykły Słownik wojny. Nie napisał go, a właśnie – ułożył jako autor idei książki, słuchacz historii i konstruktor struktury tych lapidarnych opowieści. Publikacja ukazała się kilka miesięcy temu w charkowskim wydawnictwie Vivat, a już Pogranicze Sejny wydało polski przekład autorstwa Bohdana Zadury. „Nie są to jednak wiersze ani też inne, napisane przeze mnie teksty” – wyjaśnia Sływynski, lwowianin, poeta, eseista i tłumacz (od Miłosza, Różewicza, przez Podsiadłę, Świetlickiego po Stasiuka i Tokarczuk), slawista, literaturoznawca i krytyk literacki, ukraiński uniwersytecki polonista. – „Opowieści przytaczane w Słowniku wojny można było usłyszeć na lwowskim dworcu, przez który w pierwsze tygodnie i miesiące wojny przetaczały się ze wschodu na zachód setki tysięcy uchodźców, wymęczonych, ale spragnionych rozmowy. […] Wśród ludzi, których głosami mówi Słownik wojny, są uchodźcy zmuszeni opuścić swoje domy i ruszyć w nieznane, są wolontariusze i medycy, wojskowi, aktywiści społeczni i artyści: bardzo różni, lecz połączeni wspólnym przeżywaniem i takim samym zaangażowaniem ludzie, w których życiu pojawiła się wojna”.

W Słowniku wojny muzyka znalazła się na marginesie, zeszła na daleki plan. W 76 krótkich, przejmujących relacjach, muzykę wojny współtworzą jej dźwięki swoiste, jednakże nie tyle odgłosy bombardowań, wybuchów, strzałów, wycie syren, płacze, krzyki, lecz to wszystko, co w tymże kontekście jest normalne – czy raczej jest wspomnieniem normalności albo jej oczekiwaniem, jak to nazywa Oksana: kiedy „na świat powracają dźwięki”. Wspomnienie kolędowania i radia z muzyką rockową i jazzową albo zaskoczenie odgłosem sygnału w telefonie. Znakiem wojny jest cisza, a więc strach, groza śmierci, utrata domu, niepewność jutra – i jej przełamanie.

Ola z Irpienia opowiada: „Kiedy wychodziliśmy z Irpienia, w którymś momencie zrobiło się cicho. Obok był dom, w który trafiły pociski. […] I nagle z jednego okna usłyszałam kanarka. W dzieciństwie miałam kanarka, tego dźwięku z niczym nie pomylę. Być może zeszli do schronu i już nie zdołali powrócić”.

Ulana ze Lwowa opowiada, że Teatr Lalek stał się schronieniem dla uchodźców: „W pierwsze dni było wielu ludzi z dziećmi i zwierzętami. Dwie doby milczeli, leżąc na materacach. Nigdy nie widziałam takiej liczby milczących ludzi i zwierząt w jednym pomieszczeniu. Potem ożywili się. Ale tej ciszy nie zapomnę. Była straszna”.

Wśród wielu „haseł”, takich jak autobus, błyskawica, niedźwiedź, dom, prysznic, mieszkanie, ziemia, klucze, kolory, miłość, piękno, kreda, modlitwa, ryba, jest jednak i śpiew. Olha z Zaporoża relacjonuje: „Jak dobrze, że mieszkamy w szkole muzycznej. Bo ja lubię śpiewać. Nawet kiedy przeczekiwaliśmy bombardowania w piwnicy, śpiewałam. Najpierw głośno, więc sąsiedzi podchwycili i jakoś dobrze było. A potem zmęczyłam się i sama sobie śpiewałam. Milcząc, do siebie. Wszystkie słowa wszyściutkich piosenek sobie przypomniałam. Kiedy sobie przypominasz, to nie chce ci się spać. Bo strach zasnąć ”.

Dzisiaj obraz jest bardziej złożony, bo tam, gdzie można, wszyscy chcą przełamania „ciszy wojny”, dlatego muzycy chcą koncertować i ludzie chcą słuchać ich muzyki. Pod koniec maja byłem w Operze Lwowskiej na koncercie „Serhij Żadan i przyjaciele”. Godzinę rozpoczęcia nagle przesunięto na wcześniejszą, aby mogły tego dnia odbyć się dwa występy. Zainteresowanie było wielkie, a godzina policyjna ustalała ramy czasowe. Opera mieści 1200 osób. Bilety nie były tanie. Wiersze Żadana, które stały się pieśniami, wykonywali znakomici artyści róż nych muzycznych proweniencji, aczkolwiek czuło się – i nie jest to ukłon wobec czytelników „Pisma Folkowego” – ducha tradycji i jej twórczej, współczesnej kontynuacji. Koncertowi towarzyszyła wspaniała edytorsko i artystycznie książka Serhija Żadana Ptak, w której pomieszczono wiersze poety z Charkowa, śpiewane m.in. przez dobrze u nas znany zespół DachaBracha, sławną Marianę Sadowską (niegdyś w Gardzienicach, teraz w Kolonii), legendy sceny ukraińskiej – Solomiję Czubaj czy specjalnie na ten koncert reaktywowany kultowy zespół Mertwy Piweń (czyli Martwy Kogut). Nie wiedziałem, że do Opery Lwowskiej mogą być takie kolejki.

Tymczasem na froncie walki kulturalnej swój przyczółek otworzył Narodowy Bank Ukrainy, emitując urokliwą monetę o nominale 5 hrywien dedykowaną pieśni „Tam na łące czerwona kalina” („Ой у лузі червона калина”), datowanej na 1911 rok, której przypisuje się, jak to w Ukrainie często bywa – o wiele starszy, ludowy rodowód; nota banku wskazuje nawet na czasy kozackie XVII wieku. Do jej autorstwa przyznaje się kilku kompozytorów, tekst ewoluował, dodawano zwrotki.

„Czerwona kalina” może pochwalić się karierą światową. Interpretacja Andrija Chływniuka, lidera zespołu Boombox, osobowości aktywnej w świecie muzycznym Ukrainy, została zaadaptowana dla wsparcia Ukrainy przez legendarny Pink Floyd. Uważana jest za drugi hymn Ukrainy, sam to słyszałem. Słucha się jej na stojąco.

Grzegorz Józefczuk

Sugerowane cytowanie: G. Józefczuk, Przełamywanie ciszy wojny, "Pismo Folkowe" 2023, nr 167 (4), s. 23.

Skrót artykułu: 

Ostap Sływynski przygotował niezwykły Słownik wojny. Nie napisał go, a właśnie – ułożył jako autor idei książki, słuchacz historii i konstruktor struktury tych lapidarnych opowieści. Publikacja ukazała się kilka miesięcy temu w charkowskim wydawnictwie Vivat, a już Pogranicze Sejny wydało polski przekład autorstwa Bohdana Zadury.

Dział: 

Dodaj komentarz!