Trzydziestolecie Werchowyny

Aneta Mazurkiewicz i Ignacy Gajo w rozmowie z Wittem Wilczyńskim opowiedzieli o początkach Werchowyny, zauroczeniu muzyką łemkowską, o płytach zespołu oraz o trzydziestych urodzinach grupy. 

Witt Wilczyński: Jak powstał wasz zespół?  

Aneta Mazurkiewicz: Wszystko zaczęło się na koncercie Orkiestry św. Mikołaja w Warszawie, chyba w Remoncie. Pamiętam, że byłam na nim z koleżanką ze Studenckiego Koła Przewodników Beskidzkich Warszawa (SKPB), Justyną Straczuk. Zaczęłyśmy rozmawiać, było nam szkoda, że w Warszawie nie można sobie tak pośpiewać. Od słowa do słowa okazało się, że ona kogoś zna, ja kogoś znam, na kursie też są osoby, które lubią śpiew. Zaczęłyśmy się zmawiać: spotkajmy się, popytajmy, pozapraszajmy i zobaczymy, co z tego wyjdzie.  

Ignacy Gajo: Jeżeli dobrze pamiętam, jedną z osób, które zapytałaś, czy nie miałyby ochoty pośpiewać, byłem ja. To było 30 lat temu. Byłem zainteresowany, lubiłem muzykę. W SKPB śpiewało się piosenki łemkowskie na głosy. Były one bardziej atrakcyjne niż te turystyczne. 16 Trudno powiedzieć, z jakich powodów. Może dlatego, że śpiewaliśmy je w harmonii? A może dlatego, że, jak to wtedy mówiliśmy, były zawsze o tym samym, czyli o miłości.

A.M.: Chodziliśmy po terenach, z których te utwory wyrastały. Myślę, że to też nas urzekało. Pamiętam, że piosenki łemkowskie nie były dla mnie po prostu ładniejsze od turystycznych. Historia i kultura Łemków bardzo mnie poruszała, wzbudzała we mnie pewną nostalgię, w związku z tym – właśnie te utwory były dla mnie bardziej urokliwe.

I.G.: Aneta brała udział w kursie przewodników beskidzkich rok później niż ja. Rzeczywiście, obejmował on nie tylko technikę i metodykę prowadzenia ludzi po górach, ale też kwestie związane z tym regionem, czyli etnografię, wiedzę o zabytkach, kulturze materialnej i tak dalej. Kompozycje łemkowskie były znane w SKPB, zanim weszliśmy w to środowisko. Mają tam długą tradycję. 

Czerpaliście utwory bezpośrednio od Łemków czy z nagrań?

A.M.: Na początku uczyliśmy się od siebie, z kursu na kurs. Pierwszych piosenek nauczyłam się na kursie od innego kolegi z koła.

I.G.: To była tradycja ustnego przekazu. SKPB Warszawa zostało założone w roku 1976, zaraz po odwilży. Kiedy więc dołączyliśmy do klubu w latach 90., repertuar był gromadzony już przez kilkadziesiąt lat. Pamiętam kultowe opracowanie pt. Śpiewnik z kożuchem. Zostało ono wydane przez SKPB w Warszawie metodą powielaczową i z niego uczyliśmy się śpiewać. Za naszych czasów SKPB organizowało również wyjazdy opisowe, w trakcie których chodziliśmy po domach, pytaliśmy o kulturę materialną, o to, jak wyglądały wsie, jak żyło się przed Akcją „Wisła”. W 1990 i 1991 roku ja również brałem udział w tych badaniach terenowych. Żadne piosenki, które wtedy zebraliśmy, nie weszły do naszego repertuaru, więc jako Werchowyna bazowaliśmy na źródłach pisanych, ewentualnie mówionych czy śpiewanych raczej przy ogniskach.

A.M.: Pierwsze wykonywane przez nas piosenki łemkowskie należały do tych bardzo popularnych. 

Co było punktem zwrotnym w historii Werchowyny?

A.M.: Ważnym momentem było spotkanie miłośników muzyki z naszego koła w domu Ignaca.

I.G.: Tak, spotkanie to odbyło się przed wakacjami w 1991 roku. Po wakacjach dołączyła do nas kolejna grupa ludzi z kursu, którą Aneta zaprosiła w trakcie letniego obozu. Regularnie zaczęliśmy spotykać się dopiero jesienią. 

Skąd wzięła się nazwa waszego zespołu?  

I.G.: Nie musieliśmy nazywać naszej grupy aż do listopada 1991 roku. Wtedy nasz wspólny kolega – Robert Olszewski, prezes SKPB, osoba charyzmatyczna, która powodowała pewne sytuacje i wydarzenia – stwierdził, że musimy zaśpiewać na konferencji organizowanej przez Towarzystwo Karpackie, starszego brata SKPB Warszawa. Konferencja poświęcona była zagadnieniom krajoznawczym związanym z Beskidem Niskim, a odbyła się w Muzeum Archeologicznym w Warszawie w listopadzie czy na początku grudnia 1991 roku. Zawiązała się wtedy dyskusja, jak się nazwać i kto powinien wystąpić.  

A.M.: Wtedy było nas już całkiem sporo. Zacna grupa.  

I.G.: Około 20 osób. Robert powie dział, że jeśli do dnia, w którym będzie drukował plakaty wydarzenia, nie zdecydujemy, jak chcemy się nazywać, to on wpisze Werchowyna. I tak zostało. Dlaczego Werchowyna? To była jesień po obozie, na który pojechali wszyscy członkowie koła. Wyjazd ten miał epizod w Werchowynie. Wędrowaliśmy wtedy po całym paśmie Karpat Wschodnich, od Przełęczy Użockiej aż po Czarnohorę w Ukrainie.

Jaki instrument w zespole pojawił się jako pierwszy?

A.M.: Pierwszym instrumentem była gitara.  

I.G.: Pamiętam zdjęcie, chyba z Mikołajek Folkowych, na którym jestem ja i Michał Bajorek. Obaj gramy dość ekspresyjnie na gitarach akustycznych.  

A.M.: Była też drumla. Pamiętam, że na koncercie w muzeum ktoś na niej grał. Trzeba podkreślić, że na początku nie spotykaliśmy się po to, by założyć zespół. Chcieliśmy po prostu śpiewać. Staliśmy się zespołem, bo powstała idea: „Wystąpcie”. To wszystko było bardzo spontaniczne. Nie myśleliśmy o zespole, a więc i o instrumentach. Spotykaliśmy się, śpiewaliśmy, umieliśmy grać na gitarach, więc gitary szły w ruch.  

I.G.: Nawiązując do spontaniczności, można powiedzieć, że grupa była też bardzo demokratyczna. Nigdy nie mieliśmy lidera. Nie było osoby, która miałaby taki autorytet, że narzucałaby nam repertuar i sposób jego wykonywania.  

A.M.: Myślę, że dzięki temu przetrwaliśmy tyle lat. Właśnie dzięki temu, że lider był…

I.G.: Zbiorowy.

A.M.: Istotnym momentem było pojawienie się Tadeusza Konadora. Na początku byliśmy bandą ludzi, którzy chcą śpiewać. Nagle jedna z koleżanek, Ewa, powiedziała, że ma wujka, który muzyką zajmuje się profesjonalnie i ma słabość do muzyki folkowej. I.G.: Tak poznaliśmy Tadeusza, a Tadeusz poznał nas. To było wiosną 1992 roku, kilka miesięcy po pierwszym koncercie. Byliśmy wtedy świadomi naszej nie kompetencji, więc zatrudniliśmy profesjonalistę. Trzeba przyznać, że włożył w to bardzo dużo serca, czasu i wysiłku. Jesteśmy mu za to ogromnie wdzięczni. Niektóre z jego pomysłów budziły jednak opór, ponieważ przyszedł do nas ze świata estrady. Jest chodzącą legendą, uczył wiele polskich gwiazd. Przynosił nawyki, które do nas kompletnie nie pasowały. Chcieliśmy być naturalni na scenie, nie mieliśmy tak wielkich ambicji, nie chcieliśmy być gwiazdami. Pragnęliśmy śpiewać dla przyjemności, a koncertować od czasu do czasu, jak będzie okazja. Tadeusz przyniósł ze sobą podejście, które na początku było nam obce: „Jak to nie koncertować? Trzeba koncertować. Koncert jest celem, który mobilizuje, pozwala trzymać zespół razem”. Pierwszym celem, który z nim osiągnęliśmy, był występ Werchowyny w maju 1992 roku. Po tym koncercie wzięliśmy udział w pierwszych nagraniach. To był moment, w którym zespół rozwijał się instrumentalnie.

Jakie ludowe instrumenty wykorzystywaliście w dotychczasowej twórczości?

A.M.: Skrzypce…

I.G.: Akordeon. W miarę wcześnie pojawił się też bęben.

A.M.: Wykonany specjalnie dla nas.  

I.G.: Tamburyn

A.M.: Marek Kornicki grał na mandolinie.  

I.G.: Mandoliny bardzo się nam spodobały…  

A.M.: Ale pierwsza była drumla. 

Nastał moment, w którym instrumenty zamilkły.  

I.G.: To był stopniowy proces. 

A.M.: Ludzie dołączali do zespołu, przynosili instrumenty i różne umiejętności. Nadszedł jednak moment, w którym członkowie zaczęli z zespołu odchodzić. Zakładając Werchowynę, wszyscy byliśmy bardzo młodzi. Czas mijał, a my zakładaliśmy rodziny, angażowaliśmy się w pracę zawodową. Werchowyna zawsze była wyłącznie naszą pasją. Różne osoby miały inne możliwości uczęszczania na próby. Trzeba było wygospodarować energię i czas na rzecz zespołu. Na początku byliśmy ludźmi bez rodzin i wyjazdy na koncerty były fantastyczne, jednoczyły nas, scalały i dostarczały rozrywki. Powodowały, że byliśmy jak rodzina. Z czasem wykrzesanie tyle czasu na zespół stało się problematyczne, członkowie zaczęli robić przerwy i wycofywać się. Zaczęły pojawiać się różne pomysły odnośnie do tego, co chcemy wykonywać i jak chcemy to robić. Kilka rzeczy wpłynęło na to, że instrumenty przestały grać. 

I.G.: Myślę, że istniał jeszcze jeden powód, przez który instrumentaliści od chodzili z zespołu. Żeby grać koncerty, trzeba mieć pewien poziom. Kiedy ma się pewien poziom, to chce się więcej. Werchowyna nigdy nie była zespołem profesjonalnym w tym sensie, że nie była dla nikogo z nas źródłem utrzymania. Instrumentaliści, którzy chcieli żyć z grania, nie mieli dla nas czasu.

Jak wpłynęło to na wasz repertuar? 

A.M.: Pieśni wielogłosowe mieliśmy w repertuarze dość wcześnie. Próby i występy zaczęły odbywać się na Politechnice Warszawskiej, ponieważ nasze poprzednie miejsce prób stało się dla nas niedostępne. Weszliśmy na aulę i okazało się, że cudownie się tam śpiewa.  

I.G.: Idea śpiewania na auli zbiegła się z tym, że zaczęliśmy śpiewać więcej pieśni głosowych a capella. Na samym początku pieśni głosowych było niedużo, a śpiewanie na politechnice piosenek łemkowskich, które są dość rytmiczne, z przyczyn technicznych się nie udało. Pieśni z Polesia, które zaczęliśmy wykonywać po kilku latach, stały się kolejną fascynacją całego zespołu. Akustyka auli świetnie do nich pasowała. W 1994 roku odbył się tam pierwszy koncert, okazało się, że jest to coś niesamowitego i magicznego.

Z czasem ukazała się też płyta live.

I.G.: To płyta w środowisku zdecydowanie kultowa. Kolekcjonerska perełka. Została wydana w niewielkim nakładzie, a każdy chciał ją mieć. To kawał historii naszego folku.

Pierwsze wasze nagrania ukazały się na kasetach.

I.G.: Debiutancka była kaseta z 1993 roku wydana po koncercie w Bartnem, który również był dla nas ważnym wydarzeniem. Zagraliśmy wtedy we wsi łemkowskiej.

A.M.: To było bardzo poruszające doświadczenie. Najpierw koncert, później zabawa.

I.G.: Na zabawie graliśmy i my, i ludzie z Bartnego.

A.M.: Zostaliśmy przez nich przyjęci bardzo serdecznie.  

I.G.: Nie byliśmy im obcy. SKPB Warszawa wynajęło chyżę łemkowską od jednego z tamtejszych gospodarzy i miało tam swoją chatkę. Chatka bez światła, bez bieżącej wody, położona na niewielkim pagórku. Magiczne miejsce integracji ludzi z miasta z lokalną społecznością, coś pięknego. Nie byliśmy traktowani jako obcy, którzy przychodzą i nie wiadomo, z jakiego powodu śpiewają ich pieśni. Myślę, że w połowie byliśmy akceptowani jako swoi. Tadeusz był spiritus movens. Bez niego nie byłoby kasety i nagrań, kolejne wielkie podziękowania dla Tadeusza. Pierwsze kasety giną w mroku nie pamięci…  

A.M.: Na szczęście szykujemy niespodziankę na koncert trzydziestolecia. Po raz pierwszy będzie w sprzedaży płyta CD z reedycją dwóch naszych kaset. To będzie prezent dla nas i mam nadzieję, dla naszych słuchaczy.  

Czy skład Werchowyny jest już stabilny?  

A.M.: Trzon zespołu jest stabilny, tworzy go kilka osób. Ja sama śpiewam nieprzerwanie od czasu przystąpienia do SKPB. Tadzio, od kiedy do nas dołączył, jest w zespole do dziś. Nie możemy nie wspomnieć o naszej koleżance Ewie Wróbel, która na początku prowadziła warsztaty śpiewu, ale tak jej się spodobało, że została z nami na stałe. Jako zespół bardzo dużo jej zawdzięczamy.

I.G.: Ewa ma bardzo charakterystyczny głos. Dołączyła do nas też Ania Mania.

A.M.: Tak! Jest naszą gwiazdą. Mamy też najmłodszego członka, Romana, który wniósł wiele życia do naszej grupy.

Czy pamiętacie swój najbardziej egzotyczny, nietypowy koncert?  

A.M.: Było kilka bardzo ciekawych koncertów. Jako wyjątkową wspominam całą naszą trasę koncertową po Ukrainie. Byliśmy wtedy gośćmi zespołu Werchowyna z Werchowyny, grupy pokroju naszego Mazowsza. To było niesamowite. Zabrali nas ze sobą w tygodniową trasę koncertową, gdzie byliśmy ich supportem. Witano nas serdecznie jako przyjaciół z Polski wykonujących ukraińskie utwory. Mocno integrowaliśmy się z Werchowyną. Niesamowita rzecz. 

I.G.: Dwie różne Werchowyny w jednym miejscu.

A.M.: Rewelacyjna przygoda.  

I.G.: Zagraliśmy przynajmniej siedem koncertów.  

A.M.: Nadzwyczajne przeżycie. Wspaniałymi koncertami były również te, które graliśmy na Kermeszu. Starsze kobiety płakały ze wzruszenia, kiedy Kuba w Bartnem śpiewał pieśń weselną. Była to pieśń ich dzieciństwa. Śpiewanie dla ludzi, dla których te utwory są życiem, przeszłością – to wspaniałe doświadczenie. By urozmaicić tę wypowiedź, przytoczę historię o koncercie, na którym koledzy śpiewali dla wielkiej firmy podzielonej na dywizje z różnych miast. Kolega zapowiedział: „Teraz za gramy walczyka »Powedu konyka«. Można tańczyć”. Rozejrzał się, a na sali siedziało pięciuset mężczyzn. Dopowiedział więc: „To nie wstyd zatańczyć z kolegą z dywizji”. Nie wiem, czy za tańczyli, ale historia krąży w zespole do dziś.

Koncert 13 maja w Progresji również jest koncertem nietypowym. Skąd pomysł na występ akurat w tym miejscu?

A.M.: Po doświadczeniach z po przedniego koncertu jubileuszowego wiedzieliśmy, że będziemy potrzebować większej przestrzeni. Wyposzczeni przez pandemię stwierdziliśmy, że nie możemy zorganizować koncertu z okazji trzydziestolecia istnienia zespołu, na który nie mogliby dostać się wszyscy chętni słuchacze. Chcieliśmy zrobić to z wielkim hukiem. To nie był zwykły koncert. Śpiewamy dla naszych słuchaczy, ale w dużej mierze też dla własnej przyjemności – robimy sobie urodziny. Przygotowując się do koncertu, wybieramy repertuar i nikt nie myśli o tym, ile koncert będzie trwał: „Chcę zaśpiewać to! Musi być jeszcze to!”. Jesteśmy spragnieni występów. W dużej mierze sprawiliśmy przyjemność samym sobie, realizując to wydarzenie, zapraszając znajomych – wszystkich, którzy chcieli wziąć w nim udział. Wszystkich z trzydziestu lat. To była też ostatnia szansa, by zobaczyć z nami Ignaca.  

I.G.: Aneta poprosiła mnie, bym dołączył do tego koncertu. Tadeusz Konador też zagrał. Przez Werchowynę przewinęło się tyle ludzi w ciągu tych lat, że nie byliśmy w stanie nawet ich poinformować, iż są mile widziani na koncercie.

A.M.: Zwykle na scenę zapraszamy też werchowyńskie dzieci i wnuki Tadeusza. Na koniec zaśpiewaliśmy „Lisom, lisom” – największy szlagier łemkowski wszechczasów. Zaprosiliśmy wszystkich naszych kolegów z zespołu. Pojawiły się też utwory instrumentalne. Zrobiliśmy prawdziwy przegląd z trzydziestu lat. W tym momencie warto podziękować Tadeuszowi. Powiedział: „Werchowynę będę uczył, dopóki będę żył. Werchowynę, jej dzieci i wnuki”. I tak się dzieje.  

Bardzo dziękuję wam za rozmowę. 

Opracowanie: Jagoda Jaremek

Redakcja na stronie Żaneta Piotrowska, studentka filologii polskiej.

 

 

Skrót artykułu: 

Aneta Mazurkiewicz i Ignacy Gajo w rozmowie z Wittem Wilczyńskim opowiedzieli o początkach Werchowyny, zauroczeniu muzyką łemkowską, o płytach zespołu oraz o trzydziestych urodzinach grupy.

fot. z arch. prywatnego Witta Wilczyńskiego: Koncert Werchowyny w Studiu im. A. Osieckiej w Warszawie

Dział: 

Dodaj komentarz!