Od muzycznego mainstreamu po underground Lubelszczyzny

Sławomir Księżniak

Od muzyki z płyt winylowych słuchanych na gramofonie kupionym za pieniądze z SKO i szkolnych fascynacji heavy metalem, poprzez zakup pierwszej gitary, muzykę z kaset magnetofonowych i nagrań z MTV na VHS po projekty muzyczne takie jak: Kurz, Naczynia i zespół Kontrabelius, który współ tworzy z córką Zośką. Rozmowa ze Sławomirem Księżniakiem – dyrektorem Dzielnicowego Domu Kultury „Węglin”. O fascynacjach i projektach muzycznych, a także o lubelskiej scenie muzycznej rozmawiała z nim Agnieszka Góra-Stępień. 

 

Agnieszka Góra-Stępień: Z wykształcenia jesteś kulturoznawcą, spełniasz się jako dyrektor instytucji kultury, działasz na polu animacji. Obok tych wszystkich działań, o których możemy dowiedzieć się z twoich biogramów, przeczytałam również: „Z zamiłowania muzyk”… 

Sławomir Księżniak: Tak. Cały czas zajmuję się muzyką. Na różnych polach – czy to z zespołem Naczynia, czy w jakichś efemerycznych projektach, które pojawiają się i znikają. Ostatnio muzycznie spełniam się też w solowym projekcie Kurz. Współpracuję z Jackiem Steinbrichem w projekcie Pasożyty albo występuję na imprezach z kolegą Pawłem, głównie grając muzykę z płyt winylowych pod szyldem Słabi Prezenterzy. W pandemii z moją córką Zofią nagrałem punkową epkę. Zespół nazywa się Kontrabelius – a utworów tych można posłuchać na Bandcampie. Nagraliśmy płytę, żeby zabić czas zamknięcia w domu. Muzyka jest wpisana w moje DNA. Ostatnio zastanawiałem się, skąd się wzięła. 

Kiedy w Twoim życiu pojawiła się muzyka?  

Pochodzę z małej miejscowości Kurów, oddalonej 30 km od Lublina. W latach 80. XX wieku, oprócz standardowych lekcji muzyki, nie mieliśmy w szkole przestrzeni, by realizować się muzycznie czy po prostu poszukiwać. Ważnym miejscem, jeśli chodzi o ścieżkę mojego życia, poza domami prywatnymi, był Gminny Ośrodek Kultury w Kurowie, w którym razem z kolegami stawialiśmy pierwsze muzyczne kroki, zakładając zespoły rockowo-alternatywne i punkowe. Jeszcze wcześniej miłość do muzyki zaszczepiła mi moja mama. W latach 80. prowadzone były Szkolne Kasy Oszczędności, gdzie dzieciaki ze szkoły podstawowej wpłacały pieniądze. Pamiętam, że co miesiąc mama dawała mi jakąś kwotę, którą przeznaczaliśmy na tę książeczkę oszczędnościową. Po roku wypłaciliśmy pieniądze, kupiliśmy gramofon i kilka płyt winylowych. Pamiętam Gawędę, Krzysztofa Krawczyka, Kaczki z Nowej Paczki, jakieś przypadkowo kupione płyty. 

A gramofon?  

Artur, podstawowy gramofon, który w tamtych czasach można było nabyć w ZURiT czy w innym sklepie z elektroniką. Gdybym dobrze poszukał go na strychu w domu rodzinnym, może by się znalazł. Płyty gdzieś się zapodziały, ale myślę, że to właśnie był ten impuls. Później pojawiły się kasety, pierwszy magnetofon na gwiazdkę, radiomagnetofon Wilga, wymiana kaset między rówieśnikami. Granie wynika też z tego, że słuchaliśmy dużo muzyki.

Jakiej muzyki słuchaliście? 

Bardzo różnej. Pamiętam, że w czwartej klasie fascynowałem się heavy metalem, później zainteresowałem się hip-hopem i rapem. Vanilla Ice, Run D.M.C, Beastie Boys – o tym się czytało. Zaczęły pojawiać się gazety w języku polskim: „Bravo”, „Popcorn”. Dodawano do nich plakaty. To był kolorowy świat, którego jeszcze u nas nie widziano

Przełom lat 80. i 90. to bardzo ciekawy okres. 

Z perspektywy czasu myślę, że to był wspaniały moment. Jednocześnie mam poczucie, że byliśmy pokoleniem, które mogło sięgnąć po więcej, a zrobiło tyle, ile zdołało. Mam nadzieję, że nasze dzieciaki pójdą dalej. To nie musi być regułą, ktoś może mieć inne przemyślenia, ale chyba byliśmy trochę zakompleksieni…  Uważam, że czas transformacji był okresem, kiedy można było dużo zobaczyć i sobie wyobrazić, ale nie było wielu możliwości. Kiedy patrzyliśmy na zdjęcia młodych zespołów z zagranicy, to widzieliśmy, że mają super sprzęt. Nas nie było na to stać. W latach 80. dobra gitara kosztowała tyle co samochód. Leszek Janerka zrobił ją sobie z szafki. Pamiętam, że pierwszą gitarę kolega przyniósł od jakiegoś wujka. 

A sklepy muzyczne?  

Sklepy zaczęły się pojawiać. W Lublinie był sklep przy Krakowskim Przedmieściu, później było ich więcej. Przy ulicy Cyruliczej kupiłem swoją pierwszą, a później drugą gitarę. Tę drugą mam do dziś. To Gitara Epiphone SG 400, kopia Gibsona. Model, na którym gra Tony Iommi z Black Sabbath. 

Muzyki słuchano z kaset. Początek lat 90. to też piracki rynek.  

Kiedy wchodziliśmy na rynek kaset, wszystko było pirackie – oprócz tych egzemplarzy, które wychodziły w oficjalnym obiegu, np. Polskich Nagrań, ale nie było ich wiele. Później pojawiło się przegrywanie. Na bazarach stały łóżka polowe, na których sprzedawano kasety. Pamiętam, że pierwsze nagrania kupowaliśmy w Puławach na tzw. Manhattanie. Był też sklep Puls, w którym można było nabyć koszulki muzyczne. Kiedy poszedłem do liceum w Nałęczowie, raz w miesiącu jeździłem do Lublina. Robiłem wtedy obchód po wszystkich sklepach i zawsze coś przywoziłem. W internacie było wiadomo, że jest nowa dostawa muzyki i że można się z nią zapoznać. Gatunkowo to był duży rozstrzał. Jeden ze starszych kolegów jeździł do szkoły w Puławach i przywoził stamtąd ekstremalne odmiany metalu. Myśmy jako gówniarze się w to wciągali. Bardzo istotnym kanałem, przez który poznawaliśmy muzykę, były VHS-y. W Puławach można było zdobyć nagrania z MTV, która dostępna była jedynie w większych miastach w telewizjach kablowych. Dostawaliśmy np. trzy godziny programów telewizyjnych utrwalonych na kasecie. Nagrania te znaliśmy na pamięć. Premiera teledysku „Dark Age” Vadera była nie lada wydarzeniem. Był też „YO!MTV RAPS” czy „120 minut” Paula Kinga, który prezentował muzykę alternatywną. Mimo że byliśmy zanurzeni w metalu, nie baliśmy się słuchać innej muzyki: punk rocka, który ściągali koledzy, czy całej „stajni” wytwórni Dischord Records. To się kotłowało. 

Z Puławami, o których wspominałeś, związana jest słynna Siekiera.  

Zanim powstała, był zespół Trafo. Siekierę z okresu „Nowej Aleksandrii” można postawić obok „Czarnej płyty” Brygady Kryzys. Puławy to do dzisiaj ciekawe zagłębie, jeśli chodzi o muzykę: Siekiera, DHM, Kubona, Splashdown, Dom Zły, Feral Trees, Penthouse. W Lublinie mieliśmy z kolei Antychrysta. Ta scena funkcjonuje do dziś. Jest zespół Bliss, który nagrywał teledysk w DDK-u. W czasie pandemii kolega, mający efemeryczne Radio Bałaćko z Bielska Podlaskiego, zadzwonił do mnie, proponując rozmowę. Powiedziałem: „Dobra, pogadajmy o muzyce, ale tematem muzycznym niech będzie Lubelszczyzna”. Zacząłem robić listę tego, co działo się w Lublinie kiedyś i dzieje się współcześnie. Ona się nie kończyła: od Minstreli przez Budkę Suflera, Romualda Lipkę, scenę punkową, metalową, środowisko folkowe, Słomę, Dąbrówkę, Bębnoluby, reggae, Mikołajki Folkowe, Fundację Muzyka Kresów. Na Mikołajkach pojawiały się najważniejsze dla tej sceny zespoły, choćby Kapela ze Wsi Warszawa, która jest teraz międzynarodową gwiazdą. Jest też środowisko festiwalu Zderzenia. Mieliśmy całą polską alternatywę. Nie mówię już o Krzyśku Zalewskim czy Skubasie, którzy tworzą wartościowe projekty w mainstreamie. Lublin przez lata wypuścił wielu artystów. A DJ Ya-Neck, który jest rozchwytywanym producentem wydarzeń? A Papa Zura, Soul Service, czyli ekipa, która propaguje muzykę soul, funk, za graniczną i polską? Często nie mamy świadomości, jacy muzycy pochodzą z Lubelszczyzny. 

Sound system LSM – Love Sen-C Music, Junior Stress…  

Jest tego naprawdę mnóstwo. Kiedy usiadłem i zacząłem pisać, pomyślałem: „Ile tego jest!”. To idealny temat na książkę o muzyce, która wyszła z Lubelszczyzny. A może w „Piśmie Folkowym” zrobić o tym dział? Lecimy gatunkami, alfabetycznie...

Chronologicznie, miejscami: Chatka Żaka, klub Graffiti…  

Mirek Olszówka to bardzo ważna postać z Lublina. Był inicjatorem Innych Brzmień, menadżerem zespołu Voo Voo, aktorem Teatru Wizji i Ruchu Jurka Leszczyńskiego, a później, wraz z żoną Małgosią, współtwórcą Teatru Scena Ruchu. Założony przez niego klub Graffiti to pierwszy w latach 90. klub z prawdziwego zdarzenia, który mógł konkurować z podobnymi miejscami na Zachodzie. Na Lubelszczyźnie jest naprawdę ogrom muzycznych zjawisk i to od mainstreamu po głęboki underground. W „Kiosku ze Sztuką” przed Dzielnicowym Domem Kultury „Węglin” zrobiliśmy kiedyś wystawę plakatów z lat 1994 2017 – „Remanent”. Napisałem taki tekst: „Trwa remont »Kiosku ze Sztuką«. W takich prozaicznych sytuacjach zazwyczaj w naszej przestrzeni wystawienniczej nic się nie dzieje. Kiosk świeci pustką. Pustka ta przywołuje w pamięci wszystkie miejsca, w których organizowano niegdyś działalność wystawienniczą, koncertową i kulturalną. Miejsca, które z różnych powodów zniknęły z mapy naszego miasta. Okazuje się jednak, że jest możliwość zachowania tej historii. Dzieje się to za pomocą druków ulotnych takich jak plakaty, ulotki i inne artefakty. Za pomocą tych form można sobie uświadomić, jak dużą siłą była i jest idea DIY. Udało nam się dotrzeć do bardzo dużej kolekcji plakatów i ulotek, które utrwalają te miejsca w naszej pamięci (lub odkrywają je na nowo). Postanowiliśmy te »zbiory« pokazać w naszym kiosku. Większość zgromadzonych na wystawie rzeczy ma powiązanie z Lublinem. Plakaty zostały udostępnione przez Michała Szymanka i Filipa Guzowskiego. Kiedyś Andrzej Kępski, związany z Love Sen-C Music, który w DDK „Węglin” uczy seniorów języka angielskiego, zaproponował, żeby wystawić tam okładki kaset. Mieliśmy pomysł, aby obłożyć nimi cały „Kiosk ze Sztuką”. Kaseta to był najbardziej demokratyczny nośnik. Można było włożyć ją do magnetofonu, nagrać próbę zespołu, coś komuś przegrać. Żeby utrwalić coś na CD, potrzeba więcej sprzętu. Amerykańskie środowisko punkowe twierdzi, że kasety znacząco wpłynęły na możliwości rozwoju zespołów, ponieważ dzięki nim kapele te mogły się zaprezentować. To było proste i łatwo dostępne. Kaseta była nośnikiem, który pchnął to wszystko naprzód. W pewnych kręgach nośnik ten wraca do łask. Nawiązując do dystrybucji, pamiętam, że jako młodzi metalowcy ściągaliśmy kasety z zagranicy, kupowaliśmy ziny. W środku były „reklamówki” na ksero, poodbijane z przekazem pocztowym na określoną kwotę. W ten sposób można było zdobyć wersje demo płyt różnych zespołów (to zjawisko nazywano tape trading). Demówki docierały do nas z Holandii, Belgii, Niemiec, Francji. Dziś wszystko jest w zasięgu jednego kliknięcia. To różnica w myśleniu między pokoleniami. Nie mówię tego wartościująco. W tamtych czasach trzeba było wykazać się większą cierpliwością, żeby do czegoś dotrzeć. Dzisiaj można użyć narzędzia, jakim jest komputer czy internet, wpisać poszukiwaną frazę w przeglądarkę i uzyskać dostęp do danych treści. Trwa to bardzo krótko. Kiedyś był to proces złożony i kształtował nas jako osoby, które chciały czegoś doznać, doświadczyć. Każda z tych sytuacji ma dobre i złe strony. Czasami taka kaseta przyszła zgnieciona, bo pani na poczcie walnęła w nią pieczątką. Z drugiej strony pewnych rzeczy w internecie nie ma. Jeśli chodzi o twórczość niezależną, to kiedyś było tak, że ludzie chcieli coś powiedzieć, ale mieli słabe środki wyrazu. Dzisiaj mają możliwości, ale nie bardzo wiedzą, co chcą powiedzieć. To też jest pewne go rodzaju uogólnienie, bo są i tacy, którzy mówią bardzo ciekawe rzeczy za pomocą nośników cyfrowych. Trzeba wiedzieć, jak korzystać z dostępnych narzędzi. Proces dystrybucji jest dziś łatwiejszy. Można zrobić proste nagranie telefonem, opublikować je na jakimś portalu i dotrzeć do osób, które mogą się nim zainteresować. Jeśli ktoś jest bystry, używa narzędzi do analizy, które podpowiadają, na jakich platformach najlepiej publikować i kiedy dzielić się tym, co jest do zaoferowania, żeby trafić do jak największej liczby osób. 

W Domu Kultury dajecie możliwość zaprezentowania swojej muzyki.  

Tak, w cyklu „Peryferia”. Wybieram zespoły i staram się być czujny, to mój autorski cykl. 

Jaki jest klucz wyboru?  

 S.K.: „Peryferia” – coś, co dzieje się na obrzeżach: artystycznych, geograficznych albo myślenia. Często jest to muzyka przystępna, która mieści się na obrzeżach muzyki jazzowej, rockowej, elektronicznej. To naprawdę różne rzeczy. Pamiętam, że gdy Radek „Skubas” wydał pierwszą płytę, bardzo chciałem go pokazać. Zorganizowaliśmy jego koncert za darmo, baliśmy się, że nikt nie przyjdzie. Pojawiło się na nim mnóstwo ludzi. Teraz szykuje nam się kilka nowych koncertów. 

Na koniec rozmowy wrócę do tego, co mówiłeś o swoich projektach i zapytam: jaką muzykę grasz?  

Najtrudniej mówi się o własnej twórczości. Z Naczyniami gramy alternatywnego rocka z wpływami jazzowymi, w jazzowo-psychodelicznych klimatach. Z Kurzem prezentuję „muzykę drogi” – samplowana gitara na dużej liczbie pogłosów. W Pasożytach wykonujemy improwizowane techno-elektro, muzykę techniczną na żywo. Z Zośką w Kontrabeliusie tworzymy krótkie formy punkowe, które można odsłuchać w sieci. I tyle. Był jeszcze skład, który dziś już nie funkcjonuje – Ultima Ballerina. Nie jestem fanem słuchania takiej muzyki z płyt, ale uwielbiam koncerty na żywo. Przy mądrym, kolektywnym kontrolowaniu dźwięku słuchacz może być naprawdę usatysfakcjonowany. Jeśli chodzi o aktywność muzyczną – punkt wyjścia jest tu i teraz.

Dziękuję za rozmowę. 

 Dziękuję!

 

Redakcja na stronie Żaneta Piotrowska, studentka filologii polskiej.

 

 

Skrót artykułu: 

Od muzyki z płyt winylowych słuchanych na gramofonie kupionym za pieniądze z SKO i szkolnych fascynacji heavy metalem, poprzez zakup pierwszej gitary, muzykę z kaset magnetofonowych i nagrań z MTV na VHS po projekty muzyczne takie jak: Kurz, Naczynia i zespół Kontrabelius, który współtworzy z córką Zośką. Rozmowa ze Sławomirem Księżniakiem – dyrektorem Dzielnicowego Domu Kultury „Węglin”. O fascynacjach i projektach muzycznych, a także o lubelskiej scenie muzycznej rozmawiała z nim Agnieszka Góra-Stępień.

fot. W. Kornet: Naczynia

Dodaj komentarz!