Podróże kulinarne po Polsce 2022

Moją ubiegłoroczną podróż kulinarną po Polsce rozpocząłem tam, gdzie ją skończyłem w roku poprzednim – przy ulicy Paderewskiego w Krakowie, gdzie drzwi w drzwi z koreańską restauracją Mandu sąsiaduje koreańska restauracja Bibimbap.


Gorce, Orkanówka

fot. M. Froński

 

 

 

Maciek Froński
Wracałem z długiego weekendu majowego w Kasince właśnie przez Kraków. Sam weekend był średnio udany, ale korzystając z bliskości, wszedłem na Turbacz i to nowym dla mnie szlakiem, niebieskim z Koninek, zszedłem również nieznanym mi wcześniej zielonym szlakiem do Niedźwiedzia. Szło się ciężko, w górach leżał jeszcze śnieg. W ogóle wiosna była bardzo opóźniona, choć może dzięki temu mogłem podziwiać olbrzymie łany krokusów na Hali Turbacz. Było prawie przez cały dzień pochmurno, momentami nawet pokropiło, ale akurat na Hali Średniej i wokół Muzeum Władysława Orkana świeciło piękne słońce. Miało być jednak o jedzeniu – w restauracji Bibimbap zamówiłem bibimbap (24 zł), czyli wołowinę (choć mogłem też wybrać kurczaka lub chyba krewetki) bibimbap z kombinacją siedmiu warzyw – marchwią, kiszoną kapustą, rukolą, soczewicą, fasolką szparagową, kiełkami fasoli mung i czymś jeszcze, czego nie zapamiętałem albo kelnerka mi nie wymieniła, oraz z ryżem. Było to dobre, a potem był Kraków suszący się w słońcu po przelotnym, wiosennym deszczu. Plac Matejki prezentował się przepięknie.

W czerwcu wybrałem się do Opola promować na tamtejszym Festiwalu Książki moje Przekłady z poetów języka angielskiego 1500–1950. Oczywiście wiązało się to ze zjedzeniem obiadu, a że dawno nie degustowałem kuchni meksykańskiej, mój wybór padł na restaurację Papada przy Osmańczyka (wejście od Staromiejskiej). Wziąłem enchiladas, czyli placki kukurydziane zapiekane w serach gouda i mozzarella z sosem pomidorowym oraz z farszem al pastor, na który składały się pieczone kawałki łopatki wieprzowej w przyprawach meksykańskich plus biała cebula i ananas, z salsą mango-chili i limonką (30 zł). Bardzo dobre i nie za suche, czego się obawiałem, jeśli chodzi o kuchnię meksykańską. Może trochę za bardzo czuć było pomidory, ale ananas i limonka bardzo wszystko ożywiały. Jako że tego dnia nie było w menu zupy, na piękne opolskie stare miasto, które mogłem podziwiać w pełnej krasie po piętnastu latach przerwy, wyszedłem najedzony, ale nie obżarty.

W lipcu wybraliśmy się z żoną na spacer na Mariacką w Katowicach, z której już kilka lat temu zrobiło się rozrywkowo-knajpiane centrum. Byliśmy bez obiadu, więc weszliśmy do restauracyjki Bangkok o wystroju wyciszonym, nowoczesnym i dyskretnie wskazującym na orientalny charakter miejsca. Czipsy krewetkowe z sosem słodkim chilli (10 zł) podano nam nie w porę i przynajmniej mnie zupełnie one nie smakowały, za to żółte curry z wieprzowiną (39 zł) spełniło moje oczekiwania – owszem, mogłem się zdecydować na ciut więcej niż trójkę w dziesięciostopniowej skali ostrości, ale po przygodzie w pobliskim Hurry Curry w poprzednim roku wolałem nie ryzykować. Żona zdecydowała się na warzywa w tajskim sosie podawane z ryżem i kurczakiem (39 zł) i ze swojego wyboru była w miarę zadowolona.

Moja lipcowa wyprawa nad Bałtyk skończyła się niepowodzeniem – ani we Władysławowie, ani w Jastarni nie znalazłem wielu śladów kuchni regionalnej czy etnicznej (choć przyznaję uczciwie, że w Jastarni szukałem dość pobieżnie) – najwyżej kebab, pizzerię, smażalnię ryb czy lody tajskie. A tak by się prosiło o jakąś Kaszubską Chatę czy coś w tym stylu. W restauracji Skipper jakiś kawałek mięsa nazwano Argentyną i na tym się skończyła egzotyka. Co do regionalności – w Barze Smakosz przy Morskiej serwują dobrą zupę rybną rosołową na łososiu (18 zł), ale zawijaniec kaszubski (zraz wieprzowy, 17 zł) czy placek po kaszubsku z gulaszem rybnym (28 zł) były przeciętne. Trochę to źle świadczy o naszym społeczeństwie. Wiadomo, że we Władysławowie nie spędzają urlopu ci Polacy, którym się najbardziej powiodło, choć jest kilka ekskluzywnych apartamentowców i kilka lokali dla tych, którzy się w nich zatrzymują. Mimo to ani śladu ciekawości innego.

W sierpniu, po trzech latach przerwy, ponownie odwiedziliśmy ostrawskie zoo i pobliską restaurację U Dvořáčků przy Hladnovskiej. Tym razem jednak nasz zachwyt był mniejszy niż poprzednio. Wzięliśmy z żoną zupę czosnkową z szynką i serem (55 koron) – była dobra, jednak córka na swój rosół z drobiu z mięsem i makaronem (48 koron) narzekała. Mnie smakował mój gulasz segedyński z knedlami bułczanymi (168 koron), a żonie jej wieprzowina z pieca z białą kapustą i knedlami ziemniaczanymi (165 koron). Córka męczyła się ze swoją kurą na papryce z knedlami bułczanymi (165 koron). Cóż, najwyraźniej to nie był jej dzień.

Następnego dnia wybraliśmy się do Siewierza i w Skałki Rzędkowickie. Wracając, zatrzymaliśmy się w Chacie z Zalipia w Sarnowie przy Podgórnej, czyli po prostu przy szosie z Warszawy do Katowic. W tym lokalu jedliśmy już wcześniej raz czy dwa razy i dobrze go wspominaliśmy, ale po kilku latach przerwy postanowiliśmy tę znajomość odświeżyć. Zamówiłem placki ziemniaczane Chata z Zalipia nadziane mięsem i polane sosem pieczarkowym (38 zł). Warto zaznaczyć, że mięso było mielone, co było ciekawą odmianą od gulaszu wypełniającego tradycyjny placek po węgiersku. Żona nie chciała kombinować i wzięła kotlet schabowy smażony na smalcu z ziemniakami z wody i kapustą zasmażaną (41 zł), a córka – pierogi z kapustą i grzybami (28 zł), które były dla niej odrobinę za pikantne.

We wrześniu trafiliśmy do Zakopanego – miasta, w którym po ponaddziesięcioletniej przerwie byłem już po raz trzeci w ciągu dwóch lat. Niestety, było drogo. W Krupowej Izbie na Krupówkach, typowo góralskiej knajpie z przygrywającą na żywo kapelą, zamówiłem zupę bryndzową z kluskami domowej roboty i boczkiem (20 zł), bardzo dobrą miejscową odmianę zupy serowej z lekko kwaskową nutą, a na drugie schab z oscypkiem i konfiturą z czerwonej cebuli podany z gotowanymi ziemniakami (47 zł) – też dobry. Córka wzięła żurek z jajkiem i białą kiełbasą (20 zł), a na drugie pierogi ruskie okraszone smażoną cebulką i śmietaną (31 zł). Wszystko było bardzo dobre, choć niekoniecznie regionalne. Następnego dnia, żeby mieć pewną odmianę, poszliśmy do znanej nam już z poprzedniego pobytu pod Tatrami Małej Szwajcarii przy Zamoyskiego. Wziąłem bardzo dobry krem z ziemniaków truflowych z diablotką (28 zł), a na drugie fondue z Neunburga serwowane z pieczywem i chrupiącymi ziemniakami (85 zł). Fondue, w dużym skrócie: pieczone ziemniaczki i grzanki maczane w gotującej się mieszaninie na bazie sera i wina, to danie, które podpatrzyłem w 1988 roku w restauracji krakowskiego hotelu Holiday Inn i od tej pory miałem za szczyt kulinarnego wykwintu, mimo jego zapewne pasterskiej proweniencji. Niestety konfrontacja legendy z rzeczywistością okazała się bolesna. Okazało się mało wyraźne w smaku, a poza tym za słone. No cóż, podróże kształcą, nawet niedalekie.

W sobotę, na pożegnanie z Tatrami, poszliśmy do Gazdowo Kuźni na Krupówkach – kolejnej góralskiej knajpy z kapelą na żywo (też góralską, choć nie gardzącą „Besame mucho” na akordeonie), z bardzo ciekawym wystrojem stylizowanym na drewnianą chatę i to taką bardziej in crudo. Zamówiłem góralski barszcz na wędzonce (19 zł) i policzki wieprzowe w sosie własnym z plackiem ziemniaczanym i ogórkiem (47 zł) – oba dobre. Co więcej, policzki to nie był żaden „placek po zbójnicku” tylko rzeczywiście policzki plus placki plus ogórek. Córka wzięła smaczny krem pomidorowo-paprykowy z grzanką (19 zł) i opiekane pierożki jagnięce z cukinią, czosnkiem i pomidorkami (30 zł), kojarzące się jej z kuchnią włoską, pewnie przez te dodatki. Następnego dnia na Równi Krupowej żegnały nas łanie. W drodze powrotnej w Krakowie dość przypadkowo zaszedłem do Kiełbasy i Sznurka przy Pijarskiej – restauracji specjalizującej się w kuchni krakowskiej, skromnej, ale z bardzo ciekawym, piętrowym ogródkiem. Zamówiłem barszcz ukraiński podawany z razowym chlebkiem (15 zł), a na drugie pierogi własnej produkcji na słodko (25 zł). Smakowało, choć, jak się okazało, swoje palce maczała tu Magda Gessler. Czy to dobrze, czy niedobrze?

W październiku moja córka, która jest miłośniczką mangi, anime i w ogóle wszystkiego, co japońskie, z okazji swoich urodzin, które na Śląsku celebruje się z większym zapałem niż imieniny, wyciągnęła nas na ramen do BBQ Ramen- -ya w Katowicach przy Kościuszki – sympatycznej restauracyjki zgrabnie łączącej elementy kultury i popkultury. Ramen to taki wywar z kurczaka zagrodowego, ale intensywniejszy w smaku niż polski rosół, z większą ilością dodatków i o wiele bardziej sycący, z powodzeniem starczający za cały obiad. Zaczęliśmy jednak od dzbanka japońskiej herbaty z kwiatem wiśni (15 zł) i porcji frytek okonomiyaki (28 zł) z sosem okonomi, japońskim majonezem, aonori, dymką i płatkami katsuobushi. W porównaniu ze zwykle dostępnymi w Polsce frytkami, które by podano po prostu z keczupem, ewentualnie z majonezem, ale zachowałyby chrupkość, frytki japońskie są mokre od sosu i wszystkiego jest w nich więcej. Potem przed żonę wjechało miso z mieloną wołowiną „soboro” (39 zł), z tare, czyli sosem, na bazie pasty miso, czyli ze sfermentowanej soi, soboro z mielonej wołowiny i bambusa, menmą (czyli fermentowanymi lub marynowanymi pędami bambusa), szczypiorkiem, nitkami chilli i olejem z chilli i zielonego pieprzu syczuańskiego. Córka wzięła ramen shoyu, czyli na bazie sosów sojowych, z yakitori (39 zł), z tare (właśnie na bazie sosów sojowych), szaszłykiem z kurczaka i szaszłykiem z boczku, podwójnym wontonem, szczypiorem, białą cebulą, glonami nori i narutomaki, czyli ciastkiem rybnym krojonym w plastry z charakterystycznym wirem w środku (i rzeczywiście takie u niej pływało, było biało-różowe, co jest ponoć najczęstsze). Przede mnie wjechało ramen z tantanmenem, czyli japońską wersją chińskiego makaronu dan dan (specjalnością z Syczuanu), z mieloną wołowiną i boczkiem (40 zł), z tare na bazie orzechów i sezamu, lekko ostrą mieloną wołowiną, białą cebulą, pak choi, domowym kiszonym liściem musztardowca, olejem z chilli, i zielonego pieprzu syczuańskiego. Do domu dotoczyliśmy się z trudem.

Rok kulinarny zakończyłem w grudniu w Krakowie i to na dwa sposoby. Najpierw przy okazji oglądania wystawy finałowej konkursu Disjecta Membra w Galerii Szara Kamienica poszedłem do Balkan Express Grill przy Floriańskej (ale w podwórku) i zamówiłem gurmanską pljeskavicę (25 zł), czyli duży kotlet z siekanego mięsa z serem żółtym (kačkavalj) i domowym wędzonym boczkiem, a do tego frytkami i sosem urbenes (pastą z sera białego i papryki). Pljeskavicę jadłem już kiedyś w Banja Luce w Warszawie przy Szkolnej, ale ta była co najmniej równie dobra. Do tego przyniosła szczęście drużynie chorwackiej, która właśnie – jak mogłem zobaczyć w wiszącym w knajpie telewizorze – z katarskiego mundialu odprawiła do domu reprezentację Brazylii.

Tuż po świętach wybrałem się z mamą i córką do włoskiej restauracyjki Sempre Bracka. Wziąłem krem marchewkowo-dyniowy z serkiem śmietankowym (17 zł) – dobry, ale lekko mdławy, jak to krem, a następnie tagliatelle pesto z kurczakiem (domowej roboty makaron wstążki, świeże pesto bazyliowe, oliwki, suszone pomidory, kurczak, czosnek, sos winny, grana padano, 34 zł) – i te były lepsze. Moje dziewczyny zamówiły barszcz czerwony z uszkami (nie pamiętam, za ile, ale mniej więcej za tyle, za ile mój krem) i tagliatelle z grzybami (domowej roboty makaron wstążki, podgrzybki, cebula, sos śmietanowy, wędzony twaróg, grana padano, 34 zł). Przy jedzeniu, a zwłaszcza przy winie, zgodziliśmy się, że o ile nie imponuje nam przepych, o tyle dobre jedzenie w sympatycznym miejscu, w ładnym mieście przy ulicy rozsławionej dzięki piosence Grzegorza Turnaua – to jest to.

Maciek Froński

 

 

Opracowanie i korekta na stronie internetowej: Weronika Wyrębek

Skrót artykułu: 

Moją ubiegłoroczną podróż kulinarną po Polsce rozpocząłem tam, gdzie ją skończyłem w roku poprzednim – przy ulicy Paderewskiego w Krakowie, gdzie drzwi w drzwi z koreańską restauracją Mandu sąsiaduje koreańska restauracja Bibimbap.

fot. M. Froński: Gorce, Orkanówka

Dodaj komentarz!