

fot. A. Harmash
Rusia, czyli Maryna Shukiurava, jest wokalistką białoruskiego zespołu Shuma, łączącego muzykę ludową z brzmieniami elektronicznymi. Oprócz tego jest terapeutką wokalną. Po wyborach w Białorusi w 2020 roku opuściła kraj. Mieszkała w Ukrainie, Gruzji, a obecnie przebywa w Polsce. Rozmowę z nią przeprowadziła Valeryia Mikhailouskaya.
Skąd wzięło się Pani zainteresowanie pieśniami ludowymi? Z tego, co wiem, zaczynała Pani od muzyki rockowej.
Zacznę od mojego pierwszego kontaktu z pieśnią ludową. Urodziłam się we wsi Cierachouka w obwodzie homelskim, gdzie w czasach mojego dzieciństwa ludzie jeszcze uczestniczyli w obrzędach ludowych. Miałam około sześciu–siedmiu lat, kiedy rodzice wzięli mnie na pogrzeb. Wtedy jeszcze nie rozumiałam, czym on jest. Pamiętam, jak do chaty weszły cztery ubrane na czarno kobiety, siadły obok trumny i lamentowały. Po tym lamencie wszyscy zaczęli płakać. Dla mnie to było dziwne i niesamowite. Jeszcze nie posługiwałam się pojęciami takimi jak potężne „doświadczenie zbiorowe”, ale zrozumiałam, że dzieje się coś bardzo ważnego i że to właśnie te kobiety robią swoim głosem coś takiego, iż wszyscy obecni płaczą.
Jestem buntowniczką. Kiedy skończyłam szkołę, wyjechałam na studia do miasta i założyłam zespół rockowy. Moja rodzina zawsze była opozycyjna, aktywnie uczestniczyła w życiu politycznym. Miałam wrażenie, że zostanę gwiazdą rocka, tłumy ludzi będą mnie wspierać i razem będziemy walczyli z reżimem Łukaszenki. Po przegranych wyborach w 2006 roku byłam jednak rozczarowana rock’n’rollem i zamknęłam ten projekt.
Poszukiwanie swojego miejsca w świecie muzyki doprowadziło mnie do kultury tradycyjnej. Nie udało mi się zrobić szybkiej rewolucji, dlatego odważyłam się na inną, łagodną strategię: nie mówić wprost, że jestem przeciwko reżimowi, ale połączyć ze współczesną muzyką kulturę ludową, żeby stała się przystępna dla młodego pokolenia i żeby odbiorcy kojarzyli mój obraz ze sobą, posługiwali się nim jako wzorem do naśladowania. Piękna, młoda dziewczyna interesuje się tradycją, imprezuje, daje ciekawe wywiady. Ona rozmawia po białorusku, a to znaczy, że „ja też mogę”. Myślę, że był to dobry kierunek. Zwracam uwagę na to, jak zmieniają się nasi odbiorcy. Widzę, że zmieniło się podejście do kodu kulturowego oraz do języka białoruskiego. Przybywa zwolenników takiego myślenia.
Skąd Pani czerpie materiały źródłowe do repertuaru zespołu Shuma? Czy to są śpiewy z Pani dzieciństwa? A może zajmowała się Pani badaniami terenowymi?
Głównie interesują mnie śpiewy pogańskie, z tradycji przedchrześcijańskiej. Śpiewy, które pamiętam ze swojego dzieciństwa, nie odpowiadają temu kryterium. Dostęp do takich materiałów jest bardzo ograniczony. Cały dorobek białoruskich etnografów z lat 60.–80. XX wieku uległ zniszczeniu po dojściu Łukaszenki do władzy. Tego, co udało się zachować, etnomuzykolodzy nie chcą udostępniać publicznie. Udało mi się jednak dogadać z niektórymi z nich. Zgodzili się na udostępnienie mi swoich prywatnych archiwów. Opowiadałam im o Shumie, o tym, jakie mam plany twórcze – i oni mi zaufali. Podsumowując – korzystam z tych prywatnych archiwów, z archiwum Białoruskiej Biblioteki Narodowej i z materiałów w internecie.
Co do badań terenowych, to udało mi się zdobyć kilka interesujących mnie pieśni. Takie działania pozwoliły mi dotknąć żywej, autentycznej kultury, pobyć ze starszymi ludźmi, dowiedzieć się czegoś o ich codzienności, posłuchać o ich życiu, opowiedzieć, kim jestem i co robię w ramach projektu Shuma. Nie uzyskałam z tych badań materiałów do twórczości, ale dużo mi dały jako artystce, badaczce i osobie.
Ludzie, którzy znają Shumę, przysyłają mi jakieś prywatne nagrania swoich dziadków. Niestety, zazwyczaj te nagrania zawierają nowszy folklor, który nie zgadza się z koncepcją zespołu, ale cieszę się, że nasi odbiorcy dbają o zachowanie tej spuścizny i dzielą się nią ze mną.
Czy ma dla Pani znaczenie region pochodzenia pieśni?
Nie biorę tego pod uwagę. Współczesny folklor ma cechy rosyjskie, a nawet radzieckie. Jak już powiedziałam, skupiam się na materiałach z czasów pogańskich. Uważam, że właśnie ta tradycja jest rdzennie białoruska. Jest ona bliska archaicznej kulturze Polski, Litwy i Ukrainy. W ogóle projekt Shuma ma na celu zachować nasz wspólny dorobek muzyczny. Skupiam się na czasie, nie na terenie powstania pieśni.
Ciekawi mnie także głos ludzki. Jestem terapeutką wokalną, dlatego interesuję się tym, jak nasi przodkowie za pomocą głosu wyrażali siebie, jak ocalali siebie, jak dźwięk wpływał na stan duszy i ciała, z jakiego powodu człowiek wydobywał konkretny dźwięk. Przypuszczam, że różnorodność brzmień w kulturze tradycyjnej miała w dawnych czasach walory terapeutyczne. Wolę pieśni smutne niż wesołe. Moim zdaniem w żalu jest więcej prawdy niż w radości.
Ciekawi mnie także, jak w kulturze tradycyjnej była przedstawiana kobieta. O czym ona myśli? O czym śpiewa? Jakim głosem? Jak wyraża to w swoich śpiewach? Z tego, co widzę, kobieta w kulturze tradycyjnej jest rzetelna, śmiała i silna. Nie rywalizuje z innymi kobietami, lecz jest zdolna do siostrzeństwa. Uważam, na ile pozwala mi na to kompetencja, że tradycyjna kultura białoruska jest przede wszystkim żeńska. Oczywiście, mogę się mylić, ponieważ znamy więcej pieśni kobiecych niż męskich, co może być spowodowane dziesiątkowaniem mężczyzn w czasach wojen. Kobiety nie wykonywały męskich pieśni i mamy mniej informacji o tradycyjnym mężczyźnie.
Chciałabym poruszyć temat pochodzenia i korzeni. Ma Pani nietypowe dla Białorusi nazwisko. Skąd ono pochodzi? Czy ma Pani jakieś korzenie poza białoruskimi? Ma Pani także małą córkę, która większą część życia spędziła poza krajem urodzenia. Czy Pani opowiada jej o Białorusi?
Uważam, że dla zrozumienia kultur obcych musimy najpierw pojąć, kim sami jesteśmy.
Moje nazwisko jest irańskie. Moja mama ma irańsko-azersko-rosyjskie korzenie, a ojciec żydowsko-rosyjsko-ukraińskie. Nie mam korzeni białoruskich, ale jest mi bliskie powiedzenie: Gdie rodilsia, tam i prigodilsia (pol. Gdzie się urodziłeś, tam będziesz przydatny). Kontekst białoruski, który mnie karmił i wychował, jest dla mnie maksymalnie zrozumiały. Nic mnie tak nie żywi, jak Białoruś.
Córeczce śpiewam pieśni białoruskie, ona lubi kołysanki. Na razie nie rozmawia po białorusku, ale w naszej rodzinie są dni tego języka. Opowiadam jej o Białorusi, o naszej kulturze, ale sądzę, że jak urośnie, sama zdecyduje, jakim językiem chce się posługiwać.
Jakie plany ma Shuma na przyszłość? Czy jest ciężko zajmować się kulturą tradycyjną, będąc na emigracji?
Nie jest to ciężkie, bo mam dużo materiałów w wersji elektronicznej i to pozwala mi pracować gdziekolwiek. Mieszkałam na Białorusi przez większą część swojego życia. To doświadczenie jest częścią mojej osobowości i nikt mi tego nie zabierze. Jestem Białorusią. Moim zdaniem, zajmowanie się tradycją tu, w Polsce, jest możliwe i niezbędne, zwłaszcza teraz, kiedy spotykamy się z agresywną eksterminacją idei białoruskiej ze strony władz rodzinnego kraju. Uważam swoją działalność za obowiązek obywatelski.
Jeśli chodzi o plany twórcze, to szukamy nowego stylu. Chcemy przedstawić białoruski kod kulturowy na wielkich festiwalach techno Europy (Wielka Brytania, Francja, Niemcy). To jest jeden z kierunków. Chcemy także działać na imprezach szamańsko-terapeutycznych, które są popularne w krajach południowych (Meksyk, Portugalia, Ameryka Łacińska). Przed nami dwa kierunki – techno i terapia wokalna.
Opracowanie i korekta na stronie internetowej: Weronika Wyrębek
Rusia, czyli Maryna Shukiurava, jest wokalistką białoruskiego zespołu Shuma, łączącego muzykę ludową z brzmieniami elektronicznymi. Oprócz tego jest terapeutką wokalną. Po wyborach w Białorusi w 2020 roku opuściła kraj. Mieszkała w Ukrainie, Gruzji, a obecnie przebywa w Polsce. Rozmowę z nią przeprowadziła Valeryia Mikhailouskaya.
fot. A. Harmash