
W chrześcijańskim panteonie wielu jest świętych, którzy stracili głowę w przenośni – dla Królestwa Niebieskiego, ale i dosłownie, gdy kładli swe głowy pod topory i miecze za cenę ustrzeżonej wiary. Uświęcony tradycją kult świętego Jana Chrzciciela, Barbary czy Dionizego ma się dobrze w rozlicznych miejscach im poświęconych. Nikt tej kanonizowanej świętości nie kwestionuje, jawią się oni jako zwierciadła wiary i skuteczni przyczyńcy w rozlicznych ludzkich tarapatach. Choć karty Złotej Legendy zapełniają postaci bohaterskich męczenników, niezłomnych dziewic i zadziwiających cudotwórców, znajdzie się pomiędzy nimi i miejsce dla rzezimieszków!
Łukasz Ciemiński
Pierwszym i to kanonizowanym przez samego Chrystusa jest Dobry Łotr Dyzma, którego historia stanowiła jasny dowód na to, że nie ma sytuacji bez wyjścia, a i wejście do Nieba jest możliwe dla skruszonych grzeszników.
Co zrobić jednak z tymi, którym daleko do obiegowego rozumienia świętości, a na ołtarze ludowej pobożności wynosi ich wiara ludu, który swoje wie? Okazuje się, że można ich czcić, a przejawy tego kultu wnikliwie obserwować i opisywać, by zobaczyć iloma barwami mieni się świat ludzkiej wyobraźni i duchowości!
„Anime dei Decollati” – święte bezgłowe dusze (jak chropowato, w odróżnieniu od włoskiej śpiewności nazwy, to brzmi) są czczone przez mieszkańców Sycylii, od Palermo, gdzie znajduje się centrum ich kultu, po samo Noto. To prawdziwi ludowi święci, których akt sprawy kanonizacyjnej próżno szukać w przepastnych archiwach Watykanu. Różni są jednak od dusz cierpiących „czyśćcowe upalenia”, których kult Kościół dopuszczał, zalecał i promował. Dźwięczy w ich kulcie etos naszego ludowego „świętego” – Janosika, który choć się dopuszczał bezprawia, przywracał jednak społeczną sprawiedliwość i porządek. Podobnie mieszkańcy Sycylii postrzegali owych rzezimieszków, których głowy spadły pod uderzeniem miecza państwowej jurysdykcji. Napięcie narastające pomiędzy sycylijskimi biedakami a rządem prowadziło do przekonania, że państwo jest li tylko systemem opresyjnym, w którym liczą się rządy możnych, a prości zmuszeni są dźwigać w pocie czoła koszty utrzymania wyższych sfer. Kult owych świętych bezgłowych dusz był w swej istocie anarchistyczny i opierał się na przekonaniu o boskiej sprawiedliwości, która sięga dalej i głębiej niż stanowione przez ludzi prawo. Ci, którzy ponieśli śmierć przez dekapitację, byli w oczach palermian i pozostałych Sycylijczyków niewinnymi ofiarami brutalnych rządów, którzy swoją męczeńską śmiercią zyskali możliwość intercesji przed boskim trybunałem.

„Anime dei Corpi Decollati”,
sycylijski obraz na szkle, 2. poł. XIX wieku
Źródło: Collezione Cardaci, Palermo
Kolebką kultu owych świętych rzezimieszków był otoczony zielenią kościół Maria Santissima del Carmelo ai Decollati, do którego przylegał niewielki cmentarz, na którym chowano w bezimiennym, masowym grobie przestępców. Ich głowy ku przestrodze prezentowano w przeszklonej piramidzie przy moście na rzece Oreto, od którego zyskał nazwę „delle Teste”. Początki tego zadziwiającego kultu sięgają XVIII wieku, kiedy na cmentarzu został pochowany niejaki Salvatore Rubino stracony 8 lipca 1799 roku za obrazę majestatu. Przez kolejne stulecie dołączają do niego następni, zwykle postrzegani jako niewinne ofiary państwowego terroru. Pielgrzymujący do ich grobu ludzie, poruszeni makabryczną wizją sterczących na moście głów, oddawali im społeczną sprawiedliwość – czcząc jako bohaterów i świętych ludowej pobożności. Opieką nad ciałami zgładzonych przestępców zajmowało się Bractwo Najświętszej Marii Panny Wszystkich Łask (Pośredniczki), które w skrócie zwano Bractwem Corpi Decollati. Głównym zadaniem członków kongregacji było zabranie zwłok z miejsca egzekucji i przeniesienie ich na miejsce wiecznego spoczynku. Na mocy ustaw rządowych, które zapobiec miały spontanicznemu kultowi ludowych bohaterów, ciała składano w bezimiennym grobie. Jedynym dokumentem było pokwitowanie odbioru zwłok – społecznie zbędnego balastu, który stał się dla ubogich medium pośredniczącym w kontakcie z Bogiem: nieautoryzowaną mocą kościelnego urzędu relikwią.
Najwięcej informacji o tym zjawiskowym kulcie znajdziemy u sycylijskiego badacza kultury tradycyjnej Giuseppego Pitrè, który w czwartym tomie swojego pomnikowego dzieła Usi e Costumi Credenze e Pregiudizi del Popolo Siciliano wydanego w 1899 roku, szukając genezy czci dla świętych rzezimieszków, w poetycki sposób zauważa: „Dusze tych ciał żyły pośród zbrodni i wśród rozlewu krwi – nie zapominają jednak o krwi, […] nie mając za życia litości dla bliźniego, nie szanując jego honoru i majątku, po śmierci osłaniają i bronią napadniętego biedaka, stają po stronie słabych. […] Nienawidzą zbrodni i jeśli nie zawsze karzą za nią tych, którzy ją popełniają, łagodzą jej skutki u tych, którzy są jej ofiarami”. Nie dziwi zatem, że: „mężczyźni i kobiety, młodzi i starzy, wszyscy składają ślub, odmawiają modlitwę lub czynią jakąś praktykę religijną dla tych ukrytych geniuszy dobra – gotowych pomóc każdemu, kto ich błaga o radę lub pomoc […]. Nie wiadomo dobrze, gdzie mieszkają te dusze; ale można je spotkać wszędzie – podróżują po świecie – zawsze gotowi pomóc swoim czcicielom. W miastach pojawiają się na ulicach; na wsi wybierają okolice rzek; na morzu przybywają wśród ryku sztormu, by pomagać żeglarzom”.
Wyrazem otrzymanych łask były zawieszone na ścianach kościoła tabliczki wotywne, na których w obrazowy sposób opowiedziano o dokonanych przez ludowych świętych cudach. Najbardziej spektakularna była opowieść o pewnym kupcu, który podróżując konno po górzystych terenach Sycylii, został napadnięty przez bandytów. Ze szczerą wiarą wezwał na pomoc „Anime dei Decollati”, które w oka mgnieniu przybyły pod postacią kościotrupów, bijąc na oślep kośćmi tych, którzy planowali zasadzić się na kupiecki majątek. Innym razem godziły zwaśnionych kochanków, wzmacniały prosperitę niewielkich sklepików, zapewniały wygraną na loterii i chroniły podróżnych, na których wozach wymalowane były przedstawienia świętych wątpliwej reputacji.
Jak każdy katolicki kult, tak i „Anime dei Decollati” posiadały własną ikonografię. Święci przedstawiani byli przez sycylijskich pincisanti zwykle w czyśćcowych płomieniach ze sztafażem, na którym widać gilotynę, szubienicę, jak i most „delle Teste” oraz kościół z przylegającym cmentarzem. Jak to zwykle bywa w ludowym malarstwie, w którym porządek ziemski i niebieski się nie mieszają – nad głowami dusz widnieje Madonna z Dzieciątkiem w otoczeniu świętego Jana Ewangelisty i Jana Chrzciciela, przed ołtarzem którego – pomni na charakter poniesionej śmierci – modlili się czciciele zdekapitowanych. Uznać można byłoby to przedstawienie za klasyczną formułę ukazywania dusz w czyśćcu cierpiących, gdyby nie ów makabryczny pejzaż, który definitywnie osadza kult we właściwym historycznym kontekście. Reprodukowane przedstawienie jest obrazem dewocyjnym sprzyjającym prywatnej pobożności. Czcić skazańców można było w domowym zaciszu, koniecznie zapalając dla nich białą świecę. Najskuteczniej jednak było udać się do krynicy łask, czyli na cmentarz, drogę obowiązkowo pokonując boso – bez ofiar i wyrzeczeń niemożliwym jest uzyskanie skutecznej pomocy.
Dniami szczególnie poświęconymi czci świętych opryszków były poniedziałki i piątki. W godzinach popołudniowych udawano się do kościoła, by tam odmówić swoistą koronkę ku ich czci, która opierała się na modlitwie różańcowej przeplatanej trzykrotnym odmówieniem „Requiem aeternam” i wezwaniami skierowanymi do adresatów modlitwy: „W czyśćcu przebywałeś, w raju czekałeś! Módl się do Ojca Przedwiecznego w moich potrzebach! Módlcie się do Pana, aby moi wrogowie okazali mi łaskę!”. Po modlitwie, czy to tej szeptanej w domu, czy w ich „sanktuarium”, przystępowano do nasłuchiwania ostatecznego werdyktu w przedstawionej sprawie, zwanego „echem dusz”. Dźwięki radosnej, miłosnej pieśni, gwizdka, gitary, piania koguta, szczekania psa, śmiechu dziecka czy przejeżdżającego powozu zapewniać miały wiernego o wysłuchaniu modlitwy. Kiedy jednak rozlegało się ryczenie osła, miauczenie kota, płacz dziecka czy słyszano wylewaną na bruk wodę – modlitwy okazywały się daremne. Czciciele jednak posiadali swoje sposoby na wyegzekwowanie spełnienia prośby, uciekając się do szantażu – grozili duszom ciał pozbawionych głowy, że zapomną o nich na wieki, że już nigdy nie przybędą z modlitwą do ich grobu. W jednym wypadku nie należało prosić rzezimieszków o pomoc – niewierna żona nie mogła modlić się za swojego kochanka. To groziło zemstą ze strony tych, dla których honor w pewnych sprawach jest kwestią bezdyskusyjną.
Całkowicie oddolny, w najgłębszym rozumieniu ludowy kult miał się świetnie jeszcze w latach 60. XX wieku, kiedy wydawano obrazki dewocyjne z wizerunkiem i modlitwą zapisaną w sicilianu, bo choć to bezgłowi święci, to jednak z mocnymi korzeniami, które zapuścili w wyobraźni i pobożności Sycylijczyków – con approvazione ecclesiastica!
Łukasz Ciemiński
Opracowanie i korekta na stronie internetowej: Weronika Wyrębek
W chrześcijańskim panteonie wielu jest świętych, którzy stracili głowę w przenośni – dla Królestwa Niebieskiego, ale i dosłownie, gdy kładli swe głowy pod topory i miecze za cenę ustrzeżonej wiary. Uświęcony tradycją kult świętego Jana Chrzciciela, Barbary czy Dionizego ma się dobrze w rozlicznych miejscach im poświęconych. Nikt tej kanonizowanej świętości nie kwestionuje, jawią się oni jako zwierciadła wiary i skuteczni przyczyńcy w rozlicznych ludzkich tarapatach. Choć karty Złotej Legendy zapełniają postaci bohaterskich męczenników, niezłomnych dziewic i zadziwiających cudotwórców, znajdzie się pomiędzy nimi i miejsce dla rzezimieszków!
fot. „Anime dei Corpi Decollati”, sycylijski obraz na szkle, 2. poł. XIX wieku. Źródło: Collezione Cardaci, Palermo