Tak wtedy było

Wspomnienia. Halina Górska

Fot. tyt. z arch. H. Górskiej: Uczniowie i wychowawcy Gimnazjum Państwowego im. M. Konopnickiej w Ostrogu nad Horyniem, lata 30. XX w. Fot. w tekście M. Trembecki: Halina Górska.

W tym roku mija sto lat od odzyskania przez Polskę niepodległości. Z tej okazji w tegorocznych numerach „Pisma Folkowego” pojawi się seria artykułów, nawiązujących do okrągłej rocznicy.

Przez sto lat nasze postrzeganie niepodległości ulegało różnym zmianom. Zmieniały się nie tylko warunki historyczne, w których przyszło żyć i dorastać kolejnym pokoleniom. W różnych epokach przeobrażeniom podlegała także aksjosfera naszych rodaków. Zmieniało się rozumienie pojęć i wartości. W kolejnych numerach przyjrzymy się najważniejszym z nich – jak OJCZYZNA, WOLNOŚĆ, DOM czy EUROPA. W artykułach, które ukażą na łamach „Pisma Folkowego”, autorzy będą nawiązywać do idei przyświecającej twórcom Leksykonu aksjologicznego Słowian i ich sąsiadów[i]. To monumentalne opracowanie, współtworzone przez międzynarodowe grono lingwistów w ramach konwersatorium EUROJOS, przybliża nam rozumienie poszczególnych konceptów przez użytkowników języka. Jak słusznie zauważył pomysłodawca i redaktor serii, prof. dr hab. Jerzy Bartmiński, trudno orzec, w jakim stopniu kanon wartości – zarówno tych uniwersalnych, jak i istotnych dla kultur narodowych – determinowany jest przez język, kulturę i warunki bytowe. Pewne jest jednak, że identyfikacja i opis ich cech może zapobiegać manipulacji nazwami[ii].

Oprócz artykułów hasłowych na naszych łamach pojawią się także relacje historii mówionej. Dzięki temu będziemy mogli zapoznać się nie tylko z opracowaniami, ale także ze źródłami – opowieściami o nieistniejącym już świecie. Pozwoli to nam przyjrzeć się, jak zmieniała się hierarchia wartości, rozumienie patriotyzmu i wolności. W dzisiejszym numerze przeniesiemy się do dwudziestolecia międzywojennego. Pani Halina Górska, urodzona w 1932 r. na dawnych Kresach Wschodnich, opowie o burzliwych dziejach swej rodziny – I wojnie światowej, rewolucji bolszewickiej i trudach odbudowywania kraju po walkach na wschodzie.

***

Urodziłam się w roku 1932 we wsi Milatyn koło Ostroga. Rodzice mieli tam majątek ziemski. Rodzina mamy i ojca mieszkała w zaborze carskim. Moi pradziadowie z obu stron brali udział w powstaniu 1863 r. W latach dziecięcych żyliśmy opowiadaniami rodziców i dziadków z okresu, kiedy młodzież i starsi byli w tajnych organizacjach. Woleliśmy to od bajek. Atmosfera, jaka była w domu i w szkołach, wytwarzała w nas patriotyzm.

Kiedy rewolucja wybuchła, mama była w siódmej klasie gimnazjum w Żytomierzu. Natomiast ojciec został w 1914 r. zmobilizowany do armii carskiej. On wyrósł na opowiadaniach swojego dziadka-powstańca, który zawsze wnuków przestrzegał: „Nigdy nie składajcie przysięgi na wierność carowi”. Skończyło się szkolenie i przegonili grupę ojca do cerkwi. Odczytana została przysięga, każdy musiał podejść, położyć dwa palce na ewangelii i kljanus’, czyli przysięgam. Ojciec cichutko powiedział „nie”, a głośno „przysięgam”. Myśmy się zawsze pytali, czy to ważna była przysięga, czy nie? Ojciec od początku był w armii Brusiłowa na południowej części frontu. I mimo że ponad rok służył na pierwszej linii, to nigdy nie był ranny. Jak wybuchła rewolucja, to oddział ojca stacjonował na Podolu, w jakimś folwarku polskim. Przy budynkach gospodarczych była gorzelnia. Zabrali się żołnierze do kadzi z wódką. Zaczęły się różne przemówienia, nawoływania, mordowanie oficerów. Właściciele tego majątku pouciekali, bo wiedzieli, na co są narażeni. Zdemoralizowani żołnierze powystrzelali w kadziach dziury, bo kranów za mało było. I ktoś zapalił zapałkę. Ojciec opowiadał, że to był makabryczny widok, bo ludzie płonący uciekali. Wtedy zdecydował się podziękować i carowi, i czerwonym, i białym za służbę. Ale trzeba było z Podola dostać się na Wołyń. Nie znalazł w majątku cywilnego ubrania, więc odciął pagony, ale ślady zostały. Gdyby złapali go czerwoni, to poznają, że był oficerem. Gdyby złapali biali – odcięte pagony, więc połączył się z czerwonymi. Mimo wszystko dostał się do domu. Ale i we wsi chłopi zaczęli już grabić. Dwór otoczył oddział bolszewików. Ktoś ze wsi zawiadomił, że jeden z Górskich wrócił do domu i to było takie szczęście ojca. Nie wiem, co to za urządzenie u dziadków było, ale schował się w kominie. Przeszukali cały dom, a nie znaleźli ojca. Potem wrócił z frontu jego brat. I wtedy na mocy ugody Piłsudskiego i Petlury nasze tereny miały być w granicach samostijnej Ukrainy. Wszyscy Polacy dostali karty mobilizacyjne do petlurowskiego wojska, więc wuj i ojciec uciekli do Ostroga. Rządy zmieniały się ciągle – dziś petlurowcy, jutro bolszewicy, potem jeszcze ukraińska armia Skoropackiego, następnie petlurowców znów przegonili bolszewicy…

Mama w 1918 r. uciekła z Żytomierza do Milatyna, w 1919 r. wyszła za ojca. Nasze tereny niestety zahaczyła rewolucja. W roku 1920, w czasie tej nawałnicy bolszewickiej moja rodzina wzięła dwa wozy i tak wszyscy na zachód uciekali. Tak dotarli pod Przemyśl. Tymi terenami szła armia Budionnego i pod Rawą Ruską omal ich nie ogarnęli. Uciekając, widzieli za sobą płonące wsie.

Kiedy wrócili, budynki gospodarcze były rozebrane, dom kompletnie zdewastowany. Ten okres był bardzo ciężki finansowo. Nie było możliwości, żeby państwo mogło ludziom pomóc. Granica była przeprowadzona, ale część rodzin została z drugiej strony. Teren nie był zabezpieczony i pamiętam okres, kiedy działały bandy dywersyjne. Były napady i w związku z tym każdy polski dom wyglądał jak forteca – kraty w oknach, grube okiennice. W Milatynie bandyci w biały dzień zamordowali popa, prawosławnego księdza, który był we wsi. I co było powodem? Jedna z kobiet w naszej wsi wiedziała, że jej mąż, normalny gospodarz w dzień, w nocy działał w bandach. W związku z tym wystąpiła do cerkwi o rozwód. I jak go otrzymała, bandyci od razu popa zamordowali. Dopiero Korpus Ochrony Pogranicza uspokoił sytuację. Do samej wojny po zmroku można było bez przepustki KOP-u wychodzić tylko 150 m od domu.

[…] W czasie rozbiorów w szkołach panował język rosyjski, tylko w domach ludzie uczyli dzieci polskiego, historii, geografii. W związku z tym po I wojnie panowała opinia, że w zaborze austriackim ludność była lepiej wykształcona. Raz przyszła do mamy moja siostra cioteczna i mówi: „Ciociu, co ja mam robić? Było dyktando, a pan kierownik mnie poprawił. Dwójkę mi postawił, a ja uważam, że dobrze napisałam”. Pokazała mamie to zadanie. Jeden błąd był poprawiony: buty. Ona napisała dobrze, a kierownik jej na „ó” poprawił. Mama poszła do niego, a on mówi: „Proszę Pani, przecież to odmienia się na czoboty” – po ukraińsku buty. Potem powymieniali tych nauczycieli, bo już kształciły się nowe kadry. Ale wcześniej były śmieszne sytuacje. […] Dlatego w czasie roku szkolnego wyjeżdżaliśmy do szkoły powszechnej w Ostrogu. Chodziłam tam jeszcze do gimnazjum, aż do tzw. małej matury. Młodzież była bardzo mieszana, trochę Polaków, Ukraińców, Rosjan, Żydów, nawet zdarzali się Gruzini czy Litwini. Ale zgoda na ogół panowała.

W naszej wsi przeważali Ukraińcy. Wynajmowało się ich do pracy, płaciło. Byli robotnicy zatrudnieni na stałe przy koniach, krowach. Ukraińcy bardzo życzliwie do nas podchodzili. Mniej więcej do roku 1935 granica nie była mocno obstawiona i ludzie z ZSRR uciekali. W nocy przechodziły całe rodziny ukraińskie. Oczywiście KOP zatrzymywał ich i ktoś musiał za tych uciekinierów poświadczyć. Ukrainiec, solidny gospodarz z naszej wsi, przyszedł, mówiąc, że cała jego rodzina przeszła przez granicę i są zatrzymani w ośrodku w Kowlu. Prosił ojca, żeby za nich poręczył. Ojciec dwoje z nich zatrudniał. Dzieci jeszcze języka polskiego w ogóle nie znały. Nic nie wskazywało na to, co się potem działo w czasie tych rzezi na Wołyniu i Podolu.

Bywały śmieszne przypadki. Raz zabłądził pijany krasnoarmiejec i przekroczył w nocy granicę. Kapitan KOP-u, który przyjeżdżał do rodziców, opowiadał, że ten żołnierz rozpłakał się, że jego całą rodzinę albo wywiozą do łagru, albo rozstrzelają. W KOP-ie przetrzymali go cały dzień, a w nocy przerzucili przez granicę. Po pewnym czasie dzieciaki wiejskie pasły przy granicy krowy i one przeszły na drugą stronę. W nocy Rosjanie je przegonili. Jedna krowa miała kartkę do boku przypiętą, że to jest rewanż za tego krasnoarmiejca.

Pamiętam, jak ojciec z kapitanem KOP-u polował przy granicy na zające. Przy słupach granicznych trafił jednego. Zając przekoziołkował między słupami na pas neutralny. Krasnoarmiejec podszedł, podniósł go. Ojciec myślał, że go przerzuci, ale zabrał zająca sobie. Tak wtedy było.

***

Fragmenty relacji Haliny Górskiej pochodzą z nagrań dokonanych przez autora w 2013 r.

 

[i] Leksykon aksjologiczny Słowian i ich sąsiadów, t. 1: DOM, red. J. Bartmiński, I. Bielińska-Gardziel, B. Żywicka, Lublin 2015; t. 3: PRACA, red. J. Bartmiński, M. Brzozowska, S. Niebrzegowska-Bartmińska, Lublin 2016; t.5: HONOR, red. J. Bartmiński, Lublin 2017.

[ii] J. Bartmiński, Leksykon aksjologiczny Słowian i ich sąsiadów” – co zawiera, na jakich zasadach się opiera, dla kogo jest przeznaczony?, [w:] Leksykon aksjologiczny Słowian i ich sąsiadów, t. 1, dz. cyt., s. 7-13.

Skrót artykułu: 

W tym roku mija sto lat od odzyskania przez Polskę niepodległości. Z tej okazji w tegorocznych numerach „Pisma Folkowego” pojawi się seria artykułów, nawiązujących do okrągłej rocznicy.

Fot. z arch. H. Górskiej: Uczniowie i wychowawcy Gimnazjum Państwowego im. M. Konopnickiej w Ostrogu nad Horyniem, lata 30. XX w.

Dział: 

Dodaj komentarz!