Zwyczaje wielkanocne Łemków z okolic Uścia Gorlickiego

Fot. ze zbiorów Melanii Sokół: Hańczowa, święcenie pokarmów

„[…] święcenie produktów odbywało się na placu obok cerkwi. Była to bardzo uroczysta chwila przy świetle świec – w każdym koszyku paliła się jedna – przy śpiewie pięknych pieśni wielkanocnych i dźwięku kilku dzwonów” – tak wspomina te chwile Adam Barna w książce Z pamiętnika wysiedleńca.

O zwyczajach wielkanocnych nie powinno opowiadać się w oderwaniu od pory roku, w jakiej są obchodzone te święta. Pozwalam sobie zatem zacząć od przytoczenia opisu widoków, jakie dane jest mi oglądać co roku: ciepłych promieni słońca wychylającego się zza wzgórza, zapachu ziemi i szczebiotu ptaków. Góry pokryte są jasną i ciemną zielenią drzew, która gdzieniegdzie poprzetykana jest bielą kwitnących czereśni. Beskid Niski od zawsze najpiękniejszy był – i jest – właśnie wczesną wiosną.

Prace w ogrodzie i na polu rozpoczyna się, kiedy tylko śnieg stopnieje i ziemia przestanie być grząska. Im szybciej, tym lepiej, bo górskie gleby są mało urodzajne, okres wegetacyjny zaś krótki; kto się nie pospieszy, może nie doczekać się plonów. Dawniej miało to wielkie znaczenie – w końcu całą zimę trzeba było przetrwać na zapasach poczynionych latem i jesienią. Bardzo wielu ludzi wspominało, że pierwszy raz w pole wychodzono dopiero po święcie Błahowiszczynia (Zwiastowania, obchodzone 7 kwietnia według kalendarza juliańskiego). Jedna osoba mówiła, że u jej ojca, rodem ze Stawiszy, w pole i do ogródków wychodzono aż po Wielkanocy. Istnieje nawet związane z tym przysłowie, przytoczone w czasopiśmie Towarzystwa Muzealnego w Zyndranowej: Na Błahowiszczynia ne ma zyma pomiszczynia (Na Zwiastowanie nie ma zima pomieszczenia). W sam dzień Zwiastowania nie wolno było nawet dotknąć zbóż i warzyw przygotowanych do wysiewu/sadzenia, bo inaczej mogły nie wzejść[i].

Pierwsze wyjście w pole było uroczyste. Rozmawiałam na ten temat z osobami z kilku miejscowości i słyszałam podobne słowa. Gospodarz siadał na wóz, a gospodyni kropiła wodą jordańską (święconą 19 stycznia na święto Chrztu Pańskiego, według kalendarza juliańskiego) gospodarza, wóz, konia i plony. Czasami, jak mi opowiedziano w Gładyszowie, jako kropidła używano ziela święconego na święto Zaśnięcia (Uspenie Bohorodycy, 28 sierpnia według kalendarza juliańskiego). Pani rodem z Piorunki twierdziła, że gospodarz sam kropił wszystko i siebie. We wspomnieniach Adama Barny pojawia się informacja, że do rączki koszyka ze zbożem przywiązywano kawałek chleba lub prosforę[ii]. W Gładyszowie opowiedziano mi, że do sianego zboża dosypywano ziarna ze szklanki, w której stała świeczka na wigilijnym stole. Natomiast w Hańczowej – i chyba tylko tam – był zwyczaj zamawiania liturgii hromadzkoj (zbiorowej). Przed pierwszym wyjściem w pole proszono księdza (łem. Jehomość) o poświęcenie wozów, koni i płodów rolnych – zboża, ziemniaków, warzyw. Dodawano je do worków i zasiewano lub sadzono. Zwyczajem było także kropienie święconą wodą zwierząt przed pierwszym wyjściem na pastwiska. Pierwszy raz wyganiano bydło w niedzielę po południu, na kilka godzin. Nikt nie był mi w stanie powiedzieć, czy stał za tym jakiś przesąd, ale z pewnością miał na to wpływ dosyć prozaiczny czynnik. Po całej zimie w oborach bydło przy pierwszym wyjściu jest niespokojne i trzeba go pilnować. Niedziela jest tym luźniejszym dniem, gdy nie ma się innych obowiązków i można zaangażować więcej osób do pasienia. Moja mama widzi w tym bardzo wiele sensu i nawet dziś twierdzi, że najlepszym dniem na rozpoczynanie większych prac jest sobota, ale nigdy poniedziałek. Bardzo mgliste wspomnienia dotyczą pierwszej orki – czasami w pierwszej skibie zaorywano kromkę chleba, pojawia się też informacja o jajku i skorupkach jajek z koszyka wielkanocnego. Jan Madziak pisał, że pod próg kładziono żelazny pręt i przeprowadzano nad nim konia, aby miał w polu stalowe nogi, że zapalano świecę gromniczną podczas czerpania zboża, aby nie było pustych ziarenek, oraz że do koszyka z ziarnem wkładano trzy (z czterech) kawałki odkrojone z wielkanocnego chleba[iii]

Nawet dziś ludzie mówią, że religia prawosławna jest tak dobrze skonstruowana, iż pomaga wiernym w każdym aspekcie życia. Na okres przednówku, kiedy dawniej już niektórym mogło zaczynać brakować zapasów, przypada czterdziestodniowy Wielki Post, którego bardzo ściśle przestrzegano: nie jedzono mięsa, w środy i piątki odstawiano dodatkowo nabiał; niektórzy rezygnowali całkowicie także z nabiału, pozwalając tylko dzieciom na picie mleka i jedzenie sera. W Bartnem opowiadano mi, że przed rozpoczęciem Postu brało się nad rzekę wszystkie garnki i naczynia i szorowało je popiołem tak, żeby nie został na nich ani jeden ślad tłuszczu. W czasie Postu, wzorem spotkań weczyrkowych (w okresie adwentu, kiedy przędziono), spotykano się na darciu pierza – chodzono po domach i pomagano sobie po kolei. Nie traktowano tego jednak towarzysko jak weczyrky – ani powaga zbliżającego się święta nie pozwalała, ani czas: należało wszystkie prace skończyć przed świętami. Od mamy i cioci usłyszałam, że w Wielkim Poście nie wolno było ubierać się na jasno i czerwono; jako przykład podano mi, że „nawet ksiądz odprawia mszę w fioletowych, ciemnych szatach”. Dopiero w Niedzielę Palmową młode dziewczęta mogły założyć coś jaśniejszego. Natomiast od Wielkanocy zakazane było ubieranie się na ciemno. W Wielki Piątek starano się raczej nie wykonywać żadnych robót, wszak to dzień śmierci Chrystusa. Do prac powracano w Wielką Sobotę i wtedy niektórzy chodzili siać zboże. W Gładyszowie usłyszałam, że artos, który święcono na Wielkanoc i rozdawano wiernym w następną niedzielę jak prosforę, musiał być upieczony przed założeniem grobu, bo inaczej by się nie udał; przekonanie to jest silne do dziś. Zaś moja ciocia mówi, że jej mama piekła zawsze artos w Wielką Sobotę.

Kobiety – gospodyni z córkami – przygotowywały koszyk do święcenia. Znajdowały się w nim przede wszystkim malowane jajka, kiełbasa, słonina, boczek, starty chrzan, sól, masło, biały ser. Dawniej koszyk musiał być wielki, gdyż pierwszego dnia świąt jedzono tylko to, co było poświęcone. Na maśle robiono znak krzyża (w Gładyszowie dodatkowo kładziono na nie czterolistny barwinek). Później czubek masła ze znakiem krzyżyka odcinano i różnie się z nim obchodzono: w Gładyszowie usłyszałam, że zostawiano jako maść na stłuczenia, w Hańczowej – że używano tego jako maści na zapalenie wymion u krów, od pani z Piorunki – że zakopywano go razem ze skorupkami jajek. Tych przygotowywano mnóstwo, gdyż nonaszky (matki chrzestne) miały obowiązek podarować po jednym swoim chrześniakom – a wiadomo było, że im ktoś był bardziej poważany (lub bogatszy), tym częściej go proszono w kumy. Do dziś istnieje także zwyczaj, zgodnie z którym podarowuje się jajka księdzu. Malowano je przede wszystkim woskiem, stawiając kropki i kreski (proste i lekko zawinięte). Aby nadać im koloru, gotowało się je w cebuli (wychodzą pomarańczowe, lekko brązowawe), w burakach (czerwone), w korze dębu (brązowe), oziminie (zielone) lub korze łoziny (żółte). Pewna pani mówi, że do dziś jajka traktuje tylko cebulą i burakami, nie lubi kupowanych farbek. Jednak dzięki sztucznym barwnikom możliwe jest tworzenie wielokolorowych wzorów. Po nałożeniu wosku na jasne, ugotowane jajko trzeba zanurzyć je w najjaśniejszej farbce, później nałożyć wosk na zafarbowany kolor i włożyć do kolejnej farby, ciemniejszej – i tak dalej. Na końcu trzeba delikatnie zeskrobać wosk. Któregoś razu z siostrą udało nam się zrobić pięciokolorowy wzór! Poza tym używa się także wosku czarnego i kolorowych.

Najważniejszym wypiekiem tego święta była paska i nie należy jej mylić z podlaską paschą. Paska to, jak mówili mi ludzie, „po prostu chleb, tylko że duży”. Zależnie od miejscowości wypiekano go z mąki pszennej pytlowanej, specjalnie na tę okazję kupowanej, lub z mąki żytniej, razowej, dzięki czemu niczym nie różnił się od chleba pieczonego na co dzień. Paska musiała jednak być wielka – pani z Piorunki mówiła, że posiadali formę na pięciokilogramowy bochen, którą pożyczali innym mieszkańcom wioski. Do dziś krąży historia o tym, jak ktoś musiał rozbijać ścianki pieca chlebowego, żeby móc w ogóle wyciągnąć paskę – tak urosła. Mówiono, że im większą paskę się upiekło, tym lepsza była gaździna. Ciocia z Hańczowej wspomniała, że kobiety przychodziły pomagać sobie z włożeniem bochna do pieca i przy tej czynności podskakiwały – żeby ładnie wyrosło. W Piorunce i Bartnem pieczono jedną paskę, jednak większość rozmówców mówiła o kilku; w Hańczowej nawet był obowiązek niesienia trzech – dwóch żytnich i jednej pszennej, mniejszej, nazywanej babą. W innych miejscowościach wspominano mi o mniejszych naczynkach – pieczonych już z dodatkiem masła i jajek – i przyrównywano je do chałki. Pani rodem z Koniecznej, która wspominała, że ubogo było we wsi, twierdziła, iż paska musiała być pszenna, a dzieciom z czasem zaczęto piec mniejsze, słodkawe bułki. Moja ciocia z Hańczowej przypomina sobie wielkie korytko (wahan), drewniane, z okrągłym dnem i uszami po bokach, w którym formowano paskę poprzez kręcenie i podrzucanie; później bochen ten na łopacie wkładano do pieca. Babę pieczono w okrągłej, sporej formie z uszami, przypominającej dzisiejsze tortownice; dodawano do niej szafranu, aby była bardziej żółta. Na pasce robiono znak krzyża, tak jak na maśle. Paski niesione były przez gospodarzy, zawiązane w prześcieradło. Z czasów sprzed Akcji „Wisła” pochodzi anegdota: pewnemu gospodarzowi rozwiązało się prześcieradło, kiedy niósł na plecach paski i stoczyły się z górki; patrząc, jak turlają się w dół zbocza, powiedział do nich: „Tej małej to się nie dziwię, że tak ucieka, ale żebyś ty, stara dyrdulo, tak leciała?”. Historię tę usłyszałam od każdego rozmówcy, a ciocia Mela podpowiedziała mi, że może ona mieć rodowód z Hańczowej – podobno kiedyś jakiemuś „wielkiemu chłopu” poleciały z prześcieradła.

W większości parafii liturgie wielkanocne rozpoczynają się w nocy, z Wielkiej Soboty na niedzielę. Dawniej przestrzegano zakazu wnoszenia mięsa do cerkwi – koszyki zostawiano pod dzwonnicą; dziś w zaledwie kilku miejscowościach trzyma się tego zwyczaju. Msza trwa niekiedy do czterech godzin, a produkty święci się na sam koniec. Do koszyków przed poświęceniem wkłada się i zapala świeczki. Wracając z mszy, trzeba z poświęconym koszykiem trzykrotnie obejść dom, aby był chroniony. Później zazwyczaj kładzie się na chwilę drzemki lub od razu idzie do bydła – ono nie może czekać – i dopiero zasiada do świątecznego śniadania, kiedy słońce już wzejdzie. W Gładyszowie odkrawano cztery boki paski i przechowywano je niczym prosforę. Na samym początku śniadania dzieli się jajkiem, które od razu obrane wkładano do koszyka. Dawniej w pierwszy dzień świąt nigdzie się nie goszczono, odwiedzano się dopiero w Poniedziałek Wielkanocny. Istniał także zwyczaj oblewania dziewcząt wodą; mogły się one uchronić, obdarowując chłopaka malowanym jajkiem. Poświęcone skorupki i wszelkie resztki z koszyka (świeca, gałązki barwinka na ozdobę) traktuje się na dwa sposoby: albo pali w piecu i popiół rozrzuca na rzekę, albo zakopuje w takim miejscu, żeby nikt nie mógł po tym chodzić.

Dla tych, którzy wytrzymają do wielkanocnego śniadania bez drzemki, przyroda przygotowuje mały prezencik – sonce ihrajok: kiedy patrzy się na słońce, widać na nim obręcze, falujące radośnie. Zjawisko to jest obecne tylko nad ranem. Jak widać, nawet słońce raduje się ze Zmartwychwstania. Chrystos Woskres! Woistynnu Woskres!

Anna Dubec

absolwentka teorii muzyki oraz dyrygentury chóralnej w klasie prof. R. Zimaka, prywatnie – badacz muzyki i kultury Łemków.

 

Sugerowane cytowanie: A. Dubec, Zwyczaje wielkanocne Łemków z okolic Uścia Gorlickiego, "Pismo Folkowe" 2021, nr 152-153 (1-2), s. 14-15.

 


[i] „Zahoroda” 2003, nr 3 (39), s. 39.

[ii] A. Barna, Z pamiętnika wysiedleńca, Legnica 2004, s. 18.

[iii] „Zahoroda 2003, nr 3 (39), s. 39–40.

Skrót artykułu: 

„[…] święcenie produktów odbywało się na placu obok cerkwi. Była to bardzo uroczysta chwila przy świetle świec – w każdym koszyku paliła się jedna – przy śpiewie pięknych pieśni wielkanocnych i dźwięku kilku dzwonów” – tak wspomina te chwile Adam Barna w książce Z pamiętnika wysiedleńca.

Fot. ze zbiorów Melanii Sokół: Hańczowa, święcenie pokarmów

Autor: 
Dział: 

Dodaj komentarz!