Dni Wielkich Żaglowców

Relacja z Gdyni

Jak duchy tu przybyły, żagli pełen cały świat,

Owiane tajemnicą, skrzydła ich wypełnił wiatr.

Ten świeży wiatr poranny, co wilgocią smaga twarz,

Cudownie jest znów ujrzeć jak płyną, płyną w dal.

Dorota Potoręcka, Dzień Wielkich Żaglowców


Gdynię całkiem słusznie obwołano żeglarską stolicą Polski. Zlot żaglowców, między 19 a 22 lipca, związany z rozpoczęciem regat Cutty Sark Tall Ships’ Races stał się największym, jak dotąd, tego typu zlotem w kraju. Jeszcze nigdy nie było u nas imprezy, na którą przybyłoby tak wiele spośród największych żaglowców świata.

Cutty Sark zawitał do Polski po raz czwarty. Warto wspomnieć, że przygotowania do tego olbrzymiego wydarzenia zajęły organizatorom (Sail Training Association Poland) pięć lat. Zgodnie z tym, co można było przeczytać w folderze reklamowym, zlot żaglowców w Gdyni był największą imprezą na Wybrzeżu. Przypuszczam, że jest w tym sporo racji, bo będąc tam przez trzy dni miałem okazję zaobserwować kilkadziesiąt tysięcy ludzi odwiedzających statki, korzystających z wielu stoisk handlowych i gastronomicznych, no i oczywiście słuchających morskiej muzyki.

A morska muzyka pojawia się niemal wszędzie tam, gdzie docierają żeglarze. Popularnie mówi się o niej „szanty” i przyjęło się już, że polskim terminem „szanty” określa się wszystko, co z żeglowaniem ma coś wspólnego, choć przecież oryginalne anglosaskie „shanties” były przede wszystkim pieśniami pracy, wykonywanymi w większości a capella. Dziś scena szantowa w Polsce jest ewenementem na skalę światową – mamy sporo zespołów reprezentujących bardzo różne nurty i style w obrębie tego gatunku.

Bałtycki Festiwal Piosenki Morskiej odbywa się w Gdyni co roku, zwykle w czerwcu, lecz tym razem organizatorzy postanowili przesunąć go właśnie na czas zlotu żaglowców. Korzyść z tego taka, że zamiast dwóch mniejszych imprez otrzymaliśmy jedną, o rozmiarach naprawdę imponujących. Każdego roku na festiwal zapraszano czołówkę znanych wykonawców – w większości te same nazwiska. Tym razem jednak było inaczej – poza znanymi i popularnymi artystami można było posłuchać wielu zespołów „na dorobku”. To duży plus tegorocznej edycji. Miejmy nadzieję, że w przyszłości zostanie ta formuła zachowana.

Festiwal rozpoczął się 19 lipca, a więc w sobotę, i trwał do poniedziałku, kiedy to Gdynia pożegnała wielkie żeglowce. Miejscem, w którym ustawiono szantową scenę było Nabrzeże Prezydenta, tuż obok wielkich i wspaniałych statków cumujących wówczas w Gdyni. Sobotnie popołudnie wypełniły zespoły takie jak Atlantyda, Orkiestra Samanta, Segras, Yank Skippers, czy Mietek Folk. Pokazały one zarówno bardziej folkowe w brzmieniu piosenki (Alantyda i Yank Skippers mają w repertuarze sporo przeróbek piosenek irlandzkich), niekiedy nawet folkrockowe (Orkiestra Samanta), a także śpiew a capella (Segras) i współczesne piosenki morskie (niemal cały repertuar grupy Mietek Folk i poszczególne utwory reszty wykonawców). Mimo palącego słońca wiele osób zatrzymało się na dłużej na tym morskim festynie. Odchodzono o godzinie 18, z uczuciem zawodu, że tak szybko się skończył. Powodem były atrakcje, które przygotowało na ten dzień miasto – szanty nie mogły przecież konkurować z głównym wydarzeniem tego wieczoru, występującym na Skwerze Kościuszki zespołem Blue Cafe. Nie wiem, jak występ ten wyglądał. Siedziałem wówczas w domu, przygotowując się do maratonu szantowego, który miał odbyć się następnego dnia.

W niedzielę koncerty zaplanowano od godziny 11. Z zapowiedzi wynikało, że dzień ten będzie najciekawszym spośród całej imprezy. Zakończenie koncertów planowano na godzinę 1 w nocy, co daje łącznie czternaście godzin grania! Przyznam, że na tak długim koncercie szantowym jeszcze nigdy nie byłem. Rozpoczęły kapele startujące w przeglądzie oraz zespoły artystyczne z załóg statków. Te ostatnie przygotowały nie tylko występy muzyczne, ale też różne inne formy sceniczne. Żeglarz z jachtu francuskiego zaprezentował świetną choreografię walki z użyciem drewnianego miecza, zaś ciemnoskórzy marynarze z południowych wód stworzyli kilkudziesięcioosobowy zespół taneczny, bawiąc wszystkich wesołymi interpretacjami dyskotekowych tańców (było to dość widowiskowe, choć muzycznie zapachniało nieco tandetą).

Spośród zespołów konkursowych największe zainteresowanie wzbudziły Orkiestra Samanta, Róża Wiatrów i Stary Szmugler. Pierwsza z tych grup powoli zdobywa coraz większą popularność, rok temu nagrała płytę, a dziś jest zapraszana na większość ważnych festiwali. Żywiołowe wykonanie piosenki „Skrzypek” (z tradycyjną melodią bretońską) to jeden z najlepszych momentów części konkursowej. Świetnie wypadł też kawałek „Abordaż” – spodziewam się, że Róża Wiatrów będzie miała na swoim koncie porządny żeglarski przebój. Zespół ten zagrał fragment irlandzkiego utworu „Star of the County Down” i właśnie taka mieszanka piosenek współczesnych z lekko irlandzkim brzmieniem zapanowała na scenie podczas ich występu. Natomiast Stary Szmugler wystąpił z bardzo folkowym instrumentarium, z tin whistles i irlandzkim bodhranem. Wspierał się też gitarą i akustycznym basem. Ciekawostką było wykonanie przez nich żeglarskiego standardu „Cztery piwka” (autorstwa obecnego na festiwalu Jerzego Porębskiego) w wersji zaaranżowanej na amerykańskie cajun.

Co ciekawe, większość występujących zespołów, zarówno gości jak i konkursowiczów, zaczyna koncerty od kompozycji instrumentalnej – zazwyczaj czymś irlandzkim lub szkockim. Podejrzewam, że pozwala to dobrze ustawić instrumenty i jest ukłonem w kierunku akustyków. Z drugiej strony stało się ciekawym festiwalowym obyczajem. W Gdyni zespołów było sporo, ale nie powtarzały się takie same instrumentalne frazy!

Niedzielny koncert wieczorny otworzyła jedna z najbardziej znanych grup szantowych w Polsce, zespół Stare Dzwony. Marek Szurawski, Jerzy Porębski, Ryszard Muzaj i Andrzej Korycki – cztery osobowości. Każdy z nich nagrywał solowe płyty, często w pojedynkę występują. Jednak kiedy wchodzą na scenę jako Stare Dzwony najczęściej dominuje tradycyjna marynarska pieśń pracy. Aranżacje Szurawskiego oscylują ostatnio wokół ciekawego eksperymentu. Podobnie jak wielonarodowe załogi na wielkich żaglowcach śpiewały niekiedy różne wersje językowe tych samych piosenek, tak w przypadku Starych Dzwonów coraz częściej mamy do czynienia z polsko-angielskimi tekstami szant. Zazwyczaj wygląda to tak, że zaśpiewy są po polsku i towarzyszy im chóralny refren po angielsku. Publiczności taka zabawa musi się podobać, bo zwykle dzielnie śpiewa z wykonawcami. Poza pieśniami pracy ze sceny zabrzmiało kilka autorskich piosenek Muzaja i Porębskiego, a Korycki zaintonował słynne „Mewy”. Zespół zebrał rzęsiste brawa.

Po nim na scenie zainstalował się jeden z najbardziej folkowych zespołów szantowych – wspomniana już przy okazji koncertu sobotniego Atlantyda. Piosenki takie jak „Marco Polo” czy „Stara latarnia” Sławomir Klupś śpiewał już ze swoim poprzednim zespołem – Mechanicy Shanty. W Atlantydzie brzmią nieco inaczej, ale doskonale komponują się z nowymi piosenkami, których też nie zabrakło. Występ Atlantydy nieoczekiwanie przerwano, gdyż musiało odbyć się wręczenie nagród w konkurencjach żeglarskich, które już w sobotę odbywały się na terenie Zatoki Gdańskiej. Atlantyda zapowiedziała jednak, że jeszcze tego dnia powróci i rzeczywiście grała jeszcze wieczorem, wabiąc pod scenę wielu sympatyków żeglarskiego śpiewania.

Po wręczeniu nagród na scenie pojawiło się tak wiele zespołów, że wręcz trudno było wszystkie spamiętać. W ciągu dnia zagrali jeszcze konkursowicze, tym razem w mniej okrojonym repertuarze (nie tylko konkursowym). Wśród wartych wspomnienia występów na pewno znalazł się koncert grupy Yank Skippers, ktorej frontman, zwany popularnie Bongosem, ma niesamowity dar nawiązywania kontaktu z publicznością. Zespół Perły i Łotry również zabrzmiał bardzo dobrze, potwierdzając fakt, iż jest jedną z najlepszych kapel śpiewających szanty a capella. Jako że w repertuarze ma wiele przeróbek szant bretońskich, sięgał po nie często. W jego wersjach piosenki te wciąż posiadają charakterystyczną dla francuskiego języka melodykę – wychodzi to świetnie i jest niewątpliwym atutem grupy.

Jedną z głównych atrakcji wieczoru był występ kolejnej legendy szantowej sceny – zespołu Smugglers. Grupa ta, definiująca swoją muzykę jako morski folk-rock, była pierwszą kapelą na scenie żeglarskiej, która odważyła się użyć perkusji. Wczesne piosenki Smugglersów powstawały pod sporym wpływem brytyjskich zespołów folkrockowych takich jak The Albion Band czy Fairport Convention. Sporo tu także nawiązań do muzyki irlandzkiej. W ostatnich czasach zespół bawi się głównie aranżami, czasem sięga po tradycyjne szanty, innym razem po jakieś archiwalne piosenki morskie. Daje to niezłe efekty, czego przykładem może być smugglersowa wersja „Portu” Krzysztofa Klenczona. Niedzielny koncert rzeczywiście skończył się około godziny 1 w nocy. A przecież nie był to jeszcze koniec festiwalu. W poniedziałek, gdy żaglowce odpływały, publiczność koncertowa wyraźnie się przerzedziła, ale pod wieczór znów zapełniło się pod sceną.

Warto było w tych dniach pojawić się w Gdyni. Wypłynięcie żaglowców na Zatokę i obserwowanie, jak idą pod pełnymi żaglami to nie lada gratka. Najlepiej na tym wyszli wszyscy wyposażeni w dobre lornetki, gdyż większe statki stawiały żagle dość daleko od brzegu. Najważniejsze, by powróciły. Z muzyką.


Rałał „Taclem” Chojnacki

Dodaj komentarz!