Kraj w rozkroku

Albania

 

 

fot. z arch. aut

 

 

Ogłuszający ryk klaksonów, wydobywający się z samochodów pędzących wokół placu Skanderbega w Tiranie, wszechobecne „myjnie samochodowe” (czyli chłopcy ze szlauchami stojący przy drogach), kupowane na poboczu drogi pieczone kolby kukurydzy prosto z paleniska, autoszroty na każdym kroku czy w końcu dwukołowy drewniany wóz ciągnięty przez osła, poruszający się drogą noszącą dumną, choć zupełnie nieadekwatną nazwę „autostrady” – takie obrazki przesuwają mi się przed oczami, gdy przypominam sobie poprzednie pobyty w Albanii w 2010 i 2013 roku. Były krótkie, kilkudniowe, wystarczające do pozostawienia nie do końca sprecyzowanego wyobrażenia. Teraz było inaczej: dłużej – bo mniej więcej na dwa tygodnie – i częściowo trekkingowo.

 

Anna Śliwa

Albańskie wrześniowe wakacje – byłam ich bardzo ciekawa, bo zastanawiałam się, czy i do jakiego stopnia ten kraj się zmienił: czy nadal jest tak samo fascynująco dziko, czy jednak to już tylko śpiew przeszłości.

 

Między pasterskim szałasem…

Na pierwszy ogień poszły Góry Przeklęte, czyli Prokletije na pograniczu Czarnogóry i Albanii. Oglądałam je krótko już w roku 2013. Podczas samochodowego bałkańskiego tripu usiłowaliśmy dotrzeć do Theth, wówczas jednej z najbardziej odizolowanych wsi, ale samochód z niskim zawieszeniem nie poradził sobie z górską, szutrową drogą. Musieliśmy zawrócić na przełęczy.

Na trekking, mający trwać ponad tydzień, ruszyliśmy ze wsi Vusanje w Czarnogórze, przy samej granicy z Albanią. Wieczór przed wyjściem na trasę spędziliśmy w hotelu w sąsiednim miasteczku Gusinje. Panował charakterystyczny rozgardiasz, a cała atmosfera kojarzyła mi się mocno ze Wschodem. A gdy o zachodzie słońca odezwali się muezini… to był właściwy początek wędrówki.

Wchodziliśmy malowniczą doliną pnącą się stosunkowo łagodnie w kierunku granicznej przełęczy, którą przekroczyliśmy z załatwionym wcześniej przez internet permitem. Naszym pierwszym celem był najwyższy szczyt Gór Dynarskich, czyli Maja Jezerce (2694 m n.p.m). Sęk w tym, że chcieliśmy wejść na niego nie jak „wszyscy”, czyli od przełęczy między Theth i Valboną lub bezpośrednio z Czarnogóry, ale hipotetycznie istniejącą trasą znad Theth, opisaną w jednym z przewodników. To wymagało jednak znalezienia miejsca na dwa noclegi w pobliżu ludzi, którzy mogliby mieć oko na pozostawione namioty. A takimi ludźmi w górach są oczywiście pasterze.

Niedaleko przełęczy Qafa e Pejes znaleźliśmy ścieżkę z widocznymi śladami przemarszu owiec i tak trafiliśmy na szałasy. Pierwsze wrażenie z powodu wyjątkowo agresywnego, ogromnego psa okazało się niezbyt pozytywne, ale potem było już tylko lepiej. Mimo że pasterze mieli zerową znajomość języka innego niż albański, a my – albańskiego, udało się dogadać. Wyjaśniliśmy, że jutro na Jezerce bez namiotów, a pan pasterz pokiwał głową i pokazał źródło wody. Sprawa została uzgodniona, a paczka papierosów przypieczętowała zawarcie paktu polsko-albańskiego.

Rankiem wyruszyliśmy wcześnie. Przesuwające się chmury to zakrywały, to znów odsłaniały najeżone, skaliste granie, które bardzo przypominały mi dolomity. Szczątkowe oznaczenia trasy to pojawiały się, to nikły między kamieniami, a w końcu przestaliśmy ich szukać, a zaczęliśmy iść, zważając bardziej na obrany kierunek. Decyzja okazała się słuszna, choć dostarczyła nieco emocji, ale ostatecznie się udało. Powoli, powoli zbliżaliśmy się do szczytu, który akurat raczył zatonąć w chmurach i mgłach, tylko chwilowo się ukazując. Niemniej wierzchołek został zdobyty i można było zejść na dół malowniczą ścieżką po skalnych półkach. Na koniec dnia niebo dało jeszcze piękny popis kolorów w blasku zachodzącego słońca, a potem sypnęło czymś między zmarzniętym deszczem a śniegiem. Przenikliwe zimno i ciemności zagnały nas do śpiworów już przed 20.

 

 

fot. z arch. aut

 

 

 

…a górskim kurortem

Ileż można spać? Po długiej nocy pobudka znów była dość wczesna. Ruszyliśmy do Theth, a dotarliśmy już w południe. Dzięki doprowadzeniu drogi asfaltowej ta – jeszcze kilka lat temu odcięta od świata – wioska zmienia się w górski kurort (w iście wschodnim stylu). Przysiółki to wciąż tradycja z plecionymi płotami i pylistymi drogami, a centrum chciałoby „w świat”, ale nie do końca wie jak. Efekt jest z jednej strony fascynujący, z drugiej – trochę przerażający. Najpierw poznaliśmy niestety ten drugi aspekt, chcąc zjeść coś w jedynej restauracji. Tym razem okazało się, że opinie z Google’a nie kłamały i miejsce to należy omijać szerokim łukiem – w skrócie: nie udało nam się nawet złożyć zamówienia. Na szybko w barze obok zjedliśmy pizzę (całkiem niezłą, co nie dziwi, biorąc pod uwagę, że wielu Albańczyków pracowało lub pracuje w gastronomii we Włoszech).

Nocleg znalazł się dość szybko i w całkiem rozsądnej cenie. Zrzuciliśmy graty i ruszyliśmy poznawać wioskę. Mimo wdzierającej się nowoczesności to wciąż fascynujące miejsce. Trafiliśmy do Muzeum Etnograficznego, czyli tradycyjnego domu z zachowanym wystrojem – od dawnych ubrań, przez meble, naczynia po radio z drugiej połowy XX wieku oraz całkiem pokaźny zbiór zdjęć rodzinnych właścicielki. Obejrzeliśmy też kamienny kościół oraz wieżę, w której w przeszłości chroniły się osoby obawiające się zemsty za popełnione czyny. Malownicza ścieżka wzdłuż rzeki i kanału nawadniającego (prawie jak lewady na Maderze) doprowadziła nas do całkiem sporego wodospadu. Przy okazji przyglądaliśmy się powstającym na potęgę pensjonatom i hotelom – za dwa–trzy lata będzie tu prawdziwy kurort. Może lepiej, że oglądaliśmy go w fazie rozwojowej. Udany dzień zakończyła smaczna kolacja, ale i tak przebiło ją śniadanie. Ach, te placuszki, dżem figowy i inne dobra... Żal było wychodzić.

Ale czekał na nas kolejny albański górski „kurort”, czyli Valbonë. Całodzienna wędrówka przez przełęcz o tej samej nazwie dostarczyła pięknych widoków. Z góry Dolina Valbony prezentowała się wyjątkowo, a jeżące się nad nią skaliste szczyty dawały wspaniałą oprawę. Na dole okazało się jednak, że nazwa „kurort” jest tu zdecydowanie na wyrost, a atmosfera zdecydowanie bardziej przypomina piosenkę „We wtorek po sezonie”, choć ceny były kurortowe.

 

Zdążyć przed ulewą

Tymczasem nasze plany przejścia w kolejnych dniach przez granicę z Kosowem zaczęły się nieco komplikować. Prognozy pogody jednoznacznie pokazywały, że najpóźniej za dwa dni zacznie lać i to bardzo. Daliśmy sobie szansę i rano ruszyliśmy w stronę góry Zla Kolata, najwyższego szczytu Czarnogóry leżącego na granicy albańskiej. Na sam wierzchołek weszła tylko część ekipy, reszta zdecydowała się na odpoczynek na przełęczy o swojsko brzmiącej nazwie Qafa e Prosllopit (czyżby Przysłup?). Muszę powiedzieć, że to ponadgodzinne podejście się opłaciło. Widoki najeżone górami zapierały dech w piersiach i – niestety – ukazywały potężny wał chmur na horyzoncie.

Dłużej oszukiwać się nie dało. Doszliśmy do kolejnego miejsca noclegowego, czyli do Cerem, gdzie zapadła decyzja, że następnego dnia schodzimy granicą do Vusanje. Najpierw jednak sam nocleg: było „klimatycznie” i znów znaleźliśmy się w rozkroku, czyli na materacach na korytarzu na poddaszu. Byliśmy chyba turystami kategorii drugiej, bo nie chcieliśmy skorzystać z oferty wyżywienia. Kupiliśmy za to piwo z „lodówki”, czyli starej wyłączonej sklepowej witryny chłodzonej wewnątrz wodą z potoku rozpylaną przez wiatrak.

Zejście granicą do Vusanje okazało się mocno „przygodowe”, ponieważ szlaku, który teoretycznie powinien tam być – co za niespodzianka – nie było. Po drodze pogoda zepsuła się dość mocno, zaczął siąpić deszcz. Na szczęście ulewa nadeszła dopiero, gdy jedliśmy późną kolację w znanym nam już hotelu w Gusanje.

 

Tu kiedyś będzie riwiera

Nieprzerwanie lało przez następne półtora dnia, ale na szczęście spędziliśmy je na przejazdach. W okienkach pogodowych zwiedziliśmy czarnogórski Ulcinj oraz twierdzę Rozafa w Szkodrze i zatrzymaliśmy się na chwilę nad Jeziorem Szkoderskim w miejscowości Shiroke. Byłam tu 10 lat wcześniej, jednak od tego czasu rybacka wioska zmieniła się w coś na kształt letniska, które chyba chciałoby konkurować z Riwierą. Niestety przeszkadzają jej w tym wszechobecne śmieci oraz – co tu ukrywać – spuszczane wprost do jeziora nieczystości. Chyba najlepszym podsumowaniem tych prób wdarcia się do turystycznego świata była opuszczona budowa pensjonatu na niewielkiej wysepce przywodząca na myśl nawiedzony dom.

 

fot. z arch. aut

 

 

 

Co się stało z Tiraną?

Byłam ciekawa Tirany. Zastanawiałam się, jak się zmieniła. Po drodze odwiedziliśmy jeszcze Kruję, opisywaną w przewodnikach jako jedno z najpiękniejszych albańskich miast. Widziałam ją już poprzednio, więc zaskoczenia nie było. Wszystkie atrakcje skupiają się na jedynej zachowanej uliczce bazarowej oraz twierdzy, nad którą góruje tzw. Zamek Skanderbega zaprojektowany przez córkę byłego komunistycznego dyktatora Envera Hodży. Na targu niestety coraz mniej oryginalnych albańskich wyrobów, a coraz więcej chińszczyzny, a całości dopełniał wielki napis nad jednym stoiskiem z magnesami „Taniej niż w Biedronce”.

Ale wróćmy do Tirany. Kiedy stanęłam na placu Skanderbega, tym, co w pierwszej chwili zwróciło moją uwagę, była cisza. Gdzie te jeżdżące wkoło i trąbiące samochody? Zniknęły wraz ze zmianą organizacji ruchu. Pojawiły się za to szklane biurowce – swoją drogą wznoszone w dość oryginalny sposób, odbiegający mocno od standardów panujących w innych krajach. W cieniu tych budynków zniknął i zmalał zabytkowy meczet pięknie zdobiony malowidłami z motywami kwiatowymi. Strasząca niedaleko placu „Piramida” (czyli dawne mauzoleum Hodży) przechodzi zaś remont i ma się stać nowoczesnym centrum kultury. Pojawił się za to całkiem przyjemny targ w niedalekiej okolicy oraz miły minipark z kawiarniami i klubami w miejscu, gdzie kiedyś była twierdza, a 10 lat temu straszyły jakieś wykopy. Tirana się europeizuje, choć wciąż ma to swoje szalone „coś”.

 

Między laguną a miastem tysiąca okien

Ostatnim akordem naszej albańskiej przygody była wizyta w Parku Narodowym Divjakë-Karavasta. Groble, las, kanały i przybrzeżne laguny oraz sporo ptaków tworzą naprawdę fajne miejsca do spacerów, choć komary atakują ze wszystkich stron. Miejsce oceniam zdecydowanie na plus, choć pelikana kędzierzawego udało się zobaczyć tylko przy siedzibie parku.

Tak dotarliśmy do Beratu, miasta tysiąca okien wpisanego na listę UNESCO. Nawet ono pozostaje w tym charakterystycznym rozkroku. Zabytkowa twierdza z Muzeum Ikon Onufrego i kilkoma cerkwiami oraz znajdująca się pod nią, na zboczu dzielnica Mangalem z tradycyjnymi domami, wąskimi uliczkami i mnóstwem schodków wyglądają jak z obrazka. Wystarczy jednak odejść kilkadziesiąt metrów dalej, by trafić na gwarne centrum ze swojskim rozgardiaszem oraz spojrzeć na ni to pałac, ni to architektoniczny potworek nazywany „Białym domem”. To podobno hotel, w którym widać wielkie pieniądze i jeszcze większe wpływy. Znów mieszanka i znów rozkrok, a jedzenie tak samo pyszne jak w innych miejscach.

Czy Albania się zmieniła? Tak. Obrazki, które opisałam na wstępie zniknęły. Ruch uliczny opanowano (zapewne za sprawą solidnych mandatów) i jeżdżenie samochodem już nie przyprawia o zawał. Pojawiły się nowe hotele i pensjonaty, zniknął pewien koloryt. Czy to źle, czy dobrze – nie wiem, ale chcę jeszcze wrócić: wejść na Korab (w 2013 roku musieliśmy zawrócić z powodu załamania pogody), odwiedzić południe i przejechać się piękną nadmorską drogą z Vlory do Sarandy. Może kiedyś się uda. Jedno jest pewne – znów zobaczę wtedy inną Albanię.

Anna Śliwa

 

 

Opracowanie i korekta na stronie internetowej: Weronika Wyrębek

Skrót artykułu: 

Ogłuszający ryk klaksonów, wydobywający się z samochodów pędzących wokół placu Skanderbega w Tiranie, wszechobecne „myjnie samochodowe” (czyli chłopcy ze szlauchami stojący przy drogach), kupowane na poboczu drogi pieczone kolby kukurydzy prosto z paleniska, autoszroty na każdym kroku czy w końcu dwukołowy drewniany wóz ciągnięty przez osła, poruszający się drogą noszącą dumną, choć zupełnie nieadekwatną nazwę „autostrady” – takie obrazki przesuwają mi się przed oczami, gdy przypominam sobie poprzednie pobyty w Albanii w 2010 i 2013 roku. Były krótkie, kilkudniowe, wystarczające do pozostawienia
nie do końca sprecyzowanego wyobrażenia. Teraz było inaczej: dłużej – bo mniej więcej na dwa tygodnie – i częściowo trekkingowo.

fot. z arch. aut.

Autor: 
Dział: 

Dodaj komentarz!