Kociołek po turecku (1)

Bałkany

Tym razem naszą bałkańską przygodę rozpoczynamy od jednego z mniej tłumnie odwiedzanych krajów bałkańskich – Macedonii. Po kilkunastogodzinnej jeździe docieramy do Skopja, gdzie zwiedzanie rozpoczynamy od Muzeum Narodowego. W placówce – bardzo delikatnie rzecz ujmując – nie ma tłumów.  A szkoda, bo ma ona do zaoferowania naprawdę sporo.


Kanion Matka, Macedonia Północna

fot. E. Jasińska

 

 

Ewa Jasińska

W obszernej części etnograficznej oglądamy stroje ludowe, sprzęty służące codziennej pracy, głównie na roli i wokół roli, instrumenty muzyczne – między nimi egzemplarze przypominające nasze gęśle – czy choćby pisanki. Są odtworzone wnętrza wiejskich chat i bogatszych mieszkań, jak również modele całych budynków. W ramach wystawy historycznej można obejrzeć m.in. ekspozycję poświęconą exodusowi Macedończyków z Macedonii Egejskiej (części historycznej Macedonii, która po wojnach bałkańskich przypadła Grecji) po II wojnie światowej i przegranej przez komunistów wojnie domowej. Na azyl w PRL i innych krajach bloku sowieckiego mogli liczyć nie tylko greccy komuniści, ale też przedstawiciele słowiańskiej mniejszości, którzy poparli komunistów ze względu na doświadczenia prześladowań w czasach dyktatury Metaxasa.

Wśród eksponatów trafiamy m.in. na wydane w 1957 roku przez VIII LO we Wrocławiu świadectwo maturalne Dimitry Karcickiej urodzonej, według dokumentu, w 1939 roku w „Pozdiwiszcza, Grecja” – choć greckie władze już w latach 20. zmieniły nazwę wsi (przedtem po grecku „Posdivistsi”) na „Chalara”. Obok karnet wydany nastolatce przez PKP na bezpłatny przejazd do Warszawy na Światowy Festiwal Młodzieży i Studentów w 1955 roku.

Nieopodal muzeum warto zwiedzić cerkiew Najświętszego Zbawiciela (spaską). Ponieważ za czasów osmańskich świątynie nieislamskie nie mogły sięgać ponad ziemię wyżej niż głowa Turka siedzącego na koniu, cerkiew jest wkopana w grunt. Wewnątrz znajduje się piękny zabytkowy ikonostas Marka i Petara Filipowskich.

Na terenie świątyni jest grób Goce Dełczewa i wystawa poświęcona temu bohaterowi narodowemu Macedonii i Bułgarii – zresztą oba narody przypisują mu nieco odmienne intencje działalności politycznej. Bułgaria jest kolejnym krajem, z którym Macedonia wiedzie spór tożsamościowy. Oba języki są do siebie podobne. Te same cechy (np. obecność rodzajnika, brak przypadków) różnią je od pozostałych języków słowiańskich. Istnieje też szereg różnic między bułgarskim a macedońskim, ale z bułgarskiego punktu widzenia zamykają się one w odmienności, jaka jest cechą dialektu.

Trzeba przyznać, że samodzielnie nie jesteśmy w stanie tego zweryfikować. Języki grupy bułgarsko-macedońskiej są dla Polaka trudne do zrozumienia (trudniejsze niż serbsko-chorwacki czy raczej „serbsko-chorwacko-bośniacko-czarnogórski”), więc nie słyszymy różnic i nie możemy ich porównać choćby do doskonale rozpoznawalnych odmienności między czeskim a słowackim – a wszak ani Czesi, ani Słowacy nie mają problemu z przyznaniem, że mówią innymi językami, choć wzajemnie zupełnie zrozumiałymi. To, co najprędzej rzuca się w oczy Polakowi-laikowi – a nie lingwiście – to popularność w Macedonii nazwisk zakończonych na -ski, czego w Bułgarii nie zauważymy. Przy okazji: właśnie nazwisko Goce Dełczewa brzmi dla nas „typowo bułgarsko”.

W niejakim oddaleniu od muzeum i cerkwi spaskiej znajduje się miejsce, gdzie do katastrofalnego trzęsienia ziemi w 1963 roku stał dom św. Matki Teresy z Kalkuty. Jej rodzice – Albańczycy, ale katolicy – przybyli do Skopja ze Szkodry. Teraz w tym miejscu znajduje się poświęcone jej muzeum.

Stąd w kilka minut możemy dojść na główny plac miasta – plac Macedonii. Jego dominantą jest pomnik „wojownika na koniu”. To dwunastometrowy posąg umieszczony na dziesięciometrowym cokole. Wszyscy wiedzą, że przedstawia Aleksandra Macedońskiego. Tak też się nazywał, gdy go odsłaniano. Południowy sąsiad uznał to za prowokację, chęć przywłaszczenia sobie greckiego dziedzictwa.

Dysponując szeregiem „argumentów” w postaci możliwości blokowania akcesji Macedonii do organizacji międzynarodowych, Ateny wymusiły na Skopju zmianę nazwy pomnika (podobnie zresztą zmieniono urzędową nazwę państwa na „Macedonię Północną”). Reasumując, oglądamy pomnik Aleksandra Macedońskiego, ale oficjalnie nie.

Nad brzegiem Wardaru ustawiono posąg cesarza Justyniana. Ten jest podpisany – widać Grekom (na razie?) nie przeszkadza. Zabytkowym Kamiennym Mostem pochodzącym z czasów osmańskich (prawdopodobnie z XV wieku) przekraczamy Wardar. Główna rzeka Macedonii, uchodząca do Morza Egejskiego, a wypływająca z gór Szar Płanina, wspominana była – pod grecką nazwą Aksjos – już przez Homera. W znacznie bliższych nam, choć też już minionych czasach, sformułowania od Vardara pa do Triglava (czyli od Wardaru aż do Triglava – najwyższego szczytu Słowenii) używano jako metonimii Jugosławii. W internecie łatwo znaleźć piosenkę o tym tytule.

Na lewym brzegu rzeki położona jest Stara Czarszija. Dosłownie oznacza to „Stary Bazar”, niegdyś bowiem taką funkcję to miejsce pełniło, ale dziś raczej nazwalibyśmy je „starówką”. Spacerujemy wąskimi, klimatycznymi uliczkami, odkrywając kolejne zabytki. Choć nieudostępniony do zwiedzania i niszczejący, nawet z zewnątrz spore wrażenie robi karawanseraj Kurszumli An, największy w Skopju, funkcjonujący od XVI do XIX wieku. Dziedziniec jest zamknięty, odważni z naszej ekipy gdzieniegdzie zaglądają metodą urbexu.

W drugim, mniejszym karawanseraju, Suli An, urządzono muzeum miejskie. Zaglądamy też do meczetów, choć te – nawet ponad pięćsetletni meczet Mustafy Paszy – nie wywierają na nas jakiegoś większego wrażenia. A na pewno mniejsze niż Bohoniki i Kruszyniany.

Zapada zmrok, pora na wieczerzę na swojskiej i egzotycznej (tak chyba można opisać całą Jugosławię: jest jednocześnie swojska i egzotyczna – i na tym polega jej urok) Starej Czarsziji. Najadamy się pysznymi, sytymi pljeskawicami i czewapami – to wszystko z obfitymi sałatkami i pitą – niesamowicie tanio. Wracamy na nocleg i zapadamy w sen.

Nazajutrz niedziela, zatem najpierw jedziemy do kościoła, a potem do wąwozu Matka (słowo to oznacza po macedońsku macicę, zaś polskie „matka” to po macedońsku „majka”), położonego pomiędzy wznoszącymi się po obu stronach majestatycznymi, stromymi zboczami. To jedna z największych atrakcji przyrodniczych w okolicach Skopja. Zaczynamy od wizyty w monastyrze Zaśnięcia Przeświętej Bogurodzicy, który znajduje się w pobliżu wejścia do wąwozu. Zwiedzamy cerkiew, a potem, tak jak pielgrzymi, siadamy na trawie, na klasztornym dziedzińcu i robimy piknik. Z oferowanych za darmo kanapek nie korzystamy (ku zaskoczeniu dziewcząt, które je rozdają), ale przecież one są dla pielgrzymów, nie dla turystów. Tylekroć oczekujemy szacunku od innowierców w katolickich sanktuariach – teraz my jesteśmy gośćmi, choć cerkiewne ikony z pewnością są nam bliższe niż nasze nabożeństwa agnostykom. W cerkwiach bogosłużenia trwają czasem wiele godzin. Być może stąd pomysł na taką kanapkową „diakonię”.

Posileni ruszamy na wykuty w skale wzdłuż wąwozu szlak. Kto woli, może piękną okolicę zwiedzić łódką lub kajakiem. Widoki są niesamowite.

Po drodze na nocleg, który czeka na nas w miejscowości Makedonski Brod, mamy jeszcze nadzieję popodziwiać masyw Mokrej Płaniny z jej najwyższym szczytem, Sołuńską Gławą. Zwą ją tak, ponieważ przy dobrej widoczności ze szczytu podobno widać Sołuń/Saloniki. Niestety, jedyna droga okazuje się jednokierunkowa (na odcinku kilkudziesięciu kilometrów, bez alternatywy) i właśnie późnym popołudniem oraz wieczorem obowiązuje kierunek do Skopja. Jeden z powracających z gór kierowców wyjaśnia nam, że musimy objechać całą Mokrą Płaninę dookoła, przez Tetowo – bez mała pół kraju.

Nazajutrz zaczynamy od klasztoru Treskawec, pod wezwaniem Zaśnięcia Najświętszej Maryi Panny. Docieramy tam asfaltową drogą zbudowaną kilka lat wcześniej. Stromą i krętą, a jednak luksusową. Jeszcze na początku drugiej dekady XXI wieku – zlokalizowany na zboczach góry Złatowrw (dosłownie – Złotowierch), na wysokości 1280 m. n.p.m. – Treskawec był uznawany za najbardziej niedostępne sanktuarium w kraju. Można tu było dotrzeć tylko pieszo, wąskim, wymagającym, skalnym szlakiem.

Mimo to już w czasach pogańskich istniał w tym miejscu ośrodek kultu Apollona i Artemidy. W pierwszych wiekach ery chrześcijańskiej zbudowano tu kościół, na którego pozostałościach wzniesiono w XIII wieku obecną cerkiew. Surowość gór, prostota życia mnichów i poczucie sacrum wywierają na nas mocne wrażenie…

Z Treskawca jedziemy w stronę Stobi. Po drodze zatrzymujemy się jeszcze na wiejskim targowisku, aby uzupełnić zapasy o warzywa i owoce. Nabywamy też lokalne przetwory, m.in. wyśmienicie, jak się później okaże, przyrządzone bakłażany w oliwie oraz domowej roboty rakije.

 

Stobi – Macedońskie Forum Ro- manum, tylko o wiele tańsze i bez tłumu turystów

Nazwa Stobi ma pochodzić z języka peońskiego i choć naukowcy nie są pewni, do której grupy języków indoeuropejskich należała ta mowa, to wspomniany toponim ma oznaczać „słup, kolumnę”. To samo znaczenie ma cerkiewnosłowiańskie stoborъ i słoweńskie steber. Nawet w Polsce możemy odnaleźć toponimy pochodzące z tego samego źródłosłowu (warmińskie Stabławki – z pruskiego Stabis Lauks, czyli Kamieniste Pole – pruskie słowo stabis to „krewniak” peońskiego stobi).

Nieprzypadkowo do ruin miasta można zjechać wprost z autostrady, biegnie ona bowiem w tym miejscu śladem starożytnej Via Egnatia prowadzącej do Bizancjum, a stanowiącej kontynuację – po wschodniej stronie Adriatyku – znanej choćby z Quo Vadis Via Appia.

Tak jak w muzeum w Skopju: praktycznie żadnych turystów (oprócz kilkuosobowej grupki Polaków, którzy wychodzą z obiektu, gdy my doń wchodzimy) i bilety za grosze. Miejsce zachwycające. Początki miasta datowane są na VII–VI wiek p.n.e. W okresie rzymskim i wczesnobizantyńskim Stobi było znaczącym ośrodkiem wojennym i handlowym.

U wejścia do kompleksu oglądamy teatr na ponad 7 tysięcy widzów, potem idziemy do bazyliki katedralnej. Zbudowana w pierwszej połowie IV wieku – być może przez biskupa, który był uczestnikiem pierwszego soboru powszechnego, w Nicei w 325 roku – jest naprawdę imponująca. Fragmenty murów i mozaik są wprawdzie rekonstruowane, ale duża część, w tym freski z IV wieku (tak!!) przedstawiające świętych, podobizny zwierząt i wzory geometryczne – to autentyki. Podobnie mozaika obrazująca m.in. charakterystyczne pawie na posadzce baptysterium.

Z bazyliki wychodzimy na Via Sacra, prowadzącą do katedry od strony Bramy Heraklejskiej. Widoczne są pozostałości bruku z kamiennych płyt i bocznych kolumnad. Podziwiamy kolejne zabytki: domy, bazyliki, synagogi, bibliotekę, termy. Płaskorzeźby przedstawiające rodziców z dziećmi – niczym rodzinne fotografie.

W VI wieku miasto zostało spustoszone w wyniku najazdów Awarów i Słowian, ale jeszcze kilka stuleci później musiało być zamieszkane – o czym świadczą słowiańskie groby z IX–XII wieku odkryte w jednej z bazylik.

Ze Stobi jedziemy do przygranicznej Gewgeliji, skąd następnego dnia ruszamy do Salonik.

 

Saloniki – nieczynne ze względu na wtorek

Na to miasto mamy tylko jeden dzień. Niestety, okazuje się, że wiele placówek jest zamkniętych z powodu wtorku. Tylko z zewnątrz oglądamy Rotundę: budowlę wzniesioną jako mauzoleum cesarza Galeriusza na początku IV wieku, która jednak nigdy nie pełniła tej funkcji. Zamknięte z okazji wtorku jest również Forum Romanum. Razem z innymi zawiedzionymi turystami zwiedzamy kompleks, oglądając go z zewnątrz.

Otwarta jest za to bazylika św. Dymitra. Chociaż świątynia z V wieku przetrwała całą okupację osmańską (w tureckich czasach jako meczet), to w 1917 roku została zniszczona przez pożar i później odrestaurowana. Relikwie świętego męczennika z czasów Dioklecjana wciąż są celem licznych pielgrzymek.

Wracając w stronę morza, oglądamy łuk triumfalny ku czci zwycięstwa wspomnianego już Galeriusza nad Persami oraz imponujące pozostałości jego kompleksu pałacowego. Odsłonięta jest i tak tylko niewielka część. Cały kompleks zajmował teren od morza aż do Rotundy, a więc o długości blisko kilometra. Od wschodniej strony przylegał do niego hipodrom przypominający – również swoją skalą – rzymski Circus Maximus.

Nad samym morzem zwiedzamy Białą Wieżę, osmańską fortecę, w XIX woku więzienie, gdzie urządzono muzeum historyczne.

 

Oficjalne stanowisko Ankary: autostrady nie dla cudzoziemców

Rano ruszamy dalej na wschód. Podziwiamy od południa Rodopy, które w poprzednim roku oglądaliśmy od strony północnej. Zgadując, które szczyty w zasięgu naszego wzroku należą do Bułgarii, przemierzamy Trację i docieramy do granicy z Turcją. Mamy zarezerwowany nocleg na półwyspie Gallipoli, ale musimy się na nim stawić do 18:00, by nie przepadł. Kolejka przed granicą przesuwa się ślamazarnie, ale wjeżdżamy do Turcji na tyle wcześnie, że powinniśmy jeszcze bez pośpiechu kupić kartę SIM i naklejkę na autostrady – i zdążyć na miejsce. Niestety, okazuje się, że ani na granicy, ani na najbliższych stacjach benzynowych nie jesteśmy w stanie nabyć ani jednej z potrzebnych rzeczy, a dodatkowo każda zapytana osoba twierdzi co innego (kupimy w sklepie, na najbliższej stacji benzynowej, na kolejnej, na poczcie…). Udaje się tylko wymienić pieniądze.

O ile kartę kupimy nazajutrz w mieście Gallipoli, o tyle problem płatności za autostrady pozostanie nierozwiązany, nie będziemy mogli z nich w ogóle korzystać. Nawet ministerstwo transportu nie zechciało nam udzielić odpowiedzi. Widocznie autostrady w Turcji nie są dostępne dla cudzoziemców. Przyjmujemy to do wiadomości.

 

Nocleg widmo

Przyjeżdżamy na Gallipoli na czas, ale… noclegu nie ma. Powinna to być posesja przy drodze, między dwiema miejscowościami. Nie znajdujemy nic, co przypominałoby domek ze zdjęć. Telefon nie odpowiada – a przecież właściciel powinien wiedzieć, że ma gości. Szukamy naszego noclegu, nawet z pomocą okolicznych mieszkańców, z którymi porozumiewamy się elektronicznym translatorem – bezskutecznie. Oni też nie mogą się dodzwonić. Mija 18:00. Wreszcie znajdujemy nocleg w wiosce – jakby żywcem przeniesionej z ubiegłego wieku. Po ulicy wałęsają się psy, w pewnym momencie na nasz samochód usiłuje wejść krowa…

Ale pensjonat jest przyjemny – dostajemy trzy pokoje z kuchnią, pralką, łazienką, z tarasu wyjście na ogród – a właściciele przemili. Płacimy oczywiście jeszcze raz i to drożej. Rano, zanim zdążymy usłyszeć muezzina, budzą nas koguty.

 

„Wasi synowie spoczywają w pokoju w naszej ziemi”

Cytat ze śródtytułu to słowa, które Kemal Atatürk miał rzekomo skierować do matek australijskich i nowozelandzkich żołnierzy poległych na plażach i wzgórzach Gallipoli w 1915 i 1916 roku. W rzeczywistości tekst ten powstawał stopniowo w II połowie XX wieku – ale i tak jest powielany wszędzie, nawet w państwowym muzeum bitwy.

To właśnie legenda epopei Gallipoli, która zauroczyła naszego syna, przygnała nas w to miejsce. Gdy po czterech miesiącach Wielkiej Wojny, pod koniec 1914 roku straty Anglii i Francji zbliżały się do miliona zabitych, pierwszy lord Admiralicji, Winston Churchill, był przekonany, że zna lepszy sposób na przełamanie impasu niż „wysyłanie naszych żołnierzy, żeby gryźli zasieki we Francji” – i przekonał do niego gabinet.

Zaproponował, by brytyjska flota opanowała Dardanele i uderzyła na Konstantynopol. Imperium Osmańskie – członek koalicji państw centralnych – powszechnie uznawane za „chorego człowieka Europy” nie byłoby w stanie powstrzymać tego ataku. Opanowanie Konstantynopola otworzyłoby drogę do Rosji, przekonałoby neutralne Bułgarię, Grecję i Rumunię do przyłączenia się do Ententy. Być może takie zagrożenie spowodowałoby, że Niemcy przerzuciliby do Turcji część swoich wojsk, co z kolei ułatwiłoby przełamanie frontu zachodniego. Z polskiego punktu widzenia scenariusz niekoniecznie korzystny.

Churchill wiedział, że powodzenie operacji wymaga opanowania górującego nad cieśniną Gallipoli. Uważał, że jest to trudne, ale możliwe. Niestety, brytyjskie ministerstwo wojny nie wyraziło zgody na inwazję. Londyn wysłał tylko flotę, która, tracąc w ciągu dwóch miesięcy kolejne jednostki, nie zdołała się przebić przez Dardanele. Dopiero wtedy zapadła decyzja o inwazji. W tym czasie Turcy zdołali wzmocnić fortyfikacje, przerzucić większą liczbę żołnierzy. Alianci ginęli na plażach i zboczach wzgórz, wdzierając się najwyżej na kilometr w głąb półwyspu. Inwazja zamieniła się w wielomiesięczną rzeź, kolejną bitwę pozycyjną, w której żołnierze wrogich armii mogli nawet nawzajem słyszeć swe szepty. Chwilami wręcz dochodziło do handlu wymiennego między Osmanami a Aliantami. Żołnierze z zaskoczeniem pisali w listach, że „Turcy to tacy sami ludzie jak my”.

Do stycznia 1916 roku zginęło po obu stronach łącznie ponad 100 tys. żołnierzy.

Na półwyspie są i starsze zabytki – oglądamy m.in. zupełnie opustoszałe i zapuszczone fortyfikacje bizantyńskie, w czasach osmańskich służące za koszary – ale przede wszystkim zwiedzamy nowoczesne, atrakcyjnie urządzone muzeum bitwy. Jedziemy na plażę ANZAC. Gallipoli jest miejscem kluczowym dla australijskiej i nowozelandzkiej tożsamości narodowej, która, można rzec, okrzepła w okopach tej bitwy. Odwiedzamy też cmentarze australijsko-nowozelandzki i brytyjski. Gdy kąpiemy się w morzu, obok widzimy jeden z bunkrów sprzed wieku. Wieczorem żegnamy Europę. Wsiadamy na prom, którzy przez spokojne dziś Dardanele przewiezie nas do Azji.

Ciąg dalszy nastąpi…

Ewa Jasińska

 

 

Opracowanie i korekta na stronie internetowej: Weronika Wyrębek

Skrót artykułu: 

Tym razem naszą bałkańską przygodę rozpoczynamy od jednego z mniej tłumnie odwiedzanych krajów bałkańskich – Macedonii. Po kilkunastogodzinnej jeździe docieramy do Skopja, gdzie zwiedzanie rozpoczynamy od Muzeum Narodowego. W placówce – bardzo delikatnie rzecz ujmując – nie ma tłumów. A szkoda, bo ma ona do zaoferowania naprawdę sporo.

fot. E. Jasińska: Kanion Matka, Macedonia Północna

Dział: 

Dodaj komentarz!