Zawsze to jest potrzeba człowieka

Agnieszka Jackowiak

Agnieszka Jackowiak jest kulturoznawczynią i rękodzielniczką, prowadzi Sklep-Pracownię Hobby-Wełna w Lublinie.

 

 

 

 

 

 

Agnieszka Góra-Stępień: Zacznę od przestrzeni, w której się znajdujemy. Otacza nas wełna w różnych barwach... Gdzie jesteśmy?

Agnieszka Jackowiak: Jesteśmy w takim sklepie, w którym mamy same narzędzia i półprodukty, ale wiele osób przychodzi tu po gotowe rozwiązania, po tasiemki i zamki. Kojarzą je z pasmanterią. A to jest takie miejsce, w którym dajemy przede wszystkim szansę na pracę własnymi rękoma. Mamy kołowrotki, krosna tkackie, wełnę, przędzę wełnianą, różne naturalne surowce, ale one czekają na pracę własną.

 

Czyli można tu przyjść i zrobić coś na miejscu?

Bywa, że prowadzimy warsztaty – tutaj czy w różnych miejscach, w których jest takie zapotrzebowanie. Jesteśmy jednak głównie sklepem internetowym. W Lublinie nie ma aż takiego zapotrzebowania, żebyśmy mogli się utrzymać, więc to jest bardzo szeroka działalność, nawet międzynarodowa.

 

Proszę powiedzieć, od jak dawna funkcjonuje sklep i skąd taki pomysł?

Pomysł wziął się oczywiście od tradycji i od tego, co mnie najbardziej interesuje. Ciekawi mnie, jak kiedyś ludzie żyli, jak musieli sobie zapewniać na cały rok zasób surowców, żeby móc się ubrać, żeby móc coś sobie podłożyć do spania, żeby w worki zapakować zboże. To wszystko tak naprawdę zaczynało się od ziemi, na której uprawiany był len, i od zwierząt – owiec, z których pozyskiwana była wełna. Te zwyczaje agrarne mnie zaciekawiły jako kulturoznawcę. Fascynujące jest, jak człowiek musiał przystosować przyrodę lub przystosować się do przyrody, aby zaspokoić swoje potrzeby bytowe, użytkowe i estetyczne. Dzisiaj te same surowce i narzędzia służą nam do zabawy, do rozwijania hobby, do fantazjowania. Nie są już nam niezbędne, zaspakajamy dzięki nim tylko nasze wewnętrzne potrzeby.

 

Czy edukacja w zakresie kulturoznawstwa była inspirowana wcześniejszymi doświadczeniami, czy dopiero na studiach pojawiło się to zainteresowanie tradycją, tym, jak się kiedyś żyło?

Dzisiaj najbardziej lubianym sformułowaniem jest to, że ktoś się czegoś nauczył od babci. W moim przypadku – mimo że babcia coś szyła czy dziergała – tak naprawdę nie było świadomego przekazu wiedzy lub umiejętności, a on jest dla mnie wartością. To, co dziś robię, to raczej efekt samodzielnych spotkań z ludźmi na wsi. Podróżowaliśmy z Maćkiem Filipczukiem, moim partnerem, w poszukiwaniu muzyki ludowej, dokumentowaliśmy tradycje mazowieckie. To były lata 2000–2005. W tym czasie kształtowało się to moje zainteresowanie. Mam taką anegdotyczną opowieść o tym, jak w czasie takich spotkań panowie ze skrzypcami zazwyczaj szli do jednego pokoju, a ja zostawałam z paniami w kuchni. One też chciały dać coś od siebie, więc otwierały jakieś szafki czy skrzynie. Tam były przede wszystkim tkaniny wełniane, pasiaste, na stroje, to było przepiękne. Wspaniale było obserwować, jak ważną część życia kobiet na wsi stanowiło rękodzieło, rzemiosło. Mimo że było trudnym zajęciem, często gdzieś wciśniętym między opiekę nad dziećmi i dojenie krów, to one były dumne: z wyborów kolorystycznych, z doboru raportu pasów. W takiej warstwie emocjonalnej było to bardzo żywe jeszcze kilkanaście lat temu, aczkolwiek te dzieła były pochowane w szafach...

 

Jakie najciekawsze spotkania zachowały się w pani pamięci z tamtego okresu?

Ciekawe doświadczenie miałam po narodzinach mojego syna. Miał trzy miesiące, kiedy pojechaliśmy do wioski Glina. Panie umieściły syna w takiej chuście do noszenia dzieci. Dzisiaj myślimy, że jest to nowoczesne zjawisko, ale to wózki są współczesnym wytworem. Na polskiej wsi noszono dzieci w chustach, pasiastych kilimach. To było niesamowite, że mój syn dostał taką malutką porcję tego, co było dawniej oczywiste na wsi: więzi, bliskości, relacji. Był wynoszony później w chuście, takiej współczesnej. Z tymi starszymi paniami nawiązałam wielkie przyjaźnie i relacje na lata. Wspominały też swoje dzieci, swoją młodość i chętnie dzieliły się swoimi tkackimi umiejętnościami, które pamiętały ze szczegółami, choć nie miały już krosien.

 

To były wyjazdy w różne regiony Polski?

Wyjazdy były tam, gdzie była wełna.

 

A gdzie była?

Wełna i len to surowce, które były w Polsce najpopularniejsze. Wełnę pozyskiwało się m.in. na Podhalu. Tam przez jakiś czas śledziłam przygotowanie przędzy i surowca do sukna, czyli podstawy tego, co jest najbardziej charakterystycznym odzieniem mieszkańców południowej Polski: guni – sukmany i sukiennych portek. Tam też zrealizowałam film dokumentalny we współpracy z panem Tadeuszem Szostakiem-Berdą z Poronina i ze skansenem w Zubrzycy Górnej. W skansenie uruchomiony został folusz wodny, co w 2008 roku było nowością. Pokazało to, że muzea mogą być „żywe”. Drugie miejsce z podobnymi tradycjami to jest Podlasie, gdzie jeszcze w latach 70.–80. XX wieku sporo osób zajmowało się wytwórstwem walonek, czyli takich kapci czy butów z wełny. To jest bardzo unikatowy proces rękodzielniczy. Takie obuwie ma szczególne walory termiczne i estetyczne, choć to prosta forma z czarnej wełny. Dziś osoby próbujące zrobić kapcie z filcu idą w stronę artystyczną, malarską, rzeźbiarską niemal.

 

Czy pani wówczas inspirowała się tym rękodziełem, czy sama tworzyła z tych surowców?

Co innego dokumentować, co innego inspirować się, a co innego naprawdę się nauczyć, bo w rękodziele oprócz pomysłu i fantazji jest też technika. Mnie ta technika bardzo interesuje, bardziej niż sam efekt, szczególnie w filcowaniu, gdzie mówimy o celowym procesie kurczenia. Każdy potrafi w pralce sfilcować sweterek, ale już nie uzyskać konkretną grubość, konkretny kontrolowany stopień kurczenia. Ja się tego uczyłam na Węgrzech od koleżanki, która była studentką tamtejszego Uniwersytetu Ludowego. Najbardziej zainteresowało mnie, jak można rękodzieło promować, udostępniać, nauczać go. Małymi kroczkami, przez własną pracę tkacką i filcowanie, przez ciekawe komercyjne zlecenia na wytwarzanie produktów biżuteryjnych czy oryginalnych szali, doszłam do tego, że zaczęłam prowadzić warsztaty. Był to moment, kiedy skończyła się era domów kultury z typowymi pracowniami, szukano nowych bodźców, nowych zajęć. Takie warsztaty mi się przydarzały, więc moja droga prowadzi do popularyzacji, dydaktyki. A surowce naturalne, jak jedwab czy len, wełna mają nieograniczone możliwości, zawsze będą inspirujące i chętnie będziemy z nimi obcować.

 

Do popularyzacji także poprzez organizację „dni” poświęconych tradycji? Skąd ten pomysł?

Rękodzieło włókiennicze jest bardzo zindywidualizowanym procesem. Mamy oczywiście skojarzenia, zgodnie z którymi panie na wsi siadały razem przy kołowrotku, śpiewały i przędły. Tak naprawdę rzadko mogły w ten sposób tę czynność wykonywać – dominowała praca indywidualna. To, że dzisiaj można w łatwy sposób się spotkać, uczyć, współpracować, to jest element właściwie dodany do rękodzieła – bardzo przyjemny, bardzo potrzebny, rodzaj jakiejś wspólnoty, współdziałania. Takie wydarzenia próbuję promować, żeby można było wspólnie się zarażać pasją.

 

Gdzie takie wydarzenia się odbywają?

W czasach, kiedy prowadziłam pracownię i sklep w Poznaniu, współpracowaliśmy z Muzeum Archeologicznym i z Muzeum Narodowym. Odbywały się tam w miejscach publicznych tzw. Dzień Tkaczki czy Dzień Przędzenia. Na całym świecie prządki ze swoimi kołowrotkami w jeden dzień roku prezentują się choćby przed własnym domem, na własnym podwórku. Na chwilę siadają razem z innymi ludźmi, żeby pokazać, iż nie są to rzeczy schowane w piwnicy ani na strychu. Te rzeczy nie butwieją, bo rzemiosło jest kontynuowane. Narzędzia rękodzielnicze stają się wartościowe, kiedy są ożywiane przez człowieka. Taka praca jest bardzo dobrym osobistym doświadczeniem medytacyjnym, relaksacyjnym, którym chce się dzielić z innymi.

 

Każda taka praca jest niepowtarzalna?

Rzeczywiście, zawsze to jest indywidualny wytwór.

 

 

 

 

 

 

Jaki jest odbiór takich działań wśród przedstawicieli średniego, młodszego i najmłodszego pokolenia, którym kołowrotek głównie się kojarzy z bajką?

Bardzo dobrze, że kojarzy się z bajką. To też jest popularyzacja. Osobami uczestniczącymi w warsztatach i klientami sklepu często są ludzie poniżej 40. roku życia, czyli ludzie młodzi. Poszerza się teraz w Polsce wiedza dotycząca włókien naturalnych, zwiększa się świadomość na temat tego, co nosimy, rośnie ciekawość. Wiele osób chce mieć swój ogródek, swoje zwierzątka. To też pomaga w powrocie do dawnego włókiennictwa, ponieważ przetwórstwo wełny jest koniecznością. Jeśli ktoś się decyduje na hodowlę owiec, musi wiedzieć, że pozyskuje runo, z którym może coś zrobić. Niestety małe przędzalnie i gręplarnie w Polsce przestały istnieć po okresie transformacji. Stąd również bierze się zainteresowanie rękodziełem. Jest sporo hodowli alpak, owiec, traktowanych trochę jak kosiarki, ale tak czy inaczej jest to taki moment, w którym hodowcy muszą poszerzać swoją wiedzę. Sporo placówek muzealnych chce rozwijać ofertę praktyczną, więc mamy miejsca, w których są stosowane kołowrotki, już nie jako obiekty muzealne, których nie można dotykać. Są też placówki, w których można popróbować gręplowania wełny, bo skanseny również mają swoje owce i chcą pokazać cały proces obróbki. Mamy bardzo ciekawy czas, kiedy możemy obserwować powrót do rękodzieła.

 

A co to znaczy „gręplować wełnę”?

To znaczy czesać, oddzielać zabrudzenia naturalne (trochę piasku, trochę trawy) i wyrównywać włosy wełny, żeby były przyjaźniejsze w dalszej obróbce.

 

Jak wygląda proces dalszej obróbki, której efektem jest kolorowa wełna?

Dawniej na wsi posiadanie kolorowej odzieży było wyrazem ekskluzywności, wyższego stanu. Żeby się wyróżnić, pozyskiwano wełnę z różnych odmian owiec. Najwięcej było białych, później były szare, brązowe, ciemnobrązowe. Najdroższa była wełna czarna, czyli od takich owiec, których jest w stadzie najmniej. Wełna owcza ma w sobie dużo lanoliny, czyli tłuszczu, do którego przykleja się sporo zabrudzeń roślinnych. Z tego powodu wymaga wyprania. Trzeba prać bardzo delikatnie, żeby wełna się nie sfilcowała. Potem trzeba ją wyczesać, to właśnie jest nazywane gręplowaniem. Można do tego wykorzystać takie szczotki z igłami albo bębnową gręplarkę. Kiedyś zanoszono wełnę do wiejskiej gręplarni. Potem następował etap przędzenia. Jeśli chcieliśmy uzyskać nitkę do tkania albo do dziergania na drutach, zazwyczaj taką wełnę już w przędzy farbowano. Trochę tutaj lubię wkładać kij w mrowisko, jeśli chodzi o nasze dzisiejsze wyobrażenia na temat tego, jak wyglądał strój ludowy. Naszym „wzorcem” jest centralna Polska, strój łowicki, bardzo, bardzo kolorowy, który właściwie w tej formie jest obecny dopiero od końca XVIII wieku. Wcześniej ubrania były bardzo stonowane. Kolory były pozyskiwane co najwyżej z barwników naturalnych, roślinnych. Farbowano niewiele, na potrzeby własnego gospodarstwa. Takie tradycyjne dawne kolory to: czerwony, czarny i ciemnozielony. Z wełnianych strojów taką dawną kolorystykę mają: strój kielecki i sieradzki. Kiedy się rozwinął przemysł włókienniczy i wynaleziono barwniki chemiczne, one bardzo szybko skapnęły na wieś, szczególnie w okolicach Łodzi. Ten moment rozpowszechnienia nowych kolorów udało się nam uchwycić wspólnie z Fundacją Tres w projekcie nazwanym RGB – Regionalna Grupa Barw. Na przykładzie Łowickiego, Rawskiego i Opoczyńskiego pokazaliśmy, jak się przyjęły fabryczne barwniki na wsi. Wiejskie tkaczki musiały szybko zareagować, żeby te nowe kolory nazwać. Jest ciekawostką, jak te barwy zostały skodyfikowane i opracowane w wiejskich farbiarniach. W projekcie powstała karta kolorów dla danego mikroregionu, żeby można było ten strój regionalny powtarzać, żeby stał się on takim „kodem kreskowym” regionu.

 

A jakie kolory przeważają w tej gamie barw?

W różnych okresach były różne. One się stopniowo rozjaśniały. Zaczęło się od bardzo ciemnego zielonego, poprzez najbardziej charakterystyczny pąsowy, a dziś to już czasami niemal tęcza. Pojawiały się kolory, które mają przedziwne nazwy. Jest kolor niebowy, gąsiackowy, lekstryczny. Na odcienie różowego jest kilka określeń: różowy, różowiutki, bladoróżowy, dwa razy różowy. Łatwość dostępu do kolorów stała się wywrotową częścią włókiennictwa tradycyjnego.

 

A kto jest autorem nazw tych kolorów?

One były tworzone przez ludzi na wsiach. Chyba to jest najfajniejsze, że nie ma takich instancji, które mówią, jak ma być. Zawsze to jest potrzeba człowieka. Te nazwy to również część naszej kultury.

 

Na koniec zapytam o to, jak pani osobiście wykorzystuje w swoim codziennym życiu te wytwory rękodzieła?

Każdy chce mieć coś własnego, to nawet nie jest kwestia wyróżnienia się, tylko rozumienia świata, tego, żeby wiedzieć, skąd się pochodzi. To zaczyna być niesamowicie ważne. Już nie wystarczy wiedzieć, że się ma coś z wełny, tylko z jakiej rasy, dlaczego gryzie albo dlaczego nie gryzie, kto prządł, jak farbował. To wszystko zaczyna być ważne, możemy za to zapłacić dużo więcej niż za sklepowe wytwory. Unikatowość jest bardzo istotna, bo najbardziej mówi o nas, jako o jednostkach, a ręczne wytwarzanie tę unikatowość właśnie podkreśla. Ja chyba najczęściej korzystam z takiej działki mojego rękodzieła, o której jeszcze nie wspomniałam, czyli z nakryć głowy, z czapek, które wytwarzam, inspirując się szczególnie wzorami tradycyjnymi. Sama noszę gamerki biłgorajskie, filcowe kapelusze, fantazyjne czapki. To jest coś, co włączyłam do swojego życia. Oczywiście wykorzystuję też tkane samodzielnie chodniki, tzw. szmaciaki, których można mieć wiele i zawsze będą pasowały do współczesnego wnętrza.

 

To, co pani tworzy, można znaleźć na stronie internetowej sklepu.

Tak, mamy tam zakładkę Wyroby Rękodzielnicze. Jestem też obecna na jarmarkach, wydarzeniach, gdzie fajnie być w kontakcie z odbiorcą, rozmawiać o tym, co było, co jest, o dawnym, o nowym, o wspomnieniach, o rozwoju techniki. Można pokazać, że rękodzieło nie jest przypisane babci, że są nowoczesne kołowrotki, krosna, nowoczesne pomysły, że korzystamy z doświadczeń naszych przodków, ale tworzymy coś dla siebie tu i teraz.

 

Zarówno panią, jak i wełnę można spotkać w lubelskim sklepie przy Lubartowskiej...

Wiele osób przychodzi do sklepu i mówi: „O, tu tylko wełna!”. A tak naprawdę to jest jedyny w Polsce sklep, gdzie można dostać wełnę w tej postaci i narzędzia do pracy z nią.

 

I w takich ilościach.

Jesteśmy dumni z tego, że udaje nam się utrzymać i promować tradycyjne włókiennictwo.

Dziękuję za rozmowę i życzę sukcesów.

 

 

Opracowanie i korekta na stronie internetowej: Weronika Wyrębek

Skrót artykułu: 

Agnieszka Jackowiak jest kulturoznawczynią i rękodzielniczką, prowadzi Sklep-Pracownię Hobby-Wełna w Lublinie.

fot. M. Butryn

Dział: 

Dodaj komentarz!