Od redakcji

Półki w EMPiKach podpisane "Folk" nie zachęcają fanów tej muzyki do odwiedzania sklepu. Kurzem porasta kilka żelaznych pozycji: Rabih Abou Khalil we wszystkich odmianach (ilu może być fanów tej muzyki w Lublinie? ja znam dwóch), chóry bułgarskie, trochę muzyki klezmerskiej i cały komplet "Buena Vista Social Club". Kto chciałby kupić coś polskiego, w zasadzie nie ma wyboru - Golce i Trebunie-Tutki. Na tej podstawie można by pomyśleć, że krajowy nurt folkowy zupełnie nie istnieje. Niewielu i to starszych słuchaczy pamięta warszawski "Vivart" na Senatorskiej, w Lublinie legendą już jest sklep Andrzeja Mazurka. Upadły - zbyt małe zainteresowanie, zbyt mało klientów? Dla wielu osób jedyną możliwością zaopatrzenia się w nowości jest obwoźny straganik Janka Konadora. Można (choć to wciąż przywilej wybranych) poszukać płyt w Internecie i to nie w wielkich sklepach muzycznych np. "Music Corner", tylko bezpośrednio u zespołu a przede wszystkim za pośrednictwem sklepu - www.terra.pl. Tu naprawdę mają jeszcze "ciepłe" płyty.

Kto wie o tym, że ostatnio wyszły dwa kompakty z huculską muzyką, płyta Anny i Witolda Brodów, druga cześć "Rozstajów" i nowe produkcje Karpat Magicznych? Ciekawe gdzie będzie można dostać nową płytą "Kapeli ze wsi Warszawa", nagrania "Starej Lipy", czy innych uczestników tegorocznej "Nowej Tradycji" (jeśli uda im się coś wydać - ale to osobny temat), nie wspominając o takich egzotycznych zespołach jak japoński Cicala MVTA albo bardziej znanych - produkcji Michaiła Alperina i Hedningarny. O niektórych wydawnictwach tego popularnego w Polsce zespołu sama dowiedziałam się dopiero czytając artykuł Przemysława Ożarowskiego.

Dlaczego nabycie jakichkolwiek nagrań graniczy z sukcesem na miarę zdobycia niegdyś rolki papieru toaletowego? Wśród wydawnictw związanych z kulturą ludową tylko, dzięki znanemu wydawcy, prawie każdy mógł zaopatrzyć się w bestseller tego sezonu "Ostatnich wiejskich muzykantów" Andrzeja Bieńkowskiego (choć zerkając na ograniczony nakład nasuwają się podejrzenia, że nie wszyscy zainteresowani mogą mieć tę książkę w swojej bibliotece). Nie należy jednak narzekać, bo stając się właścicielami jakiegoś krążka jesteśmy dumni i ważni "jakbyśmy skwarkę lizali". Dla takiej chwili warto żyć. Nasza płyta staje się obiektem zazdrości innych, a potem ginie .... na półce u znajomego.

I tak z braku przebicia czy promocji, nie zważając na Opole, kolejne klony Golców i De Press "kisimy się" we własnym hermetycznym światku, z którego trudno nam wychynąć. Organizujemy koncerty np. "Noc Świętojańską", gdzie zespoły folkowe - Karpatia z Węgier, Den Flygande Bokrollen z Szwecji, białoruska Trojca, Kroke i inne stały się skuteczną konkurencją dla występujących nieopodal "w kinie w Lublinie" Brathanków. Organizujemy sesje naukowe - jak ta w Poznaniu zatytułowana "Czas folkloru. Czas folku. Czas odnawiania tradycji", której gospodarzem był Stowarzyszenie Czasu Kultury i Instytut Muzykologii UAM. W ślad za prof. Anną Czekanowską zastanawiamy się nad bytami folkloru i jeździmy na Festiwal Kapel i Śpiewaków Ludowych w Kazimierzu (odbywający się w tym roku po raz 35.), gdzie TV Lublin robi z ludowej zabawy cepeliowską szopkę. A jak się już tym zmęczymy - Jawornik, wczasy dla folkowców czekają.

Skrót artykułu: 

Dlaczego nabycie jakichkolwiek nagrań graniczy z sukcesem na miarę zdobycia niegdyś rolki papieru toaletowego? Wśród wydawnictw związanych z kulturą ludową tylko, dzięki znanemu wydawcy, prawie każdy mógł zaopatrzyć się w bestseller tego sezonu "Ostatnich wiejskich muzykantów" Andrzeja Bieńkowskiego (choć zerkając na ograniczony nakład nasuwają się podejrzenia, że nie wszyscy zainteresowani mogą mieć tę książkę w swojej bibliotece). Nie należy jednak narzekać, bo stając się właścicielami jakiegoś krążka jesteśmy dumni i ważni "jakbyśmy skwarkę lizali". Dla takiej chwili warto żyć. Nasza płyta staje się obiektem zazdrości innych, a potem ginie .... na półce u znajomego.

Dodaj komentarz!