Jeden kieliszeczek nie doleci do kiszeczek

Felieton. Grzegorz Józefczuk

Wędrowaliśmy kiedyś po zakamarkach Lublina – ja z trzema zacnymi kolegami, osobowościami oryginalnymi, znanymi w mieście. Jeden był profesorem, drugi artystą, trzeci dyrektorem. Chodziliśmy śladami przeszłości, starając się dotrzeć do miejsc, w naszym mniemaniu, historycznych, ale co ważniejsze legendarnych – by je zobaczyć, dotknąć oraz puszczać wodze fantazji o tym, co kiedyś musiało się tutaj dziać. Tak dotarliśmy pod mur zakonu sióstr urszulanek, dawnej brygidek, od strony ulicy Dolnej Panny Marii – pod tak zwaną basztę wodną. Czworokątną, kamienną wieżę wzniesiono około roku 1564 w najwyższym wówczas miejscu Lublina. Dziś jest jedynym zachowanym artefaktem staropolskiego wodociągu miejskiego, dostarczającego niegdyś wodę do centrum miasta drewnianymi rurami z oddalonego o prawie cztery kilometry stawu Wrotkowskiego. U podnóża baszty działał rurmus, urządzenie pompujące wodę do znajdującej się wysoko skrzyni, z której, dzięki sile grawitacji, spływała ona do studzien na Starym Mieście i przy okolicznych kościołach. Rzecz jasna, nie ma już śladu po rurmusie, ale on przecież tam był. Dla nas ważne było, że w roku 1928 basztę wodną sfotografował sam wielki poeta Józef Czechowicz. Przypomniało mi się wtedy, że dawno temu jeździłem z mamą do ogrodu urszulanek (w których szkole się uczyła) po kwiaty i warzywa, jednak wieży nie pamiętałem.

Kiedy tak staliśmy i gawędziliśmy, z jednego z niewielkich domów, jakby przylepionych do muru i 500-letniej wieży, wyszła wiekowa, ale żwawa i zaciekawiona naszą obecnością, pani Zofia. Szybko dogadaliśmy się,
a ona pozwoliła nam wejść do domu i dotknąć ściany, która była również ścianą wieży. Po chwili rozmowy, ku naszemu miłemu zaskoczeniu, pani Zofia zaproponowała, abyśmy za kilka dni przyszli na mały popołudniowy poczęstunek, wtedy opowie nam więcej.

Było to urocze spotkanie, tym bardziej że mąż kobiety, znawca handlu trunkami na lubelskim bazarze, nie był milczkiem. Pełnię inicjatywy miała jednak ona. Opowiadała, jak z podlubelskiej wsi trafili tu, pod klasztorny mur. Czuła się łącznikiem miejsc i czasów. Poczęstowała nas lemieszką, czyli psiochą, zrobiła też świetne pierogi ruskie. Potem wyjęła z kredensu okazały szkolny zeszyt i… zaczęła śpiewać! Jak się okazało, przez lata zapraszana była na wiejskie wesela jako mistrzyni przyśpiewek. W życiu widziała kilkaset takich uroczystości. W szkolnym kajeciku (udało mi się do niego zajrzeć) zapisała tych weselnych przyśpiewek bez liku. Jak tę urokliwie banalną, znaną w różnych nieco wersjach, zaczynającą się od frazy, że „jeden mały kieliszeczek nie doleci do kiszeczek…”.

Panią Zofię cechowała naturalna, głęboka wrażliwość oraz niezwykła pamięć muzyczna. W jej kajeciku nie było nut. Zaskoczyła nas, kiedy nieoczekiwanie zaśpiewała piosenkę Marleny Dietrich.

Ta historia przypomniała mi się przy lekturze esencjonalnej książki Historia mówiona. Geneza, rozwój, koncepcje Damiana Gocoła (który jest jednym z filarów redakcji „Pisma Folkowego”). W historii mówionej, spełniającej się w ustnych narracjach o przeszłości, w opowiadaniach osobistych, niewykluczone, że subiektywnych, a jednak autentycznych, w narracjach ważnych nie przez wiarygodność, lecz przez formę przekazu i sam fakt komunikacji, gdzie nie najważniejsza jest prawda, a tekst – jest miejsce na historie o folku, na opowieści o muzyce. Jednakże muzyka tradycyjna i folkowa, także w jej źródłowych wykonaniach, ma swoje odrębne „rejestracje” – współtworzą one archiwa muzyki zapisanej. Tak jak dla historii mówionej Ośrodek KARTA czy Ośrodek „Brama Grodzka – Teatr NN” są centrami najważniejszymi, takimi dla muzyki zapisanej są chociażby archiwa Instytutu Sztuki PAN, Radiowego Centrum Muzyki Ludowej czy Mikołajek Folkowych i Orkiestry św. Mikołaja. Misja tych inicjatyw jest zaskakująco odważna i nieprawdopodobna: zatrzymać (czytaj: zapisać) kulturę w jej nieodwracalnych przemianach, zatem – zatrzymać czas albo uchronić kulturę przed niszczącą siłą czasu.

Zadam teraz nieco absurdalne pytanie: dlaczego nikt nie zapisał naszych rozmów w domu pani Zofii przy wieży wodnej? Czemu do nas nie trafił ze swoim mikrofonem bohater filmu „Lisbon Story” Wima Wendersa? Wiem, są to żądania szalone, jednakże dlaczego mamy nie być wrażliwi na rozległą fonosferę w każdym jej dzianiu się, bez opamiętania, bez podziałów na „rodzaje” dźwięków?

Odpowiedź jest, może nie taka, jakby się chciało: pamięta o tym wasz felietonista. I wy pamiętajcie o tym, o czym już może jedynie wy pamiętacie. Małe postscriptum: w domu przy wieży wodnej mieszka teraz trzeci z wymienionych uczestników mojej wędrówki sprzed lat.

Grzegorz Józefczuk

Sugerowane cytowanie: G. Józefczuk, Jeden kieliszeczek nie doleci do kiszeczek, "Pismo Folkowe" 2023, nr 168 (5), s. 21.

Skrót artykułu: 

Wędrowaliśmy kiedyś po zakamarkach Lublina – ja z trzema zacnymi kolegami, osobowościami oryginalnymi, znanymi w mieście. Jeden był profesorem, drugi artystą, trzeci dyrektorem. Chodziliśmy śladami przeszłości, starając się dotrzeć do miejsc, w naszym mniemaniu, historycznych, ale co ważniejsze legendarnych – by je zobaczyć, dotknąć oraz puszczać wodze fantazji o tym, co kiedyś musiało się tutaj dziać. Tak dotarliśmy pod mur zakonu sióstr urszulanek, dawnej brygidek, od strony ulicy Dolnej Panny Marii – pod tak zwaną basztę wodną. Czworokątną, kamienną wieżę wzniesiono około roku 1564 w najwyższym wówczas miejscu Lublina. Dziś jest jedynym zachowanym artefaktem staropolskiego wodociągu miejskiego, dostarczającego niegdyś wodę do centrum miasta drewnianymi rurami z oddalonego o prawie cztery kilometry stawu Wrotkowskiego. U podnóża baszty działał rurmus, urządzenie pompujące wodę do znajdującej się wysoko skrzyni, z której, dzięki sile grawitacji, spływała ona do studzien na Starym Mieście i przy okolicznych kościołach. Rzecz jasna, nie ma już śladu po rurmusie, ale on przecież tam był. Dla nas ważne było, że w roku 1928 basztę wodną sfotografował sam wielki poeta Józef Czechowicz. Przypomniało mi się wtedy, że dawno temu jeździłem z mamą do ogrodu urszulanek (w których szkole się uczyła) po kwiaty i warzywa, jednak wieży nie pamiętałem.

Dział: 

Dodaj komentarz!