
Odpoczno to łódzki kwartet, który na swoim koncie miał już wcześniej wydany album „Odpoczno” (2018) łączący nawiązania do tradycji muzyki opoczyńskiej, rocka psychodelicznego i alternatywnego. Mimo iż powrót grupy w postaci „Dryfu” cechują podobne inspiracje, to tym razem mamy do czynienia z albumem dużo dojrzalszym zarówno estetycznie, jak i formalnie. Miks muzyki ludowej oraz gatunków tanecznych i rockowych uzyskuje na nowej płycie Odpoczna inny wymiar.

Wojciech Bernatowicz
Otwierający album tytułowy „Dryf” sprawia wrażenie najbardziej osadzonego w duchu tradycyjnym, przede wszystkim przez silnie wyeksponowany wokal, skrzypce oraz charakterystyczny rytm oberka w partii rytmicznej. W czasie trwania kompozycji do głosu zaczynają jednak coraz silniej dochodzić elementy nowoczesnego języka muzyki elektronicznej i rockowej – pojawiają się brzmienia syntezatorów i gitar elektrycznych. Pierwsza część (0:00–1:14) ewolucyjnie rozwija te środki, prowadząc do części drugiej (1:14–2:15), w której dochodzi do dekompozycji estetyki folkowej – śpiew przeradza się w rytmizowaną mowę (nieco w duchu Marcina Świetlickiego) na tle przerywanych struktur brzmieniowych opartych na elektronice i przekształconym rytmie oberkowym. „Dryf” wyraźnie rysuje koncepcję albumu, w której można wyróżnić dwie przenikające się sfery dźwiękowe, czyli folkową i elektro-rockową.
Drugie w kolejności „Do kina” ukazuje pełnię barw dźwiękowych zawartych na płycie. W pierwszej części kompozycji (0:00–1:22) dominuje stosowanie idiomu ludowego uzupełnionego przez rockowe wstawki. Wszystko to zawarte jest w układzie responsorialnym, gdzie naprzemiennie słyszymy motyw wokalny z towarzyszeniem skrzypiec, akordów gitary elektrycznej i dyskotekowej perkusji z psychodelicznymi fragmentami realizowanymi czysto instrumentalnie. Druga część (1:22–2:06) kieruje się bardziej w stronę brzmień folkowych – na plan pierwszy wychodzi rytm początkowo wybijany przez duży bęben, a później przez cały zestaw perkusyjny, a także melodia grana na skrzypcach. Zespół wokalny w tym fragmencie zostaje potraktowany czysto instrumentalnie, powtarzając temat skrzypiec. Część trzecią (2:06–3:40) otwierają znowu brzmienia psychodeliczne, tym razem realizowane przez organy elektroniczne. Prosty, dysonujący motyw akordowy prowadzi do podobnego brzmieniowo finału. Tu powraca gra pomiędzy ludowym tematem w partii wokalnej i wstawkami skrzypcowo-gitarowo-perkusyjnymi. W kumulacji dodatkowo pojawia się syntezator meandrujący po nieokreślonych wysokościach dźwięku, nadając bardziej szalony charakter kompozycji.
Inne utwory również pozostają pod wpływem licznych nurtów i gatunków muzycznych wyrastających z rocka i muzyki elektronicznej. Rozpoczynające się spokojniej „Srebro ryb” na początku operuje współbrzmieniami bardziej rozmytymi, wręcz impresjonistycznymi, przeradza się w agresywniejszą kolejną część, w której audiosferze zaczyna dominować perkusja z gęsto zarysowanym rytmem, syntezatorowym basem, frenetycznymi skrzypcami i ostrym brzmieniem głosu wokalnego. Część trzecia rozpoczynająca się w połowie kompozycji (2:37) z kolei przywodzi na myśl rozwiązania stosowane przez Arcade Fire, w których zderzane są wyraźnie podbite warstwy perkusyjne z eufonicznymi, delikatnymi partiami wokalnymi. Po ekstatycznym zakończeniu tego fragmentu ok. 3:44 następuje powrót do pierwotnej idei stanowiącej epilog kompozycji.
Nie chcąc zdradzać całej zawartości płyty (niech też zostanie coś dla czytelnika!), podkreślę raz jeszcze, że utwory meandrują pomiędzy folkowymi, rockowymi i elektronicznymi inspiracjami, dzieje się to jednak z różnym natężeniem. Z pewnością jest w tym duży wpływ członków zespołu (Piotr Gwadera grający wcześniej w L.Stadt oraz Little White Lies dobrze czuje się w alt-rockowych konwencjach), jednak wydaje się, że swój spory udział miał w tym Paweł Cieślak odpowiedzialny za produkcję i realizację dźwięku. Album, pomimo wykorzystania szerokiego instrumentarium i łączenia różnych gatunków muzycznych, cały czas pozostaje spójny i zrównoważony. Można sobie jedynie wyobrażać, jak trudnym zadaniem było powiązanie wszystkich motywów rytmicznych i melodycznych w takim utworze jak „Do kina” w konsekwentną całość. Jeszcze bardziej objawia się to na planie całej płyty. Można to również dostrzec na przykładzie samych partii wokalnych, które w każdym kolejnym utworze są traktowane odmiennie: czasami widzimy je na pierwszym planie, czasami są schowane, a w ramach tego poddawane działaniu pogłosu, delayu1 bądź przesteru2. Pod kątem produkcyjno-realizacyjnym „Dryf” stanowi dzieło wyjątkowe.
Widać, że od pierwszego albumu pt. „Odpoczno” zespół przeszedł dużą metamorfozę, jeśli chodzi o bogactwo środków i sposób postrzegania kompozycji. Pierwsza płyta ma w sobie pewną dozę surowości (co może być traktowane jako atut), lecz są na niej momenty, w których zderzenia gatunkowe brzmią nienaturalnie. „Dryf” pod tym względem jest o dwa poziomy wyżej, bowiem dużo lepiej integruje zdecydowanie bardziej radykalne rozwiązania. W nurcie (w ostatnich latach zresztą niezwykle modnym) syntetyzującym współczesną muzykę popularną ze stylem folkowym jest bardzo ciekawą propozycją. Warto przy tym podkreślić duży rozmach muzyczny, który znamionuje ten album, bowiem zasób środków i kreatywne ich wykorzystanie są olbrzymie.
1 Delay – efekt dźwiękowy oparty na powtarzaniu określonego fragmentu muzycznego przez narzędzie analogowe lub cyfrowe.
2 Przester – efekt dźwiękowy oparty na saturacji dźwięku, czyli nasycaniu go dodatkowymi składowymi harmonicznymi.
Opracowanie i korekta na stronie internetowej: Weronika Wyrębek
Odpoczno to łódzki kwartet, który na swoim koncie miał już wcześniej wydany album „Odpoczno” (2018) łączący nawiązania do tradycji muzyki opoczyńskiej, rocka psychodelicznego i alternatywnego. Mimo iż powrót grupy w postaci „Dryfu” cechują podobne inspiracje, to tym razem mamy do czynienia z albumem dużo dojrzalszym zarówno estetycznie, jak i formalnie. Miks muzyki ludowej oraz gatunków tanecznych i rockowych uzyskuje na nowej płycie Odpoczna inny wymiar.