
Artystyczne działania Lucyny Kozłowskiej kojarzą się współczesnym odbiorcom sztuki inspirowanej szeroko rozumianą plastyką ludową z wycinankami. Myśląc obrazami, widzimy ją skupioną nad kolejną pracą, w której brzmią nuty świętokrzyskiego folkloru i tradycji. Czasem rozczapierzają szpony jak wiedźmy z Łysej Góry, innym razem poetycko wznoszą ręce ku niebu, by wyśpiewać Franciszkową Pieśń Słoneczną. Na rozmaitych kiermaszach i jarmarkach, na których twórcy ludowi prezentują i sprzedają swoje prace, spotkać możemy ją wśród wycinanek, których obfitość potrafi przyprawić o prawdziwy zawrót głowy!

Łukasz Ciemiński
Nie inaczej było podczas naszego pierwszego spotkania, kiedy zachwyciłem się i poniekąd zamieszkałem w zgoła odmiennej przestrzeni jej artystycznej aktywności, jaką jest malarstwo. Niewielkie obrazki dźwięczały pogodą ducha, żarliwością i takim autentyzmem przekazu, w którym ukryte jest pragnienie dotarcia z opowieścią o świecie przyjaznym każdemu istnieniu. Prywatnie, dla siebie, odkryłem Lucynę Kozłowską jako utalentowaną malarkę – jedną z grona les peintres du coeur sacré – malarzy gołębiego, bo bardzo franciszkańskiego serca.
Przygoda ze sztuką rozpoczęła się dla Kozłowskiej już w dzieciństwie. Każdy z nas zaczynał jako artysta, niewielu tą drogą podąża dalej. Porzuciła malarstwo na rzecz wycinanek i nasza artystka, choć nigdy z dziecięcym oglądem świata się nie rozstała. Impuls do tworzenia przyszedł ze środowiska etnografów, kiedy dostrzeżono jej prace i natychmiast zaproponowano ich prezentację podczas wystawy jubileuszowej Andrzeja Kozłowskiego – męża artystki, utalentowanego rzeźbiarza nieprofesjonalnego, jaka miała miejsce w Muzeum Narodowym w Kielcach. Z dużym rozbawieniem Kozłowska przyznaje, że w ten sposób zaczęła „od górnej półki”, wytrwale zgłaszając coraz to nowsze prace malarskie na konkursy organizowane przez kielecki oddział Civitas Christiana. Tu także dostrzeżono oryginalność jej realizacji, przyznając rozliczne nagrody i wyróżnienia.
W twórczości Lucyny Kozłowskiej są tematy sercu najbliższe – to te opiewające życie i misję świętego Franciszka. Są i takie, które bliskimi się stają z czasem. Mając problem z wykonaniem wizerunku świętego Wojciecha, czytała o nim dużo, aż wreszcie z tej lektury zrodziła się miłość do męczennika, który stał się jej bliski – „jakby przyszedł do mnie”. Nie dziwi zatem fakt, że obrazy artystki zawsze są autentycznie zaangażowane i wybrzmiewa w nich szczery zachwyt nad postacią czy tematem, który aktualnie realizuje. Udamawia świętych nie tylko na swoich płótnach, ale przede wszystkim w sobie – uzewnętrznia to, co najpierw zostało uwewnętrznione! Stąd odbiegające nierzadko od hieratycznej ikonografii wizerunki mieszkańców Niebios, którzy zawsze zdają się być bliscy, a bliskość tę pogłębia także niewielki, bardzo intymny format prac. Najbliższym jednak malarce świętym jest i pozostanie Franciszek z Asyżu. To od jego wizerunków, czy to w formie wycinanki, czy obrazu, rozpoczyna swoje artystyczne sesje przerwane wcześniej rozlicznymi obowiązkami domowymi. Spłaca w ten sposób dług wdzięczności wobec Biedaczyny, który – jak ze wzruszeniem wyznaje – uratował ją podczas poważnej choroby. W tym wotywnym i jednocześnie artystycznym geście objawia się wszystko, co najważniejsze w sztuce ludowej, która nie zna pojęcia sztuki tworzonej dla samej siebie. Podobnie było, gdy po operacji kręgosłupa męża stworzyła obraz, na którym anioł dotyka operowanego miejsca. Wszystkie silne emocje muszą znaleźć i znajdują artystyczny wyraz. Kozłowska nie zna pojęcia sztuki niezaangażowanej, chłodnej w oglądzie, zdystansowanej, a poetycki żywot Franciszka z Asyżu jest wystarczającym źródłem natchnienia dla prac, które urzekają liryzmem ukazywanych scen. Są wreszcie próbą opowiedzenia o świętym „na nasze czasy”, o „świętym, którego tak bardzo nam teraz potrzeba – tak bardzo oddanego Bogu, ludziom, zwierzętom, naturze”! Święty Franciszek z płócien Kozłowskiej zdaje się wyrywać ku nam, wyciąga długie ręce rozpostarte po niebie jak pięciolinie, na których przysiadają nuty ptaków. Innym razem skowronki w scenie śmierci świętego rozsadzone są po ziemi w równych rzędach niczym ziemniaki i nie odbiera to sytuacji powagi, ale pozwala uniknąć nieznośnego patosu. Nic w tym dziwnego, skoro dla Franciszka śmierć była nie tylko nieuniknioną konsekwencją życia, „której żaden człowiek uniknąć nie zdoła”, ale i siostrą. W opowieści o nawróconym przez Franciszka wilku z Gubbio malarka widzi głęboką metaforę prawdy o człowieku, który z zajadliwego wroga stać się może przyjacielem, jeśli okaże się mu zrozumienie, miłość, a często zwyczajnie nakarmi. Zadała retoryczne pytanie – „Czy nie tak jest z ludźmi?”. Bardzo Franciszkowe!

Obraz aut. L. Kozłowskiej
fot. z arch. Ł. Ciemińskiego
Iście franciszkańskie są i materiały, których używa, oraz środki wyrazu. Pierwsze prace malarskie powstawały na istniejących już obrazach! Tych gotowych, drukowanych cyfrowo, kupowanych w sklepach, w których prawie wszystko jest po cztery złote! Bezduszne płótna artystka zamieniała w szczere opowieści, odczarowując niejako świat kreujący i narzucający nam wybory estetyczne i jeden akceptowalny ogląd rzeczywistości. Fotograficznie ukazane zwierzęta zastępowane były tymi, które z Franciszkiem zaczynały patrzeć na świat tym samym, niejednokrotnie błękitnym okiem. Na szczególną wartość obrazów naszej artystki wpływa i sam sposób malowania, zawsze alla prima, bez przygotowanego wcześniej szkicu. Wszystko rodzi się spontanicznie, ale z wcześniejszej głębokiej refleksji, doświadczenia, przeżycia, także tego na poły mistycznego. Gdy straciła przytomność, dane jej było znaleźć się w świecie, który urzekał pięknem barw i bujną roślinnością. Spotkała wówczas dziewczynkę o blond włosach, obciętą „na kacapeczkę”, jak w jej regionie mawiało się o fryzurze „na pazia”. Po powrocie do rzeczywistości świat porażał bezbrzeżną szarością, więc powstał obraz – powidok tego doświadczenia. Zdaje się, że wszystkie prace Lucyny Kozłowskiej niosą na sobie znamię tego spotkania – niezmącona czystość i intensywność koloru opisują świat. W malarstwie artystki odczytuję ten rodzaj nieprzystosowania, o którym w swoim wierszu pisał Czesław Miłosz:
Nie nadawałem się do życia gdzie indziej niż w raju.
Po prostu takie było moje genetyczne nieprzystosowanie.
Na ziemi ukłucie się kolcem róży zmieniało się w ranę, za każdym razem, kiedy za obłok chowało się słońce, czułem smutek.
Udawałem, że jak inni pracuję od rana do wieczora, ale nieobecny, powierzony niewidzialnym krajom.
Dla pociechy uciekałem do miejskich parków, żeby popatrzeć i wiernie malować kwiaty i drzewa, ale te z rzeczywistych zmieniały się w rośliny rajskiego ogrodu.
Jest wreszcie twórczość Lucyny Kozłowskiej kwintesencją tego, co w sztuce artystów nieprofesjonalnych szczególnie pociągające, co pozwala mi, jako historykowi sztuki, nie patrzeć na obraz okiem medyka diagnozującego pacjenta. Ta sztuka przywraca zagubiony gdzieś po drodze akademickich studiów zachwyt nad potęgą ludzkiej wrażliwości i wyobraźni. Ta sztuka ma w sobie siłę skrótu, bazuje na potędze poetyckich metafor i doskonale syntetyzuje formy. Nie ma w niej spekulacji, pozbawiona jest pretensjonalności, a potrafi dotknąć bezpośrednio istoty rzeczy!
Zachwycam się jej malarstwem jak rozrzuconymi po świecie taflami nieba, tego nieba, które dla świętego Franciszka sportretowanego przez Józefa Wittlina było jego jedyną nadzieją. „Pod działaniem nieba ta sama ziemia, ta sama przyroda, ci sami ludzie i wszystko, co do niedawna było pustką, nagle napełniać się zaczyna sensem i głęboką treścią”. Mam podobnie, pozostając pod działaniem sztuki Lucyny Kozłowskiej. Franciszkanki!
Łukasz Ciemiński
Artystyczne działania Lucyny Kozłowskiej kojarzą się współczesnym odbiorcom sztuki inspirowanej szeroko rozumianą plastyką ludową z wycinankami. Myśląc obrazami, widzimy ją skupioną nad kolejną pracą, w której brzmią nuty świętokrzyskiego folkloru i tradycji. Czasem rozczapierzają szpony jak wiedźmy z Łysej Góry, innym razem poetycko wznoszą ręce ku niebu, by wyśpiewać Franciszkową Pieśń Słoneczną. Na rozmaitych kiermaszach i jarmarkach, na których twórcy ludowi prezentują i sprzedają swoje prace, spotkać możemy ją wśród wycinanek, których obfitość potrafi przyprawić o prawdziwy zawrót głowy!