Bądź jak Prezydent, czyli folk odzieżowy
Od koszuli do koszuli. Grzegorz Józefczuk w felietonie przybliża fenomen wyszywanych ludowych koszul ukraińskich i ich dzisiejszą recepcję.
Od koszuli do koszuli. Grzegorz Józefczuk w felietonie przybliża fenomen wyszywanych ludowych koszul ukraińskich i ich dzisiejszą recepcję.
Barwny felieton Grzegorza Józefczuka o Wadymie Jacence i Chórze Homin, pokazujący drogę artysty od telewizyjnej porażki do muzycznej sensacji Ukrainy oraz jego świadome odchodzenie od folklorystycznych stereotypów.
O dziełach filatelistyki ukraińskiej, fenomenie wiersza Wraże Ludmyły Horowej oraz sukcesie piosenki formacji Angy Kreyda pisał Grzegorz Józefczuk.
Na zdjęciu kartka pocztowa i znaczki z motywem Wiedźmy, fot. z arch. aut.
Grzegorz Józefczuk o „folku” wędrującym przez świat – od Newport po Bali, od rzeszowskiej restauracji po londyńską modę. Z dystansem i humorem pokazuje, że folk to nie tylko muzyka.
„Raz na walcu, raz pod walcem, życie polega na walce. Na walce lub na wyścigu, raz pod dźwigiem, raz na dźwigu” – przywołaniem fragmentu tekstu piosenki Marka Andrzejewskiego „Pismo Folkowe” lapidarnie skomentowało na Facebooku fakt, że nie otrzymało grantu Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego na rok 2025. Zatem w tym roku pod walcem.
Jestem w Lublinie od paru ładnych tygodni, a może i miesięcy, lecz moja głowa znajduje się częściowo w Drohobyczu na Ukrainie. Pasjonuje mnie fenomen muzyki i w ogóle dźwięku. Nie trzeba nikogo przekonywać, że nasi wschodni sąsiedzi to ludzie o wielkiej wrażliwości muzycznej oraz ceniący muzyczną tradycję, szczególnie własną. Dlatego interesuje mnie bardzo, jaki wpływ na nich będzie miała muzyka generatorów.
Nie mogę sobie i Państwu odmówić napisania o spotkaniu Orkiestry św. Mikołaja z zespołem Joryj Kłoc podczas tegorocznego XI Festiwalu Brunona Schulza w Drohobyczu na Ukrainie. Było to w lipcu, jakiś czas temu, jednak wrażenia wciąż trwają, pamięć nie blaknie, a wydarzenia w tle tego przedsięwzięcia znakomicie nadają się do przywołania w felietonowej formie. Koncert miał wielką dramaturgię, zanim się jeszcze zaczął.
fot. z arch.
Minęło 20 lat od śmierci niezrównanego Czesława Niemena (1939–2004), w którego bogatej i różnorodnej twórczości pojawiały się wątki folkowe i to nie byle jakie. Niedawno Instytut Polski w Kijowie nieprzypadkowo przypomniał nagranie wideo z 1977 roku – znakomite, brawurowe wykonanie przez niego piosenki „Czarne brwi, brązowe oczy” („Чорнії брови, карії очі”) na koncercie w Zielonej Górze. Artysta występował w białej wyszywance. Powiedział, że tę piosenkę, ludową pieśń ukraińską, śpiewał po raz pierwszy na koncercie w szkole, kiedy miał 13 lat – zapewne w Wasiliszkach, bo gdzie indziej, na scenie bardzo niewielkiej, na zebraniu rodzicielskim.
Lista wyczynów aktywistek klimatycznych budzi niekłamany podziw, imponuje upór i pomysłowość tych kobiet, a medialny wymiar podejmowanych akcji zapiera dech w piersiach. Jakże nie docenić ambitnej idei atakowania w Luwrze powszechnie rozpoznawalnego obrazu świata, czyli „Mona Lisy” Leonarda da Vinci! Oblewano go zupą, obrzucano ciastkami z kremem. Czy można zapomnieć niedawną akcję, kiedy dwie młode panie zmyliły czujność strażników londyńskiej National Gallery i oblały zupą pomidorową sławne „Słoneczniki” Vincenta van Gogha? Natomiast obraz Claude’a Moneta „Stogi siana” w muzeum w Poczdamie otrzymał cios w postaci purée ziemniaczanego.
O wielokulturowości, relacjach polsko-ukraińskich, willach w Drohobyczu i Schulzu – rozmowa Agnieszki Góry-Stępień z Grzegorzem Józefczukiem, dziennikarzem i publicystą, autorem książki Jeżeli molfar jest po jego stronie, felietonistą „Pisma Folkowego”.
fot. K. Kordulski: Spotkanie autorskie z Grzegorzem Józefczukiem, Mikołajki Folkowe 2023
Od kilkunastu lat znam Stanisława Baja, malarza niezwykłego i wielkiego, którego sztuka ma zmysłowo-duchową siłę poruszania w nas delikatnych strun, ukrytych przed kakofonią dnia codziennego oraz natłokiem ważnych, życiowych spraw bieżących, strun dających znać o swoim istnieniu wtedy, kiedy odkrywamy, że umiemy pytać o sens sensów, co nie każdemu jest dane, a nawet są tacy, którzy zdecydowanie twierdzą, że w takie wędrówki w poszukiwaniu źródeł zapuszczają się doprawdy nieliczni. Obrazy Baja kuszą, wciągają, jak te, na których maluje rzekę Bug. Z jednej strony – są one właśnie obrazami, mianowicie realistycznymi i ekspresyjnymi obrazami natury, po prostu pejzażami, malarsko syntetycznymi i oszczędnymi, a z drugiej – są zaproszeniem do wejścia, jak w zaczarowane lustro, w świat inny, ustanowiony z materii mitycznej, skryty za pejzażem – na ścieżkę w nieznane, do pytań o to, skąd się wzięliśmy i dlaczego istniejemy, o czas, zmienność i wieczność.
Wędrowaliśmy kiedyś po zakamarkach Lublina – ja z trzema zacnymi kolegami, osobowościami oryginalnymi, znanymi w mieście. Jeden był profesorem, drugi artystą, trzeci dyrektorem. Chodziliśmy śladami przeszłości, starając się dotrzeć do miejsc, w naszym mniemaniu, historycznych, ale co ważniejsze legendarnych – by je zobaczyć, dotknąć oraz puszczać wodze fantazji o tym, co kiedyś musiało się tutaj dziać. Tak dotarliśmy pod mur zakonu sióstr urszulanek, dawnej brygidek, od strony ulicy Dolnej Panny Marii – pod tak zwaną basztę wodną. Czworokątną, kamienną wieżę wzniesiono około roku 1564 w najwyższym wówczas miejscu Lublina. Dziś jest jedynym zachowanym artefaktem staropolskiego wodociągu miejskiego, dostarczającego niegdyś wodę do centrum miasta drewnianymi rurami z oddalonego o prawie cztery kilometry stawu Wrotkowskiego. U podnóża baszty działał rurmus, urządzenie pompujące wodę do znajdującej się wysoko skrzyni, z której, dzięki sile grawitacji, spływała ona do studzien na Starym Mieście i przy okolicznych kościołach. Rzecz jasna, nie ma już śladu po rurmusie, ale on przecież tam był. Dla nas ważne było, że w roku 1928 basztę wodną sfotografował sam wielki poeta Józef Czechowicz. Przypomniało mi się wtedy, że dawno temu jeździłem z mamą do ogrodu urszulanek (w których szkole się uczyła) po kwiaty i warzywa, jednak wieży nie pamiętałem.
Ostap Sływynski przygotował niezwykły Słownik wojny. Nie napisał go, a właśnie – ułożył jako autor idei książki, słuchacz historii i konstruktor struktury tych lapidarnych opowieści. Publikacja ukazała się kilka miesięcy temu w charkowskim wydawnictwie Vivat, a już Pogranicze Sejny wydało polski przekład autorstwa Bohdana Zadury.
„Biegnę na próbę. To psychoterapia” – zawołała Tamara, drohobycka muzykolożka i pianistka, przystając na chwilę na Rynku. Kiedy po ataku Sowietów z terenów bombardowanych ruszyła na zachód fala uchodźców, kilkanaście tysięcy ludzi zatrzymało się w Drohobyczu, wielu w akademiku nr 5 uniwersytetu. Tamara wymyśliła własną formę pomocy dla nich, a dokładniej – dla dzieci. Najpierw wszystkie wpisała do specjalnego zeszytu, a łatwe to nie było, bo ludzie się ciągle przemieszczali. Potem sprawdzała w zapisach, które z dzieci jakiego dnia ma urodziny i przygotowywała z tej okazji prezenty, przede wszystkim słodycze oraz przedmioty służące zabawie i rozwijaniu zamiłowań. Sam widziałem takie urodzinowe wydarzenie: chłopiec był zaskoczony i niezmiernie zadowolony, że ktoś o jego urodzinach w takiej chwili i w obcym miejscu pamięta.
Pogrzeb odbył się we wsi Stopczatiw położonej w centrum Huculszczyzny, gdzieś między Kołomyją na północy, Jaremczem i Worochtą od zachodu i niedalekim Kosowem od południa. Żegnano dziewięćdziesięcioczteroletniego Dmytra Pawłyczkę, nie w stołecznym Kijowie przy dźwiękach orkiestry reprezentacyjnej i ze stosowną salwą oraz z ekspozycją orderów na specjalnych poduchach, co się jak nic należy działaczowi, politykowi, posłowi, dyplomacie i wielkiemu poecie, lecz w małym rodzinnym domu na wsi, gdzie się wychował, w starej już, lecz od zawsze solidnej małej chacie, na stoku wzgórza, skąd widok na pobliskie kotliny i skąd hymn Ukrainy śpiewany spokojnymi głosami tutejszych, a nie oficjeli ze stolicy, którzy nie przyjechali, niósł się delikatnie po okolicy, aby pozostać w pamięci. Nawet psy przestały haukać.
Ukraińska poczta zamknęła rok 2022 emisją znaczka poświęconego setnej rocznicy amerykańskiej premiery ukraińskiej pieśni świąteczno-noworocznej „Szczedryk”, inspirowanej dawnymi, prostymi wiosennymi śpiewami obrzędowymi zwanymi szczedriwkami, z czasem też popularnie kolędami. Znaczek ten symbolizuje pewną przesyłkę: został intencyjnie naklejony na adresowaną do nas – tak to sobie komentuję – pasjonującą historię, pełną emocji i dramatów, opowieść bardzo współczesną z folklorem w roli głównej i z zaskakującą, że och!, niespodzianką w finale, o czym Drogi Czytelnik zaraz się przekona. Zdradzę ten finał: każdy z Was zna „Szczedryka”!
Niewiarygodne, jak różne wydarzenia, zdawałoby się, niezwiązane ze sobą, nieoczekiwanie wchodzą w relacje i związki wzajemne, dosłowne, a co najmniej mgławicowe lub pozorne. Dla felietonisty to młyn na wodę, ponieważ może budować zaskakujące narracje, co poniżej Drogim Czytelnikom spróbuję praktycznie zilustrować.
fot. z arch. aut.: Znaczek „Russkij wojennyj korabl, idi…!”, Ukrposzta
Zrobiliśmy ten Festiwal – lecz nie opuszcza mnie wrażenie, że był on i wciąż jest czymś nierealnym. Jubileuszowy, bo już dziesiąty, organizowany w cyklu dwuletnim Międzynarodowy Festiwal Brunona Schulza miał najpierw swoją lipcową część lubelską. Po raz pierwszy część polską, część bezpieczną – a następnie część drohobycką, również lipcową: część niebezpieczną. W mieście nie widać wojny, poza uzbrojonymi patrolami i powszechnym respektowaniem godziny policyjnej (po ukraińsku: komendanckiej) oraz nocnym wygaszaniem świateł miasta. Wrażenie, że wojna nie jest tutaj, burzyły alarmy bombowe, syreny wyjące co jakiś czas w całym Drohobyczu, w obwodzie lwowskim i nie tylko. Ludzie nie reagowali – przecież nigdy nic tutaj „nie przyleciało”, chociaż do tych syren nie można się przyzwyczaić, ich traumatyczna presja zapowiada coś nieludzkiego.
Kilka lat temu zostałem zaproszony na krótką wycieczkę po Huculszczyźnie. Nie analizowałem, co kryje się za poszczególnymi topograficznymi punktami programu. Autokar zapełniali przede wszystkim austriaccy naukowcy i badacze kultury. Nie miałem wątpliwości, że będzie ciekawie, znałem zaangażowanie w takie przedsięwzięcia liderów drohobyckiej Biblioteki Austriackiej, działającej przy tamtejszym uniwersytecie, organizatorów tej wyprawy. W czasie tej podróży mit Huculszczyzny nabrał dla mnie zaskakująco konkretnych wymiarów oraz zmysłowych, realnych konotacji.
Uwiodła mnie kiedyś urokliwa piosenka ukraińska „Hucułka Ksenia”. Zacząłem zbierać różne jej wykonania, wsłuchiwać się w interpretacje, domyślać się powodów takich czy innych aranżacji, domniemywać, czy wykonawców bardziej interesowała sama muzyka, czy tekst, a szczególnie jego warstwa erotyczna. Na połoninie Hucuł gra na trąbicie melodię o miłości… Oczywiście, szukałem informacji o rodowodzie „Hucułki Kseni” – i tu czekało mnie rozczarowanie. Są dwie wersje, każda podaje inną osobę jako autora tej stylizowanej piosenki i odmienne, rozliczne okoliczności jej powstania (przywoływane są nawet kobiety, którym miałaby być dedykowana). Jednakże nie mogłem oprzeć się wrażeniu, iż niektóre z tych informacji wpisują się wzorowo w strategię stylu „jedna pani drugiej pani…”.