
Łukasz Ciemiński
Spotykałem Teodora Kupsia podczas każdej Jesieni na Pałukach – imprezy folklorystycznej, której targów sztuki ludowej oczekiwali wszyscy miłośnicy kultury tradycyjnej w regionie i poza nim. W legendarzach spotkania zapisały się opowieści o twórcach, którzy osaczeni przez kolekcjonerów sprzedawali swoje prace, zanim dotarli na wyznaczone dla nich kramy. Wspominają o tym nie tylko bywalcy żnińskiego święta, ale i wizytujący kiermasze w Kazimierzu Dolnym czy Płocku. Lata 70. XX wieku to czas największej prosperity polskiej sztuki neoludowej, która złotymi zgłoskami zapisała w kanonie artystycznym biografie i nazwiska twórców nieprofesjonalnych. Wielu z nich z powodzeniem kontynuowało dawne formy artystyczne. Inni podpatrywali uznanych, podejmując – raz udane, innym razem mniej, a czasami wcale – próby zmierzenia się z estetyką, która przez blisko dekadę królowała wśród polskiej inteligencji. Legendarnymi stały się także wizyty za granicznych kolekcjonerów, którzy bez reglamentowanego paliwa i z nieograniczonymi środkami dewizowymi, pardon le mot, penetrowali polskie wioski w poszukiwaniu mitycznych dzikich, którzy od czasów Piasta Kołodzieja tworzyli sztukę. Dewizowcy wracali z trofeami od ludu pierwotnego – z genialną kuchnią i feudalnymi formami rolnictwa, twórcy stawiali domy, ku powali auta, a władza ludowa cieszyła się rozkwitającym krajem folkloru – Polską!
Podczas kiermaszów sztuki ludowej, żywych skansenów „cepeliady”, można z rozczuleniem przyglądać się zręczności spracowanych rąk, uśmiechać słodko do językowych błędów i napawać czystym powietrzem nieskażonym artystyczną blagą. Sporo w tym naiwnego przekonania, któremu chyba każdy miłośnik sztuki ludowej uległ w początkach swojej fascynacji. Z czasem przychodzi jednak refleksja, pierwotne zakochanie przeradza się w dojrzałą miłość i odpowiedzialność – za twórców, formy tradycyjne i ekspresję, którą chce się ocalić – już bez stawiania warunków, by rzeźbiarz tworzył przy świetle ogarka, zamieszkiwał izbę z polepą i całymi dniami śpiewał nabożne pieśni. Akceptujemy z czasem i meblościanki na wysoki połysk, i kryształy. Rozumiemy już, że lakierowany jeleń na telewizorze jest po to, by cieszyć oczy domowników. W kartonach przecież sto ją rzeźby „na ludowo” dla odbiorców z miasta. Akceptujemy, świadomi, że zjawisko przyjęło taką skalę, iż szkoda byłoby przerywać ten wskrzeszony dialog z dawnymi formami plastyki chłopskiej.
Usprawiedliwiamy nasz zachwyt, ubierając go w nomenklaturę bardziej dojrzałą. W epoce postludowej zwiemy tę sztukę „nieprofesjonalną, naiwną, intuicyjną” lub za Antonim Krohem – neoludową. Świetny to termin, najprościej opisujący specyfikę zjawiska. Przez analogię z neogotykiem – odczytujemy jasno zamierzenia artystów, którzy w odmiennych realiach historycznych, społecznych i kulturowych ekstrahują z dawnych ludowych form to, co warunkuje istnienie stylu – nierzadko w wysoce udany sposób.
Cały ten wstęp doprowadził nas do opinii dr. Aleksandra Błachowskiego, który o sztuce Teodora Kupsia mawiał, że reprezentuje ona formy kiermaszowe, niepozbawione jednak szczerości wypowiedzi i własnego stylu. Otóż to! Formy kiermaszowe, czyli zapewne takie, które pod względem ikonograficznym i formalnym kojarzą nam się z tym, co (już coraz rzadziej) spotkać możemy na rozmaitych targach sztuki ludowej. Czy to zarzut? Nie sądzę. Baby z kierzankami, chłopy z kosami, a wreszcie całe zastępy świątków – taki już jest ten powojenny rezerwuar ludowej ikonografii. Żadna zbrodnia z niego korzystać, byle w sposób niesztampowy, świeży, przefiltrowany przez własny ogląd świata i artystyczną wrażliwość. Podobnie i z formą – uproszczoną, syntetyczną – do rozgrzeszenia, jeśli własną. Taka jawi mi się w sztuce Teodora Kupsia, który w nieoczywisty sposób podchodził do tematu, ale czynił to z zachowaniem całej prawdy wypowiedzi i własną, nierzadko wymagającą ekspresją.
Urodzony w 1940 roku w Kruchowie, Teodor Kupś pierwsze rzeźby w postaci niewielkich ptaszków wykonał we wczesnej młodości. Potem przyszły czasy zasadniczej służby wojskowej i poszukiwanie zawodowej drogi. Wykształcił się w zawodzie kowala i spawacza, a kontakt ze sztuką ludową zapewniło mu powinowactwo z Władysławą Adryanową – żoną jego ojca chrzestnego. Małżeństwo Adryanów sprawiło mu płaskorzeźbę autorstwa Władysławy, wykonaną ze specjalną dedykacją na uroczystość Pierwszej Komunii Świętej. W końcu lat 70. XX wieku zamieszkał w Trzemesznie, a po przejściu na rentę w 1982 roku zajął się rzeźbieniem. Nieocenionym wsparciem była mu Władysława Adryanowa, której prace zgromadzone są w licznych kolekcjach krajowych i zagranicznych. Podpatrując jej warsztat, wykształcił własny, niepowtarzalny i rozpoznawalny styl. Zwarta bryła, hieratyzm przedstawień i nieoczywista kolorystyka prac, a do tego rozliczne zdobienia brokatem z tłuczonych własnoręcznie bombek choinkowych, którymi ozdabiał przedstawienia o tematyce sakralnej. Cała twórczość Kupsia poszeregowana być może według klucza tematyki. Pojawiają się tam tematy wiejskie – rzadko ukazane w ruchu, zwykle zastygłe, posągowe typy wiejskie. Podobnie ukazywani są i święci, nieruchomi, zapatrzeni w dal, z ograniczonym repertuarem atrybutów. Mają zresztą w sobie coś ikonowego w wyrazie, bo pod względem formalnym są ikoniczne – Kupsiowe. Ostatni zespół prac to przed stawienia ptaków. Ich zabrudzona kolorystyka zbliża je do swojskich skowronków z wielkopolskiej miedzy, niźli rajskich ptaszków ze Stryszawy.
Z przyjemnością spotykałem się z małżeństwem Kupsiów w Żninie. Zawsze przyjeżdżali razem, z ceratowymi torbami pełnymi rzeźb. Lekko zagubieni w gwarze imprezy folklorystycznej, onieśmieleni zainteresowaniem, które im okazywano. Teodor Kupś zwykle mówił mało, a żartował czasami – zwykle wtedy, kiedy kupujący nie byli w stanie dokonać poprawnej atrybucji przedstawionych postaci. Sam byłem świadkiem, jak pewna etnografka głowiła się nad rzeźbą, dumając, czy to aby nie święta Dorota, skoro ma koszyk. „To grzybiarka przecież!” – stwierdził Kupś – „Świętej Doroty nie znam. Też jest z grzybami?”. Taka była sztuka Kupsia, sprawiająca czasem sporo kłopotów swoją nieoczywistością. Dużo łatwiej było z pracami, na których podstawach kowalskimi stemplami wybijał imiona świętych. Dzięki temu wiadomo, że postać z gęsim piórem to święta Agata, a pióro jest liściem palmy. Zachwycają mnie te nieoczywistości oraz brak skrępowania w interpretacji i odchodzeniu od zdogmatyzowanych, sprawdzonych sposobów obrazowania.
Jedna z moich ulubionych rzeźb – przedstawiająca a świętego Józefa z Dzieciątkiem – zdumiewa swoją niesztampową ikonografią i kolorystyką. Model rozpięty pomiędzy świętym Antonim a Józefem, brązowa suknia, może habit, broda, mały Jezus, na którego nogach oranżowe buciki, żywo przypominające kalosze. Na głowach świętych postaci – ni to jarmułki, ni kaszkiety. „Kaski» orzeszki «” – zawyrokowała moja znajoma historyczka sztuki. Tak, kaski, kaloszki. Święci grzybiarze kupieni podczas Jesieni na Pałukach! I ta wymagająca kolorystyka – niepolichromowane, lakierowane tylko partie ciała, brązy, oranże, oliwkowe zielenie i zieleń podstawy – prosto z tubki. To, co zaczyna być harmonizowane, przełamuje nagle kolorystyczny dysonans, przecież nie jest to fałszywa nuta! Innym razem kapliczka ze smukłą figurką Madonny patrzącej na świat z przerażeniem. Cały ten niepokój zdaje się okrywać pobożnym blaskiem brokat z tłuczonych bombek, który skrzy się jak opiłki miki. Wciska się nawet w elementy kapliczkowej architektury, co przy jej surowym, twardym ornamencie – zdaje się bardziej rozśmieszać niż zdobić. Masywne, mimo stosunkowo niewielkich rozmiarów, rzeźby, oszczędny modelunek, zwartość bryły i kolorystyka może dobierana przypadkowo, ale, przy całej ograniczoności, trafnie, a wreszcie sygnatura TK na spodzie – zawsze wybijana metalowy mi stemplami – wszystko to dowodzi, spod jakiej ręki wychodziły rzeźby pana Teodora. Kowalskiej roboty drewniane rzeźby – może w tym cały ich urok. Nie silą się przecież na filigrany, nie przewracają oczkami, nie potrzebują akrylowych złoceń. Maszerują w świat równymi rzędami, ustawieni na półkach, mieszkańcy świata wyobraźni Teodora Kupsia, który stał się kowalem ich losu!
Redakacja na stronie: Żaneta Piotrowska, studentka filologii polskiej
Spotykałem Teodora Kupsia podczas każdej Jesieni na Pałukach – imprezy folklorystycznej, której targów sztuki ludowej oczekiwali wszyscy miłośnicy kultury tradycyjnej w regionie i poza nim. W legendarzach spotkania zapisały się opowieści o twórcach, którzy osaczeni przez kolekcjonerów sprzedawali swoje prace, zanim dotarli na wyznaczone dla nich kramy. Wspominają o tym nie tylko bywalcy żnińskiego święta, ale i wizytujący kiermasze w Kazimierzu Dolnym czy Płocku.
fot. z arch. aut.: Józef z Dzieciątkiem, rzeźba Teodora Kupsia