
Stanisław Wyżykowski urodził się 3 maja 1927 roku w Haczowie. Jest artystą, który wskrzesił budowanie liry korbowej na Podkarpaciu. Ma na swym koncie wiele instrumentów strunowych, w tym organistrum i lirę basową. Otwarty i życzliwy, o swoich pasjach związanych z muzykowaniem i budowaniem instrumentów opowiedział Magdalenie Mazur.
Stanisław Wyżykowski, Magdalena Mazur
Lutnictwem interesowałem się od dziecka, gdy jeszcze nie umiałem pisać ani czytać. Mogłem mieć jakieś sześć lat. Miałem jedenaścioro rodzeństwa. Byłem dziesiątym dzieckiem. Dziś żyję tylko ja. Wspomnę, że jestem rodzonym bratem odkrywcy miedzi. Zacząłem interesować się lutnictwem, bo u nas w domu było obecne i stolarstwo, i inne rzemiosło. Wykonywano różne zawody, wobec tego do ojca przychodzili muzycy. Umiał grać na wielu instrumentach, z zawodu był stolarzem. Jeszcze w czasie zaborów tu grał. Był samoukiem. Znał nuty, grał na kontrabasie, na klarnecie, na skrzypcach, altówce. Gdy miałem te sześć lat, do ojca przyjeżdżali ludzie, którzy się uczyli stolarstwa, ale umieli grać i mieli czasem próby przed występami na weselach w dawnych czasach. Słuchałem, jak grają, jak stroją. Taki chłopaczek na uboczu. Nie umiałem czytać ani pisać, ale po kryjomu nauczyłem się grać na skrzypcach, słuchając, od czego zaczynają. Próbowałem mniej więcej wykonywać ruchy palcami i tak zaczęło się moje wielkie zainteresowanie. Gdy skończyli swoje próby muzyczne, to któryś, Kaszowski chyba, powiedział: „Wyżykowski, zrób lirę korbową”. Ojciec tworzył instrumenty, naprawiał cymbały, kontrabasy, skrzypce. Robił różnego rodzaju meble i zajmował się budowlanką – oknami, drzwiami. Pracownia była na boku, a w domu na ścianie wisiały skrzypce. Ojciec chodził do pracowni, a ja próbowałem grać. Przy ojcu się bałem. W dawnych czasach było trudno o pracę. Chodziło się boso, mało kto miał rower. Kiedy trzeba było kupić cukier, przede wszystkim do kawy, to opalało się jęczmień. Wsypywało się go do pojemnika, obracano to nad płomieniem. Kupowało się do tego cykorię – to była kawa w dawnych czasach, za mojego dzieciństwa.

Stanisław Wyżykowski grający na skrzypcach-lasce. Krosno 2020
fot. K. Mazur
Gdy koledzy ojca się rozeszli, to ja pytam: „Tatuś, co to jest ta lira?”, a on mi tłumaczy w ten sposób: „No to Stasiu, to jak ci wytłumaczę? Ja liry ni mam, ale tam na Koźleńcu u Szajnów, oni tam mieli lirę, co gdzieś tam u kogoś jeszcze kiedyś kupili, ale to taka lira dziadowska to była. Może potem pokażę”. Zacząłem kombinować tę lirę. „Tatuś! Powiedz mi, jak to wyglądało, ta lira”. „No to jak? Ni mam tej liry, ale to jest większe jak skrzypce, jest koło, korba i klawisze są. Kręci się korbą, te struny ocierają o koło i klawiszami się, i wychodzi melodia”. Od dzieciństwa zacząłem myśleć, że kiedyś zrobię taki instrument. Nie mam wykształcenia stolarskiego. Jestem po szkole muzycznej, bo po wyzwoleniu, w roku 1946 grałem w „symfonii” [w małej orkiestrze symfonicznej przy Krośnieńskich Zakładach Przemysłu Lniarskiego, przyp. red.] w Zakładach Lniarskich. Tak zacząłem, ale ciągle myślałem o lirze korbowej.
Lata upływały. Po ukończeniu szkoły grałem w zespołach z muzykami. Tutaj chcę przytoczyć pewną sytuację. Odbywały się tak zwane Muzykalia Letnie. My – Kapela Stachy byliśmy najlepszą kapelą w Polsce. W kraju było bardzo dużo zespołów, ale my graliśmy rzeczy różne. Kapelę zawiązano w roku 1965 w krośnieńskich Hutach Szkła. Ściągnęli mnie z Zakładu Strzeleckiego, szukali muzyków. Po roku dostaliśmy solistkę. Pięknie śpiewała. Każdy z nas znał nuty, bo w dętej orkiestrze się grało trudne rzeczy, graliśmy czardasze, nie czardasze. Także Pagart chciał byśmy grali zawodowo. Mieliśmy już nawet wyjazd do Chicago jako Kapela Stachy, Polak organizował tam imprezę z okazji jakiegoś święta, chcieli ściągnąć grupę z Polski. Tylko wtedy on coś przeskrobał i został się – jak to się mówi – na pół obrotu. Tak się skończyło. Mieliśmy już paszporty. W 1967 roku był pierwszy wyjazd do Niemiec. Obchodzono tam dziesięciolecie Polaków w tym kraju i chcieli, by zagrał tam ktoś z Polski. Organizatorzy zgłosili się do Pagartu, do Warszawy. Mówią, że mają takie święto, że chcieliby zaprosić jakąś dobrą orkiestrę, jakąś kapelę, ale żeby nie była droga. Pagart o nas wiedział. Związki centralne, związki zawodowe w Katowicach dobrze o nas wiedziały. Warszawa dzwoni do nich, a oni do Huty z kolei: „Macie wyjazd do Bielefeld!”. No to w porządku, ale podróż musiała być sprawdzona przez władze komunistyczne tu, w Polsce, w Rzeszowie. Z gminy każdy musiał mieć potwierdzenie, że nie ma nikogo gdzieś za granicą. Ja miałem jakąś rodzinę gdzieś tam, ale to nie było istotne, ponieważ wyjechała do Ameryki w czasach austriackich, co nie było zarejestrowane w dokumentach. Wszyscy dostaliśmy papiery, że nie mamy krewnych za granicą. Ja byłem z Haczowa, Kaszowski też, Guzik z Głowienki, Mrozek z Brzozowa, Szajna z Koźlińca, solistka również z Koźlińca. Przyjechaliśmy, z granicy federalnej do Bielefeld było co najmniej 400 km. Było już prawie koło południa, nie ma gdzie się umyć. Był taki duży staw, tam się umyliśmy i od razu w stroje ludowe, żeby się pokazać – tak wygląda kapela polska. Przyszliśmy do tego stawu i leżała jakaś deseczka. Ja patrzę, ile tam jest pijawek! Ale myję się i golę. A Kaszowski, starszy człowiek, jak widział te pijawki – o jak uciekał, jak się bał! Przyjechaliśmy do Bielefeld około czwartej godziny po obiedzie. Po drodze widzimy, jak te Niemcy wyglądają. O, dajcie spokój. Niesamowicie. To jest piękny kraj. Wojnę przegrali, a tu wszystko już wygląda ekstra. Kiedy dotarliśmy na miejsce, widzieli nas w strojach ludowych. Wszyscy i Niemcy, i Polacy, organizatorzy posmutnieli, było widać, że nie są zadowoleni z tej kapeli. Wykąpaliśmy się, mieliśmy wejściówki, nowe ubrania, jak wojsko. Każdy z nas miał ileś wódki, to wziął. Weszliśmy do pokoju, instrumenty, wódka stoi, popatrzyli – ubrani – miny się troszkę rozweseliły. Jak zagraliśmy ,,Sto lat” – o, wtedy na twarzach pojawił się uśmiech, byli zadowoleni. Potem zagraliśmy „Rosamunde” czy taki walczyk, także niemiecki: „Tyś jest piękna, znana na ten cały świat” i tak dalej. O, jaka wesołość była. To było zadowolenie, zagraliśmy ekstra! Potem, kiedy robili zabawy, to zapraszali nas do Niemiec kilka razy. W Hamburgu graliśmy na mszy w kościele, zamiast organisty – którego nie mieli. Kościół był biedny. Był tam ksiądz, profesor z Krakowa, a msza miała się zacząć o jedenastej. Czekamy, czekamy, on też czekał na zewnątrz. Podszedłem: „Proszę księdza, to już jedenasta godzina, trzeba mszę odprawić”. Na co on: „Jeszcze poczekajmy”, Mówię, że jest mało ludzi. „To i tak dużo! Gdy usłyszeli, że będzie grać w kościele kapela z Polski, to przyszło dużo więcej”. Graliśmy też w innych kościołach na mszach: w Holandii, w Belgii. Jeździliśmy wszędzie tam, gdzie nas potrzebowali, chcieli usłyszeć. W Parlamencie Europejskim w Brukseli również dawaliśmy koncerty. W Antwerpii była taka dziennikarka. Kiedyś, jeszcze za komuny, przyjechała. Pochodziła z Nowego Targu albo Nowego Sącza, góralka. Ona zajmowała się ludowymi sprawami, miała kontakt z wieloma Polakami, uczyła też języka obcego. Słyszała, że w Polsce jest dobra kapela, wobec tego byliśmy tam kilka razy i graliśmy koncerty.
Był taki Stanisław Inglot, już nie żyje, był ode mnie młodszy o pięć lat. Znaliśmy się od kawalerskich czasów – pracował w domu kultury, a potem przeszedł do krośnieńskich Hut Szkła. Inglot mówi tak: „Stasiek! Zrobiłbyś lirę”. Pierwszą lirę zrobiłem w roku 1967, ale już od 1965 w hucie istniała kapela. Mówię, że mam wyobrażenie, jak lira wygląda, ale muszę wiedzieć więcej, żeby ją zrobić. Powiedział: „Ty wiesz co? Tam jest lira w muzeum w Krośnie. Pogadam z dyrektorem i może tam pójdziemy, żeby pozwolił pooglądać” – i tak było. W domu nie mam warsztatu, więc stwierdziłem, że najwyżej w hucie będę robił.

Lira korbowa wykonana przez Stanisława Wyżykowskiego. Krosno 2020
fot. K. Mazur
„Pracowałem po godzinach. Sprowadzałem materiał taki, jaki trzeba było, by skonstruować tę lirę, bo widziałem już, jak wygląda. Poszedłem do kierownika Zakładu Smyk – miałem renomę u dyrektora w Hutach Szkła – i mówię: „Kierowniku, czy by mi pan pozwolił, żebym robił lirę poza godzinami pracy? Chcę zrobić lirę dla zespołu z huty”. Kiedy już zacząłem robić tę lirę, to pomyślałem: „No dobrze, ale co dalej?”. Byłem już po szkole muzycznej. Skończyłem czteroletni kurs w dwa lata. Mam świadectwo do dziś. W tych latach nie było jeszcze telewizji w Polsce. Ludzie nie mieli telewizorów. Filmy były wyświetlane tylko w domach kultury. Kiedy w Haczowie wyświetlana była komedia francuska, poszedłem, żeby ją obejrzeć. Miałem już lirę. W filmie dwóch lirników w czarnych smokingach, grając, prowadziło korowód weselny do kościoła. Szli i grali. Słuchałem. Widziałem, jak poruszają dłońmi. Słuchałem tonów, jakie tam mogą być struny, jaka menzura w tym instrumencie. „Już wiem, jak to zrobić!”. Zrobiłem lirę, która miała półtorej oktawy. To znaczy, że nie było półtonów, tylko dwanaście pełnych tonów. Zrobiłem tę lirę tak zmyślnie, że tangenty długie były dłuższe o połowę od drugich. Jak trzeba było zaśpiewać ludową piosenkę w molowej tonacji, to trzeba było skręcić, żeby uzyskać ten półton. Jak zrobiłem pierwszą lirę, to myślałem, żeby kolejne ulepszyć. Zrobiłem ją dla huty, szkła, dobrze mi zapłaciła. Potem zaprosili mnie na taki pochód po wioskach, żeby pokazywać, jaka to niegdyś była kultura. Były przeglądy w miastach, czy to w Warszawie, czy w Krakowie, czy w Rzeszowie. Po wioskach były przeglądy kapel ludowych. Parę dni było się w danym miejscu, bo przegląd był trzydniowy. Wszędzie zdobywaliśmy pierwsze nagrody. Gdy lira już była zrobiona, kręcono już o tym filmy, była „Kronika Krakowska”. Dowiedzieli się, że w krośnieńskich Hutach Szkła jest taki instrument. Ona była „w pieluszkach”. Zrobiłem lirę, ale co z tego? Dla mnie to było jeszcze „głodne”. Taka lira powinna wyglądać inaczej. Czytając pisma, dowiedziałem się, jak te liry były kiedyś używane, jak doszło do tego, że te instrumenty są w danych państwach. Wspomnę taką sytuację. Gdy już wykonywałem liry i inne średniowieczne instrumenty ludowe, istniało Towarzystwo Miłośników Muzyki i Folkloru w Regionalnym Centrum Pogranicze w Krośnie i ja do niego należałem. Grałem i w kapeli, i w orkiestrze dętej na basie. Zastanawiałem się, jak ulepszyć lirę. Ona była już zrobiona, pokazywaliśmy ją. Wtedy do krośnieńskich Hut Szkła i do Domu Kultury przyjechała „Kronika Krakowska”. Mieliśmy tam próby, chcieli, żeby coś zagrać. Coś tam wykonałem. Coraz więcej ulepszałem. Trzecia godzina po północy, dzień już, prawie słońce wzeszło, leżę z żoną i patrzę na sufit. A żona popatrzyła na mnie – zlękła się: „Staszek! Co ty! Kończysz życie?”. Mówię, że nie. „A czego żeś tak oczy w sufit dał?”. „Mela, bo na suficie rysuję lirę w wyobraźni, jakby ją jeszcze ulepszyć”. Towarzystwo Miłośników Muzyki i Folkloru, gdy wykonywałem tych instrumentów więcej, wysłało prośbę do programu Instytutu Muzyki i Tańca „Szkoła mistrzów budowy instrumentów ludowych”. Powiedzieli, że mają człowieka, który wykonuje bardzo stare instrumenty – średniowieczne i tak dalej. Opisali, kto to jest, jak i co robi. Warszawa przyznała pieniądze, a ja miałem uczyć. Częściowo byłem na to przygotowany, ale nie byłem pewny – bo co ja będę uczył, jak nie mam żadnych szkół? Ale wszystko było gotowe, Warszawa przyznała fundusze i przekazano tę informację do Rzeszowa. Doszły wiadomości do Krosna.

Lutnik pokazujący artykuły prasowe o koncertach Kapeli Stachy. Krosno 2020
fot. K. Mazur
Rzeszów już to ogłosił, a ja częściowo zajmowałem się gospodarką. Miałem ponad dwa hektary ziemi. Była wybudowana stajnia, przerobiłem ją na pracownię, ale nie miałem jeszcze urządzeń, maszyn. Z Warszawy przyszedł list, proponują mi: „Panie, niech Pan pracuje, niech Pan wykonuje te instrumenty. My będziemy przyjmować zamówienia, a Pan będzie wykonywał”. Przeczytałem to, nie podpisałem, tylko pomyślałem sobie – „Jak przyjmę zamówienie, to będę miał pieniądze, a nie dla kogoś robił”. I tak to się zaczęło, że coraz bardziej ulepszałem. Rzeszów ogłosił w radiu, że kto chce się uczyć budowy instrumentów dawnych, takich jak liry korbowe, to wskazali, gdzie ma się zgłosić. „Wyżykowski, są zgłoszenia, chcą przyjechać, uczyć się”. Ja mówię: „Dlaczego tak po cichu?”, bo dopiero się dowiedziałem. Jestem niewykształcony, ale do Krosna przyszły pieniądze z Warszawy, która zażyczyła sobie harmonogram na cały rok tej nauki: jakie materiały, jakie lakiery i tak dalej. W każdym tygodniu była nauka. Trzeba było przekazać, jakie tematy i tak dalej. Mam dzienniczek po pięciu klasach i szkołę muzyczną. Wszystko wpisywałem do dziennika, bo zdawałem sobie sprawę, że będę miał kontrolę. Z Krosna, z Domu Kultury mogą przyjechać sprawdzać, czy ja to prowadzę. We Wzdowie był Uniwersytet we Dworze. Teraz już jest w Woli Sękowej. Jak się zgłosili, to byli ludzie z Podlesia, którzy uczyli się we Wzdowie, z Rybnika, z Krosna. Przyjeżdżały też osoby zainteresowane, które nie brały udziału, ale chciały wiedzieć, jak to się robi. Po szkole przyjeżdżali rowerami do mnie. Pracowaliśmy nocami, całymi nocami. Rozjeżdżali się na rowerach o czwartej rano, każdy w swoją stronę. Całymi nocami robiliśmy instrumenty i coraz bardziej je ulepszaliśmy. Opowiadanie na podstawie: Magdalena Mazur, Współczesne budownictwo ludowych instrumentów muzycznych w południowo-wschodniej Polsce na przykładzie wybranych sylwetek budowniczych, praca licencjacka napisana w Instytucie Muzyki UMCS pod kierunkiem dr A. Kusto, Lublin 2020.
Korekta transkrypcji: Małgorzata Adamczyk, opracowanie: Agata Kusto, Damian Gocół.
Stanisław Wyżykowski urodził się 3 maja 1927 roku w Haczowie. Jest artystą, który wskrzesił budowanie liry korbowej na Podkarpaciu. Ma na swym koncie wiele instrumentów strunowych, w tym organistrum i lirę basową. Otwarty i życzliwy, o swoich pasjach związanych z muzykowaniem i budowaniem instrumentów opowiedział Magdalenie Mazur.