Przyznaję ze skruchą, że błędem z mojej strony było - po napisaniu pierwszej części tego artykułu, umieszczonego w 14 nr " Gadek z Chatki". [Pierwszą część artukułu znajdziecie w "Gadkach" nr 14 - przyp. B.B.]- kazać czytelnikom czekać aż odsłucham moją ulubiona kasetę szantową "Bristol Shantymen". Przesłuchanie jej zajęło mi ponad 3 miesiące ale postaram się wynagrodzić tę zwłokę wszystkim, którzy wytrwale czekali na dalszą część mojej opowieści o szantach. Myślę, że czytelnicy poczują się usatysfakcjonowani, jeżeli w tej publikacji postaram się umieścić ogólne a pożyteczne informacje o szantach jako gatunku.
Najpierw jednak poświęcę kilka akapitów wspomnianej wyżej przeze mnie kasecie z pieśniami morza pt. "Clear the Decks". Jest to zbiór szant znaczący - nie tylko dla mnie z powodów sentymentalnych, ale także dla koneserów tej odmiany folku. Pieśni, które znajdują się na kasecie, wykonywane są w większości a'capella, co uwydatnia piękno i siłę głosów członków zespołu. Nasze rodzime zespoły częściej posługują się instrumentami, odchodząc tym samym od oryginalnej formy szanty. Żadna przyśpiewka, choćby najskoczniejsza i najżywsza, wykonana przy wtórze gitary, nie ma tej samej siły oddziaływania co śpiew chóralny kilku mężczyzn obdarzonych niskim głosami.