
Królujące na przedmieściach andrusy chętnie nabijały w butelkę różnych panów z miasta, a nierzadko i pretensjonalne panie. Określenie ich jednak jako zwykłych chuliganów byłoby krzywdzące, bo charakteryzowało ich przede wszystkim poczucie honoru, odpowiedzialności za swoją okolicę i świadoma do niej przynależność. Istotne jest, że ich wybryki to nie wandalizm czy rabunek, ale honor i humor.

Zespół Sentymentalny
fot. M. Wielgosz
Małgorzata Wielgosz
Andrusy byli to temperamentni młodzieńcy, honorowi i lojalni wobec ludzi z własnej dzielnicy. W dobrym tonie dla nich było zadzieranie z policją. Sami niejako stanowili porządek. Andrusy, agary, kindry, chachary, łaziory – to tylko niektóre z typów z przedmieść, wśród których człowiek z zewnątrz mógł się czuć obco. Dzięki nim kwitł miejski folklor, na który składały się kluby piłkarskie, kapele podwórkowe, poeci, malarze, co doskonale ilustrowała wystawa „Andrusy, kindry, agary… Z przedmieść Krakowa” w Domu Zwierzynieckim, jednym z oddziałów Muzeum Historycznego Miasta Krakowa. Okres, do którego odnosiła się tematyka wystawy, to przede wszystkim pierwsze dziesięciolecia XX wieku.
Folklor miejski
Folklor miejski przez pokolenia kształtował się w poszczególnych dzielnicach. Na przedmieściach wyróżniały się wspomniane andrusy – typy zadziorne, honorowe, ale nigdy chamskie. Można ich było poznać po ubiorze – na swój sposób eleganckim – marynarce, spodniach w kant lub kratę, mokasynach i nieodzownym kaszkiecie na głowie. Zwłaszcza był galant (elegancki), gdy wskoczył w nowy gang, czyli ubrał się w nowy garnitur. Miejska gwara i piosenki, kodeks honorowy krakowskich andrusów, a także spędzanie wolnego czasu na podwórku, ulicy i w barze tworzyły charakter przedmieść i stały się inspiracją dla bogatej twórczości artystycznej. Warto było zobaczyć na wspomnianej krakowskiej wystawie gołębiarza, agara, andrusa, kapelę podwórkową, piłkarzy, dorożkarzy (jednego z nich nawet opisanego w wierszu Zaczarowana dorożka Konstantego Ildefonsa Gałczyńskiego). Było również coś do posłuchania, a mianowicie unikatowe nagrania miejskich piosenek, które ostatnio mieliśmy możliwość usłyszeć na potańcówce w Lublinie w Pracowniach Miniatura Domu Kultury 3D – trzy przestrzenie kultury SM Czechów w wykonaniu Zespołu Sentymentalnego pod kierunkiem Piotra Rządkowskiego.
Andrusy w sztuce
Mimo że w XXI wieku Kraków stał się dużą aglomeracją, to nadal w świadomości jego mieszkańców tkwi charakterystyczne określenie idę do miasta, podobnie jak w Lublinie. Owym miastem w Lublinie nazywane jest Centrum, a w Krakowie – Rynek Główny ze zbiegającymi się w nim ulicami, niegdyś okalanymi przez mury obronne. Później naturalną granicę z przedmiejskimi terenami stanowiły Planty. Znamienne, że na początku XXI wieku niektóre dzielnice nadal określane są tak, jak to było przed stu laty – jako przedmieścia. Lokalne poczucie tożsamości mieszkańców oparte było na określonych wyznacznikach kulturowych: ubiorze, miejskiej gwarze, śpiewanych piosenkach, niepisanym kodeksie postępowania, a także sposobach spędzania wolnego czasu poza rodzinnym domem: na ulicy, podwórku lub w barach, w których do mocnych trunków serwowano najczęściej gołąbki z kaszą. Swoisty folklor miejski przedmieść stał się tematem wielu piosenek, poezji, anegdot, teatralnych scenariuszy, wodewili i kupletów, które na deskach teatrów krakowskich cieszyły się dużą popularnością. Bohaterkami wodewili były „królowe przedmieścia” adorowane przez niejednego andrusa. Na swój sposób szarmancki był bowiem ich stosunek do kobiet – nigdy nie używali w ich towarzystwie wulgarnych wyrażeń. Andrusy funkcjonują w literaturze jako postać antka, obecna również w jasełkach i szopce krakowskiej. W przedstawieniach bożonarodzeniowych rodziny Malików ze Zwierzyńca został on przedstawiony tymi słowami:
Jestem antek ze Zwierzyńca,
Każdy mnie tu dobrze zna,
Kto zaczyna, ma wnet sińca
Lub oko podbite ma1.
Przedmiejska codzienność Krakowa
Andrusy miały swój kodeks honorowy, obowiązywała w ich społeczności struktura i hierarchia. Andrus to słowo pochlebne, oznacza człowieka młodego, dowcipnego, zadzierzystego, żwawego, szybko się orientującego. Ander miał nieco pejoratywny odcień, kinder znacznie gorszy, a już całkiem zły był agar, bowiem to taki, który niekiedy łamał andrusowskie kodeksy postępowania. Określenia andry i andrusy znaczą właściwie to samo, co agary, więc chłopaki z przedmieść, chociaż andry wydają się bliżsi paryskim gawroszom, agary – rosyjskim chuliganom. Istniał wśród nich ład, hierarchia i swoiście rozumiana moralność. Postępowali bowiem według niepisanego kodeksu. Za obrazę należało honorowo zadośćuczynić. To główna zasada, którą kierowały się krakowskie andrusy. Pretekstem do zabawy lub spotkania była po prostu chęć pobycia w grupie znajomych z dzielnicy. Bary i knajpy spełniały istotną funkcję jako miejsca spotkań, w których następowała integracja lokalnych chłopaków. To tutaj przy dźwiękach harmonii lub gitary grano w karty i kibicowano wybranemu klubowi sportowemu.
Słownictwo randkowe
Ciekawe jest słownictwo z przedmieść Krakowa. Andrusy to nastolatki z przedmieścia, którzy są dowcipni, zadzierzyści, żwawi, szybko orientujący się, z kolei ich brzany to tzw. fajne dziewczyny z przedmieść. Źle było widziane spotykanie się z dziewczyną spoza dzielnicy. Antek spod Boga Ojca to chłopak umawiający się z dziewczyną przy figurze Boga Ojca w Podgórzu. Bestyje to chłopaki. Chętnie wdziewali burdelówy, czyli kaszkiet noszony na bakier. Chlasnąć się znaczyło ożenić się. Do tego były potrzebne chopy, czyli pieniądze zwłaszcza dla cizi spod Adasia – dziewczyny spotykającej się z amantami obok pomnika Adama Mickiewicza. Cwancyngier z dziurką oznaczał rzecz niespotykaną. Cwaniaki ze szmelcpaki to muzycy kiepskiego zespołu muzycznego. Flama to dziewczyna, z którą się chodzi. Przy dziewczynach nie jechano z koksem, czyli nie przeklinano. A gdy już młodzi się chlasnęli (pobrali), mówiono lampart na męża niedającego się podporządkować żonie, spędzającego czas często poza domem (np. w knajpie, grając w karty), opowiadając wice (dowcipy). Kobiety zaś lubiły obszczekiwać, czyli oplotkowywać kogoś. Miał szczęście, kto dorwał lufę, czyli piękną dziewczynę, lub magnifikę, czyli urodziwą pannę, która też ładnie wyglądała z pysiem niemalowanym (twarzą bez makijażu). Mniej szczęścia mieli ci, co dostali strugalicę, czyli złośliwą kobietę, plotkarkę, i mieli ochotę sprawić jej pucowanie, dać łomot (zbić), walić w klarnet (bić w twarz). A jeszcze gorzej, gdy trzymała w saku, czyli pod pantoflem, bo nie podobało jej się, gdy mąż wracał uprany (pijany) i wyglądał jak środa na piątek (wyglądał bardzo marnie), bo niekoniecznie kończyło się na krachli (czyli butelce z oranżadą). Słowo, a już dmucha, czyli słowo, a już gniewa się, ale póki co chętnie chodzili na randy, rendez-vous, czyli randki, np. pod pomnik Mickiewicza. Mówiło się: targaj pod Adasia (idź na spotkanie przy pomniku Adama Mickiewicza) trzymając pod grabę, czyli pod rękę, i patrząc sobie w mazok (gębę). Często udawali się na obarzanki wieczorowe, czyli przecenione obwarzanki sprzedawane późnym popołudniem lub wieczorem. Następnym etapem był mikrus, czyli dziecko. Myślicie, że nie da sobie rady? Skieł to silny chłopak rządzący na przedmieściu, a jak jeszcze był przy tym szpicfinder, czyli spryciarz, to ho, ho. Jest to zatem ciekawa, zhierarchizowana grupa społeczna o niepisanym kodeksie postępowania i oryginalnej kulturze osobistej oraz artystycznej, która zostawiła po sobie spuściznę w postaci charakterystycznego miejskiego folkloru funkcjonującego w obyczajowości niektórych mieszkańców po dziś dzień.
Małgorzata Wielgosz
Literatura
M. Kwiecińska, Andrusy, kindry, agary… Z przedmieść Krakowa, Kraków 2013.
1 Na podstawie maszynopisu „Szopka krakowska” w rodzinnym archiwum Malików, M. Kwiecińska, Andrusy, kindry, agary… Z przedmieść Krakowa, Kraków 2013, s. 17.
Opracowanie i korekta na stronie internetowej: Weronika Wyrębek
Królujące na przedmieściach andrusy chętnie nabijały w butelkę różnych panów z miasta, a nierzadko i pretensjonalne panie. Określenie ich jednak jako zwykłych chuliganów byłoby krzywdzące, bo charakteryzowało ich przede wszystkim poczucie honoru, odpowiedzialności za swoją okolicę i świadoma do niej przynależność. Istotne jest, że ich wybryki to nie wandalizm czy rabunek, ale honor i humor.
fot. M. Wielgosz: Zespół Sentymentalny