
W rytmie natury, w rytmie wspólnoty. Relacja z Festiwalu Teatru Tej Ziemi w Nowym Sączu
Czasem festiwal nie jest wydarzeniem, lecz stanem miejsca. Tak było w czerwcu w Sądeckim Parku Etnograficznym i Miasteczku Galicyjskim, gdzie przez cztery czerwcowe dni teatr, muzyka i opowieść nie tyle odbywały się „na scenie”, ile wchodziły w krajobraz, jakby od początku były jego częścią.
Hasło „W rytmie natury” nie brzmiało tu jak programowy slogan, ale jak próba przywrócenia uwagi. Uważności na świat, który zwykle ogląda się z dystansu – przez szybę, ekran, przyspieszenie codzienności. Tymczasem tutaj rytm wyznaczały inne porządki: cień drzew, zapach drewnianej chałupy, przestrzeń dawnego miasteczka, w którym historia nie jest rekonstrukcją, lecz nadal trwa w materii miejsca.
Szczególną siłą Festiwalu Teatru Tej Ziemi była właśnie przestrzeń. Sądecki Park Etnograficzny nie pełnił roli scenografii. Był współuczestnikiem zdarzeń. Podobnie Miasteczko Galicyjskie, którego XIX-wieczna architektura nadawała spektaklom i koncertom wymiar zawieszenia między czasami.


Festiwal gromadził całe rodziny, a więc widownię, która nie jest jednorodna, lecz wielogłosowa. Obok dzieci odkrywających pierwszy kontakt z teatrem byli dorośli i seniorzy, dla których było to spotkanie z kulturą zakorzenioną w pamięci miejsca. Ten międzypokoleniowy charakter nie był dodatkiem, a wydawał się jednym z naturalnych sensów całego wydarzenia.
W programie znalazły się spektakle, koncerty, działania warsztatowe i filmowe, a także spotkania, które bardziej przypominały wspólne bycie niż prezentację. Wśród nich szczególne miejsce zajęła premiera nowego dziwowiska Teatru Tej Ziemi „OЯYNA.CZAROVNICA” – opowieści utkanej z ludowej wyobraźni, figury bosorki i wreszcie - prawdziwej historii Łemkini Oryny Pawliszanki z Tylicza. To teatr, który nie rekonstruuje tradycji, ale próbuje ją przywołać jako żywe doświadczenie.
Drugim ważnym punktem była prezentacja „Sweet Cherry Wine” Floyda Favela – twórcy z narodu Cree w Kanadzie. Ten projekt, zakorzeniony w rdzennym sposobie opowiadania historii, niesie w sobie pamięć, która nie jest archiwum, lecz żywą obecnością. W jego tle wybrzmiewa historia kolonialna i jej długi cień – doświadczenie utraty języka, kultury i ciągłości wspólnoty, które wciąż domaga się wypowiedzenia i odzyskiwania.
W zestawieniu z krajobrazem Sądecczyzny nabierało to dodatkowej warstwy znaczeń. Skansen i Miasteczko Galicyjskie, same będące formą ocalonej pamięci, stawały się przestrzenią spotkania różnych doświadczeń historii tych lokalnych i tych odległych, które mimo dystansu geograficznego dotykają podobnych pytań o tożsamość, ziemię i prawo do opowieści.


Najmocniej jednak wybrzmiała wspólnota. Nie jako hasło, ale jako praktyka – obecna w rozmowach po spektaklach, w śpiewie, w warsztatach, w chwilach zatrzymania między wydarzeniami. W świecie, który coraz częściej organizuje doświadczenie w trybie przyspieszenia, ten festiwal proponował coś odwrotnego: czas, który nie ucieka, lecz trwa razem z ludźmi.
Być może właśnie w tym tkwił jego sens. Nie w samej prezentacji sztuki, ale w próbie odzyskania relacji: z miejscem, z drugim człowiekiem i z opowieścią, która nie należy do nikogo pojedynczego, lecz powstaje pomiędzy.

