VooVoo w Teatrze Małym

29 grudnia w warszawskim Teatrze Małym odbył się koncert VooVoo. Nie był to jednak zwykły koncert Wojciecha Waglewskiego i spółki, gdyż tym razem całość miała kształt muzyczno-teatralnego performance’u. W prawie całkowitych ciemnościach ekipa VooVoo szybciutko zajęła miejsca na scenie, a za nimi wpadli jak burza Maria i Jan Peszkowie. Rozpoczęli deklamowanie schizujących tekstów opartych na twórczości dzieciaków z porażeniem mózgowym, w tle leciał sympatyczny jazz... Maria Peszek popisywała się przy okazji swoistą ekwilibrystyką gimnastyczną. Całość spinała klamra słowna „Choć czasem jest źle, nie przerażaj się, niech nowy rok nas nie przeraża”. Po tym Peszkowie zniknęli ze sceny i gdy wydawało się, że VooVoo rozpocznie regularny, normalny koncert, śpiew rozpoczął nie Wagiel, a Jan Peszek, „Kobiety są jak kwiat paproci...” (bądźmy szczerzy: J.P. śpiewać nie umie), a zespół zapodawał coś pomiędzy jazzem a latino. Następnie Mateusz Pospieszalski odpalił bardzo folkowy flet, ruszył bas i tym razem wokalnie udzieliła się Peszkówna („Meggy, Milly...”), już lepiej, ale cały czas bardzo typowo, trochę „humbaczo”. Z czasem na scenie pozostało samo VooVoo i wtedy już grali gites.

Peszkowie dali krótkie dialogi w stylu zakopiańskiego Teatru Witkacego (choć nie tak dobrze jak oryginał) przemieszczając się ze sceny w kierunku wyjścia dla widowni i zniknęli. Do klawej, reggae’ującej dubowo z elementami bluesa i jazzu muzyczki znów nienajlepiej wokalnie dołączyła Maria Peszek i delikatnie rzecz biorąc popsuła wrażenie, na szczęście Mateusz Pospieszalski swoim płynącym saxem poprawił klimat. A Wagiel rozwinął utwór instrumentalny, zupełnie jak Cocteau Twins. Plumkanko rozwinęło się sympatycznie i... znowu wmieszała się we wszystko ta Maryśka! Reggae’owanie trwało czas jakiś, nagle ucichło i znów dialogi, dialogi, zupełnie chore dialogi... Tymczasem VooVoo pojechało apaszoovoo i Peszek sparodiował, w sumie dość udanie, piosenkę francuską, muzyka przeszła w brzmienia jazz-arabskie i gdy wydawało się, że wreszcie zaśpiewa Wagiel... Nic z tego. Peszek. I znów coś tam schizowego deklamował... A potem znów śpiewała Maria Peszek, coś o padającym śniegu i zasypującym wszystko, a motyw „I poszedłem spać” kończący ten kawałek rozwinął się w typowe dla VooVoo brzmienia i wreszcie mariaż Peszków i ekipy Wagiela zaczął mieć ręce i nogi, wreszcie zabrzmiało to jak „Łobi Jabi” za starych, dobrych czasów... Na bis, po „Myślę sobie, że ta zima kiedyś musi minąć...” zaśpiewane i wybiegane scenicznie przeszło w jeszcze raz zagrane „I poszedłem spać”. Koniec spektaklu.

VooVoo grało git, natomiast reszta była trochę nużąca. Gdyby na początku deklamowali Peszkowie, potem VooVoo grało klasycznie a potem jeszcze, dla kontrapunktu, znów deklamowaliby Peszkowie byłoby dobrze. A tak - momentami wiało nudą, mimo wspaniałej muzyki w podkładzie.

Skrót artykułu: 

29 grudnia w warszawskim Teatrze Małym odbył się koncert VooVoo. Nie był to jednak zwykły koncert Wojciecha Waglewskiego i spółki, gdyż tym razem całość miała kształt muzyczno-teatralnego performance’u. W prawie całkowitych ciemnościach ekipa VooVoo szybciutko zajęła miejsca na scenie, a za nimi wpadli jak burza Maria i Jan Peszkowie.

Autor: 
Dział: 

Dodaj komentarz!