Bo muzyka to życie…

Fujarka na upiora

fot. Sailko / Wikimedia: Albrecht Dürer, Trionfo della morte (1503), Musée des Beaux-Arts de Tournai

W popularnej pieśni biesiadnej słyszymy: Umarł Maciek, umarł, już leży na desce, żeby mu zagrali, podskoczyłby jeszcze. Bo u Maćka taka dusza, jak mu zagrać, to się rusza, oj, dana dana dana dana dana da. Każdemu z nas zapewne nie raz nogi rwały się do tańca, a dusza z piersi wyskoczyć chciała na dźwięk skocznej melodii. Ale niekoniecznie nad taką funkcją muzyki chciałabym się zastanowić. Tym razem o muzyce, która „życie daje” inaczej. „Daje”, a może raczej „przywraca”, powołując ponownie „na ten świat” zmarłych. A ma to czynić w sposób magiczny i nieoczywisty.

Za przykład niech posłuży ludowe wierzenie mówiące o tym, że zrobiona z gałązki wierzbowej fujarka, jeśli tylko pochodziła z drzewa, które nie słyszało piania koguta i którego pręt został wycięty nowym             nożem, miała mieć taką własność, iż skoro w nocy wybije wpół do dwunastej, a na niej ktoś przy cmentarzu zagra, to całe wojsko upiorów ze swych mogił powstaje w ogromnych postaciach, którzy nie tylko pieszo, ale nawet na koniach i w zbroi, jeżeli byli wojownikami za życia[1]. W wariantywnym zapisie czytamy: Chcesz mieć fujarkę, by na jej głos podskoczyły nieochocze nogi, a z grobów powstały trupy i okazały czerstwe stare postacie, pośpiesz do boru. W ciemnym borze szukaj wierzby, wierzby zielonej, co by nigdy nie słyszała szumu wody, ni piania koguta[2].

Przyjrzyjmy się zatem temu, jakie warunki należało spełnić, by stać się posiadaczem takiej magicznej fujarki.

Materiał na fujarkę to pręt z zielonej (żywej) wierzby. Z wierzby, bo jest to drzewo, z racji swego związku z wodą, łączone z siłami chtonicznymi, tj. związanymi z ciemnością, śmiercią i zaświatami. Ważne jest i to, że wierzba taka musiała rosnąć poza „oswojonym” światem, tj. w ciemnym borze. Ciemny (czarny) bór, jako miejsce niedostępne dla światła, a pośrednio także dla człowieka, należy do „innej”, „obcej” i niebezpiecznej przestrzeni.

Dodatkowo taka rosnąca w ciemnym borze wierzba miała też nigdy nie słyszeć piania koguta. Pianie kogutów jest wprawdzie ważnym wykładnikiem rachuby czasu (wedle wierzeń kogut ma piać zwykle po raz pierwszy o północy, drugi o godzinie 1, trzeci – koło godziny 3), ważniejsze jednak jest to, że przestrzeń, do której docierał głos tego kulturowego herolda światła i słońca, stawała się przestrzenią bezpieczną, objętą ochronną magią światła. Wierzba, która głosu kura nie słyszała, znajdowała się zatem całkowicie pod wpływem sił ciemności.

Niekiedy, np. w Kieleckiem, uważano, że przeznaczona na taki instrument wierzbina miała także nigdy nie słyszeć szumu wody, płynącej, znajdującej się w ruchu, innymi słowy – „żyjącej”. Musiała pochodzić z „krainy śmierci”.

Niezwykle istotne dla skuteczności podejmowanych działań było także narzędzie, jakim wycinano pręt na fujarkę. By miała ona pożądaną moc, należało posłużyć się w tym celu nowym nożem. Charakter użytego rekwizytu określa jego rodzaj oraz własności. Po pierwsze, gałązkę należało odciąć nożem, a więc nie odłamać ani nie odrąbać. A odcięcie nożem przypomina rytuał ofiarny. Nóż ponadto musiał być nowy i zapewne z żelaza. Dlaczego nowy? Dlatego że to, co nowe, jeszcze nie użyte, jest najlepsze, najsilniejsze i nieskalane kontaktem ze światem, a więc najskuteczniejsze. Dlaczego z żelaza? Zapewne z uwagi na to, że w kulturze ludowej występuje ono jako atrybut siły nieczystej, co jest wiązane z wydobywaniem go spod ziemi, związkiem z ogniem oraz z półdemonicznym statusem kowala.

Kiedy na tym magicznym instrumencie należało zagrać? O wpół do dwunastej w nocy. A to dlatego że zabiegi tego typu musiały się odbywać w momentach przełomowych, w których zaznacza się wyraźnie przerwanie płaszczyzny między czasem świeckim a czasem magiczno-religijnym, a więc na przykład właśnie o północy – w wyjątkowej, ale przewidywalnej i powtarzalnej chwili otwarcia wrót czasu. W takim „oknie czasowym” używane w rytuałach rekwizyty mają nabierać wyjątkowych cech. A północ jest przecież godziną duchów.

A grać należało przy cmentarzu, tj. miejscu, w którym zmarli znajdowali spoczynek w poświęconej ziemi, wyłączonym spod władzy ludzi i znajdującym pod zarządem Boga. Dźwięk tego magicznego instrumentu miał spowodować złamanie sakralnej „pieczęci” Niebios i „budzić” zmarłych z wiecznego snu.

Jak zatem widać, skuteczne przygotowanie i użycie tej upiornej fujarki wymagało przestrzegania kodu kulturowego opartego na trwałych układach odniesienia (systemach aksjonormatywnych Znanieckiego czy wzorcach kulturowych grupy Shütza). I tylko umiejętność sprawnego poruszania się między sferą sacrum i profanum mogła prowadzić do powstawania takich jak opisane scenariuszy działań.

Joanna Szadura

[1] O. Kolberg, Dzieła wszystkie, t. 17: Lubelskie, cz. 2, 1962, [wyd. fotoofset. z: Lud... Serya XVII..., 1884], s. 96.

[2] Klechdy, starożytne podania i powieści ludu polskiego i Rusi, zebrał i spisał K.W. Wójcicki, wybór i oprac. R. Wojciechowski, Warszawa 1974, s. 112, także 113; podob. O. Kolberg, Dzieła wszystkie, t. 19: Kieleckie, cz. 2, 1963, [wyd. fotoofset. z: Lud... Serya XIX..., 1886], s. 200.

 

Sugerowane cytowanie: J. Szadura, Bo muzyka to życie..., "Pismo Folkowe" 2020, nr 149 (4), s. 35.

Skrót artykułu: 

W popularnej pieśni biesiadnej słyszymy: Umarł Maciek, umarł, już leży na desce, żeby mu zagrali, podskoczyłby jeszcze. Bo u Maćka taka dusza, jak mu zagrać, to się rusza, oj, dana dana dana dana dana da. Każdemu z nas zapewne nie raz nogi rwały się do tańca, a dusza z piersi wyskoczyć chciała na dźwięk skocznej melodii. Ale niekoniecznie nad taką funkcją muzyki chciałabym się zastanowić. Tym razem o muzyce, która „życie daje” inaczej. „Daje”, a może raczej „przywraca”, powołując ponownie „na ten świat” zmarłych. A ma to czynić w sposób magiczny i nieoczywisty.

fot. Sailko / Wikimedia: Albrecht Dürer, Trionfo della morte (1503), Musée des Beaux-Arts de Tournai

Dział: 

Dodaj komentarz!