Nie tylko piach

Jordania

Kiedy ktoś mnie pyta, „jak było” w Jordanii, odpowiadam, że ciężko. „Ale w jakim sensie ciężko?” – fizycznie. Jednak było warto się pomęczyć, bo dotarliśmy do miejsc niedostępnych „na lekko”.

Joanna Zarzecka

Wyruszyliśmy w marcu 2022 roku według planu niezrównanego zespołu Pawła Golemana i Anny Śliwy (uwaga! – będzie lokowanie produktu – to ekipa z Plan To Go, która zaplanuje wspaniale każdą wycieczkę za Was).
Mieliśmy przejść przez dwie pustynie. Plan ów wykonaliśmy. Sprzyjała chłodna pogoda. Gdyby było cieplej, to padlibyśmy z pragnienia, a gdyby jednak lało (co czasem zdarza się na wiosnę), nie weszlibyśmy do najpiękniejszych wąwozów ze względu na tzw. flash floods (błyskawiczne powodzie).
Dolecieliśmy wieczornym samolotem do Ammanu (część ekipy lotem z Warszawy, a część z Krakowa) i stąd wyruszyliśmy wynajętym zawczasu busem od razu na pustynię. Samochód był z firmy pana Omara, który zaprowiantował nam też od razu wodę oraz ogarnął kartusze gazowe i wcześniejszy przylot naszych kolegów. Ekipa liczyła dziewięć osób zaprawionych w górskich wędrówkach.
Pierwszą północ po przylocie spędzamy pod gwiazdami – przed siedzibą parku narodowego, czekając do rana na przewodnika i otwarcie kas. Gdzieś w mroku czeka pustynia najbardziej podobna do powierzchni obcych planet, która z tego powodu zagrała w licznych filmach science-fiction i fantasy. Rano, po śniadaniu wyruszamy w drogę. Odprawia nas umówiony przewodnik, wyciskając z nas dodatkowe 40 dinarów jordańskich (ok. 250 zł) za to, że puszcza nas wolno bez swojego towarzystwa. Z garbami godnymi lokalnych dromaderów zanurzamy się w Wadi-Rum. Spać będziemy w namiotach, a jeden nocleg mamy zapewniony przez lokalnego operatora, Much-Araba (a przynajmniej tak usłyszeliśmy jego imię i powtórzone strażnikom parkowym zadziałało przy kontroli).
Kiedy ludzie słyszą, że jedziesz na wakacje na pustynię, najczęściej dziwią się – „Na pustynię?? A co tam będziesz robić?”. Przeciętnemu zjadaczowi chleba kojarzy się to z wielką piaskownicą Sahary, gdzie kilometrami „tylko piach, suchy piach”, jak śpiewała Beata. Tymczasem większość pustyń na ziemi jest skalista lub półstepowa. Wadi-Rum to piach i skały, często o fantastycznych kształtach, które dają wrażenie, że występujemy na tle dekoracji teatralnej. Między jedną a drugą kulisą są jednak piach i szerokie przestrzenie – niemożliwe do oceny odległości. Niestety, pustynia jest też pełna śmieci – im dalej od osad ludzkich, tym jest ich mniej, ale wszędzie można się natknąć na jakiś plastik. Jest wiosna, marzec, w słońcu gorąco, a w cieniu zimno. Śpimy na dziko w okolicach skalnego „grzybka”.
Kolejnego dnia strome podejście na ukryty łuczek skalny. Z góry pustynia robi wrażenie – dopiero stąd widać jej kosmiczną urodę i czerwone piachy. Po południu zaliczamy drugi, większy łuk skalny, łatwo dostępny, zatem oblegany turystycznie. Mamy szczęście, że akurat przy nas nie ma tłumów, za to jest namiot z sezonową kafeterią – kawa, herbata, słodycze. Łuk urokliwy z góry i z dołu – można na nim zrobić zdjęcia jak z katalogów biur podróży. W wędrówce towarzyszą nam „delfiny pustyni”, jak nazwaliśmy jaskółki skalne – urocze, szare ptaszki, które wirują wokół grupy, bez lęku. Docieramy na nocleg przy czerwonej wydmie, która staje się jeszcze czerwieńsza w zachodzącym słońcu i zdaje się płonąć pod stopami, choć trudno nam ustać dłużej niż kilka minut przez lodowaty, silny wiatr.

Nocleg w warunkach beduińskiego obozowiska jest nader luksusowy. Sypialnie w namiotach pełne dywanów, kołder i pledów, łazienka z ciepłym prysznicem i świetlica w namiocie ogrzewanym metalową kozą. Na zewnątrz, za „szybami” z pleksy ścielą się ostatnie rude światła po zachodzie słońca, a wściekły wiatr miota piaskiem z czerwonej wydmy. Oprócz nas w obozie nocuje grupa Serbów i kilku Czechów. Dostajemy kolację złożoną z drobiu, ryżu, grillowanych czy duszonych warzyw. Jedzenie jest pyszne! Chyba mają tu dobrego kucharza. Po kolacji chłopaki z obsługi wyciągają tradycyjne instrumenty – może to lutnia arabska? – i zaczynają pograjkę przy piecyku! Muzyka jest fajna, brzmi tradycyjnie, wykonawcy mają dobre głosy – szkoda tylko, że podpięli się do wzmacniacza, który jest zupełnie zbędny w tej przestrzeni, filtrując wszystko niczym głośnik pielgrzymkowy.
Nazajutrz (po pysznym śniadaniu!) jedziemy jeepem pod granicę z Arabią Saudyjską, by się wspiąć na „wielki kamieniołom”, czyli najwyższą górę Jordanii – Jebel Um-ad Dami (ok. 1854 m n.p.m.). Kucharza zabieramy ze sobą, jak się bowiem okazuje, w trakcie wycieczki przewidziany jest lunch. Góra jest urody umiarkowanej, technicznie bez trudności, choć ścieżka wije się po piargach, ale już widok z niej na wielkie piaskownice i rumowiska jest ekscytujący. Gdy schodzimy z wyżyn, czeka już na nas obiad: pilaw z kurczakiem z ogniska – przepyszny. Absolutnym superbohaterem nasz kucharz zostaje, gdy naprawia na poczekaniu właśnie zepsutego jeepa, a kiedy wracamy już w okolice wioski, wyciąga zakopanych w piachu Amerykanów, którzy niebacznie zjechali z „drogi” na mieliznę samochodem z wypożyczalni. Na pustyni ludzie muszą sobie pomagać, to prawo i obowiązek nomadów, więc kiedy tylko ktoś czegoś potrzebuje, zbacza się ze swojej drogi, by go wesprzeć i już.
Zmieniamy pustynię – Much-Arab i kucharz wiozą nas te 35 km do innej wsi, na skraj wąwozów. Podróż na pace przez ponad godzinę w lodowatym wietrze i pyle dopisuję do listy wycieczek ekstremalnych. Śpimy w „świetlicy wiejskiej” na skraju miejscowości Abasai. Niech Was nie zwiedzie słowo „wioska”. To kilkanaście szałasów z plandeki i folii oraz dwa budynki szkoły i meczetu, a „świetlica” to trzyścienna zagroda z pustaków, przykryta plandekami. Miejscowa starszyzna i chłopcy cały wieczór towarzyszą nam, paląc w kozie i obserwując „cudaków z Zachodu”. Zabawne jest to, że za kino zapłacili obserwowani, czyli my. Dziewczyny nieśmiało machają zza płotu i pozdrawiają angielskim „heloł”. Zachęcona gestami, idę do nich na herbatę. W szałasie wokół piecyka goszczą mnie matka i pięć czy sześć córek. Dziewczyny mają od dziewięciu do dwudziestu trzech lat, pani Lora ma jeszcze kilku synów, w sumie dziesięcioro dzieci i wygląda dość poważnie, a jest w moim wieku. Rozmowa odbywa się głównie na migi, choć teoretycznie młodzież ma w szkole angielski. Dziewczyny pokazują nawet swoje podręczniki – zupełnie takie jak nasze, ale w praktyce musimy polegać na trzydziestu–pięćdziesięciu słowach i machaniu rękami. Dużo uśmiechów, herbaty oraz zdjęcia pokazywane w komórce dopełniają spotkania.

Pustynia Wadi Musa – a przynajmniej prowadząca do miejscowości o tej nazwie – to głównie skały i wąwozy. Wadi oznacza właśnie wąwóz. To na ten czterodniowy odcinek musimy mieć wodę. Wodę na wszystko – jedzenie, picie, gotowanie, o myciu raczej się nie myśli. Każdy bierze tyle, ile uważa, że potrzebuje i uniesie. To oznacza plecak dopakowany o 7–9 kg. Do tego sprzęt biwakowy, namioty – dawno nie miałam na plecach takiego bagażu.
Najdłuższy i najpiękniejszy wąwóz Aheimar ciągnie się przez 21 km i jest absolutnym cudem natury. Najpierw wąski, strzelisty, potem szerszy, otoczony przedziwnie uformowanymi skałami. Każdy zakręt inny, każda odnoga kryje niespodziankę, kolory ze złotej palety od czerwieni i żółci po czerń, niebotyczne ściany i rumowiska, gra świateł jak ze zdjęć znanych kanionów w Ameryce. Kolejne dni to kolejne doliny – żółte, białe, czerwone, z odpowiednim pod nogami piachem, który jednak czasem jest zbyt gęsty, by dało się iść swobodnie.
Czasami spotykamy stadko kóz, z raz osły, czasem grupkę francuskich turystów – głównie starszych ludzi, którzy na obrzeżach pustyni zorganizowali sobie trek z dowozem wody na noclegi. My nocujemy w suchych korytach sezonowych rzek – tu jest najbardziej płasko i da się rozstawić namioty. Wcześnie chodzimy spać, zmęczeni wysiłkiem. Noce są jasne, bo księżyc w pełni. Woda, której spodziewaliśmy się trzeciego dnia, to sączące się zielonkawe strużki w jednym z wąwozów. Można jej nabrać z kilku kałuż i przefiltrować. Pogoda wróciła na normalne tory i nadchodzą upały, więc wody tego przedostatniego dnia idzie więcej. Nagle u wylotu jednej z dolin spotykamy dwóch młodych Jordańczyków porządkujących teren po pikniku, jaki przywieźli dla grupy turystów. Zapytani o wodę, mają i mogą nam sprzedać. Radość grupy jest ogromna – uniknie się „kałużanki”, a panowie do tego wystawiają nam stolik z hummusem, serem, ogórkami, pomidorami i chlebkami pita, zapraszając na poczęstunek! Dziękujemy oszołomieni tym spotkaniem „aniołów pustyni”.
Posileni, napojeni, z nowym duchem brniemy dalej, a nazajutrz docieramy do Wadi Musa – miasta, do którego przytulona jest Petra. Pamiętacie, jak Indiana Jones uciekał ze skarbca i pędził na koniu przez kanion? To tam, w Petrze, starożytnym mieście Nabatejczyków, wpisanym obecnie na listę UNESCO. Ale to nie tylko wąwóz i skarbiec. To wielki obszar różnych skarbców czy świątyń, jaskiń i ruin; tu kolumnada, tam mozaika, gdzieś amfiteatr czy fragmenty kościoła. Wchodzimy do Petry od tyłu, od strony Małej Petry przez piękny szlak biegnący po skale i przez kolejne atrakcje. Ludzi jest sporo, choć to nie szczyt sezonu. Między ruinami czasem jest namiot-kawiarnia czy stoiska z pamiątkami. Kiedy jednak po wypiciu kawy chłopaki pytają o toaletę, Beduin każe im iść po prostu do zabytkowej jaskini z petroglifami. Małe dzieci handlarzy napraszają się o ciasteczko czy dinara, osły i wielbłądy parkują po całej Petrze, czasem zarabiając na paszę podwożeniem turystów. Na koniec zostawiamy jednokilometrowy wąwóz Sik – piękny, różowy, cieniowany, a jednak jakby… mniej wspaniały od tego, co widzieliśmy w poprzednich dniach. Najciekawszy widok na znany z filmów Skarbiec rozciąga się ze szczytu naprzeciwko, gdzie sprytny Jordańczyk urządził taras „kawiarni”, z czego chętnie korzystamy po krótkiej wspinaczce.
Opuściwszy Petrę, udajemy się do Ammanu, ale pierwszy dzień właściwie planujemy poza miastem. Rano przybywa po nas od pana Omara „najszybszy kierowca w Jordanii” i superczyściutkim busem jedziemy do Jarash – starożytnej Geruzy. Nazwa zaledwie kołacze się po głowie w okolicy wspomnień z historii, a tymczasem to wspaniale zachowany zespół ruin antycznego miasta pełnego kościołów, świątyń rzymskich bogów, bizantyńskich mozaik i greckich kolumnad. Dwa amfiteatry w doskonałym stanie, kolumny, aleje, a to tego słońce, błękit nieba, niezwykła po piaskach i skałach soczysta zieleń oraz mnóstwo kwiatów!

Nasyciwszy się Antykiem, wracamy do Ammanu, rozedrganej, tłumnej stolicy. Z melodiami Adama Struga („aman-amman-mana-ma…”) przeciskamy się przez tłum ludzi na wąskich chodnikach otulających wszechobecny bazar. Centrum Ammanu jest jednym ciągłym targowiskiem wpuszczonym w partery i w głąb kamienic. Trudno nawet powiedzieć, czy to kamienice, bo z zewnątrz wszystko obwieszone jest towarem, a u góry sterczą najdziwniejsze dachy, fasady i balkony. Amman wydaje się posklejany za pomocą taśmy pakowej ze wszystkiego, co było pod ręką, oraz zanurzony w hałasie jak w gęstym sosie oblepiającym całość. Handluje się ciuchami, garnkami, butami, jedzeniem. Najwięcej jest europejskich ubrań dla facetów i haftowanych, stylizowanych tradycyjnie sukien dla pań, ale też migoczących głośników, lampek, opakowań do komórek, owoców. Chodniki zastawiają manekiny o złotych lub marszczonych kosmicznie głowach, w klatkach papużki i farbowane na różowo koty (biedne, próbują nawzajem zlizać z siebie idiotyczny blichtr), zdobione ubrania na stelażach, półtuszki manekinów opięte fikuśnymi legginsami. Korytarze wciągają w rewiry warzywne, owocowe (ach! te półsuszone figi!), w stosy przypraw.
Obiad zamawiamy w knajpce „ceratowej”, gdzie kelner pokrywa stół wielkim kawałkiem folii i serwuje jednolite menu danego dnia – „mix”. Potem ceratkę i resztki uczty zwija i wyrzuca do kosza – na zmywaku tu nikt nie stoi. Na mix wegetariański składają się różne hummusy, falefele, frytki, warzywa i pita. Kolejnego dnia trafiamy do kuchni „mix mięsny”, więc menu uzupełnia mięso z grilla. Wszystko przepyszne, świeże, mimo że bardzo proste, a w dodatku tanie.
Pointrygowani wijącą się kolejką ludzi, załapujemy się na kultowy ammański deser – kunafeh: smażony biały serek pod słodką skorupką. Kolejka idzie szybko, a deser smakuje nieźle – wart stania.
Samo miasto jest położone na wzgórzach. Chaotyczny układ ulic i schodków okalają zaniedbane budynki, spowite w plątaninę drutów, upiększone muralami i reklamami, głośne i żywe. Jedyna cicha uliczka – Rainbow Street, z butikami w eleganckiej dzielnicy wzorowanej na miastach europejskich odstaje od całości. Oprócz niej do zwiedzania są jeszcze: rzymski amfiteatr w środku miasta i górująca nad centrum dość skromna cytadela – również z czasów rzymskich. Pozostały mury i niewielkie muzeum, za to z ładnym widokiem. Amman mamy rozłożony na niepełne dwa dni, ale tak naprawdę po trzech godzinach zakupów mamy serdecznie dość jazgotu, tłumu, brudu i całego bazarowego szaleństwa. Nie ma parków, ławeczek, skwerów – nie ma gdzie przysiąść nawet na chwilę. To zupełnie inny świat niż surowość pustyni. Uciekamy z ulgą na lotnisko, jednak ze wspaniałymi wspomnieniami z przyrodniczej części wyprawy.

Joanna Zarzecka

Opracowanie i korekta na stronie internetowej: Wiktoria Kaczmarczyk
Skrót artykułu: 

Kiedy ktoś mnie pyta, „jak było” w Jordanii, odpowiadam, że ciężko. „Ale w jakim sensie ciężko?” – fizycznie. Jednak było warto się pomęczyć, bo dotarliśmy do miejsc niedostępnych „na lekko”.

Dział: 

Dodaj komentarz!