Zakazany język

Bernd Kamenz

Bernd Kamenz jest jednym z nielicznych mieszkańców dzielnicy Chociebuża o nazwie Zaspy (niem. Saspow), którzy jeszcze mówią płynnie w języku dolnołużyckim.

Zaspy to dawna wieś, którą po raz pierwszy wspomniano w dokumencie z roku 1455. Od roku 1950 jest ona oficjalnie częścią miasta Cottbus/Chóśebuz. Kiedyś oprócz siedziby straży pożarnej była tutaj również szkoła. Zamknięto ją niestety na początku lat 50. XX wieku. Przez jakiś czas w tym budynku znajdowało się przedszkole, a dziś jest on w prywatnych rękach. Podobnie jak w wielu niemieckich wsiach, także tutaj znajdziemy pomnik bohaterskich niemieckich żołnierzy poległych w I wojnie światowej, historyczną aleję dębów posadzonych na cześć Bismarcka czy menhir niewiadomego pochodzenia, który wyznacza podobno sam środek Zasp.

 

Zdjęcie przed starą szkołą. Chłopcy klęczą z powodu braku butów
fot. z arch. B. Kamenza

Pan Kamenz jest nie tylko jednym z ostatnich natywnych użytkowników języka w Zaspach, ale również człon członkiem Stowarzyszenia na Rzecz Stroju Ludowego i Ojczyzny, strażakiem OSP i kronikarzem. To człowiek rozpoznawalny dla wszystkich mieszkańców tej byłej dolnołużyckiej wsi, dzięki swoim charakterystycznym wąsom oraz fajce w ustach. Urodził się w 1953 roku w Chociebużu, a jego rodzice mieli na wsi dom oraz zabudowania gospodarcze. Pochodzi z czysto serbołużyckiej rodziny, podobnie jak jego żona. Mimo to z nią ani z dziećmi nigdy nie rozmawiał po dolnołużycku. Był to język zabroniony w codziennej komunikacji nie tylko przez jego żonę, ale i przez matkę. Mimo przeciwności Bernd Kamenz dziś znów używa dolnołużyckiego na co dzień. Okazji ma niewiele, bo jeśli nawet trafi na serbołużyckiego sąsiada, niechęć do rozmowy we własnym języku słowiańskim jest niestety wśród przedstawicieli starszego pokolenia bardzo powszechna.

Spotykamy się w ogrodzie pana Kamenza w ciepłe przedpołudnie we wrześniu 2021 roku, aby porozmawiać na wiele różnych tematów. Wywiad trwa ponad 2,5 godziny, a nie jest to nasze pierwsze spotkanie. Oglądamy historyczne zdjęcia, przedstawiające nie tylko przodków pana Kamenza, ale i śluby we wsi Zaspy sprzed nawet ponad stu lat. Rozmawiamy o historii i współczesności. Zastanawiamy się, dlaczego młodzi ludzie uciekają z naszego regionu. Zapraszam serdecznie do przeczytania skróconej rozmowy z panem Kamenzem.

Justyna Michniuk: Działa Pan m.in. w Stowarzyszeniu na Rzecz Stroju Ludowego i Ojczyzny z Zasp (niem. Trachten- und Heimatverein Saspow e.V). Wiem, że kiedyś organizowali państwo korowody ślubne – dlaczego od dawna ich nie widać?

Bernd Kamenz: Duży problem stanowi śmierć krawcowej, która za darmo szyła i reperowała nasze stroje. To zasłużona dla nas osoba i bardzo mi jej brakuje. Zawsze mówiła, że pracuje dla idei i nie chce nic na tym zarobić. Mamy też problemy z zachęceniem do udziału w korowodach młodych ludzi. To jest przecież ślubny korowód, państwo młodzi powinni więc być... młodzi, a nie w naszym wieku [śmiech]. Młodzież ma dziś inne zainteresowania. Nasze stroje leżą więc w szafach i czekają na lepsze czasy.

Bardzo mi przykro to słyszeć, bo to naprawdę ciekawa tradycja. Wiem jednak, że z podobnymi problemami boryka się również lokalna grupa Domowiny z Mósta (niem. Heinersbrück). Jednak tam nikt nie mówi po dolnołużycku tak płynnie, jak Pan!

Nasza generacja nie miała możliwości nauki. Do Zasp wielu ludzi przeprowadziło się z innych wsi, ponieważ nasza miejscowość leżała bliżej miasta i było tutaj taniej. Od pewnego momentu nie troszczono się o naukę dolnołużyckiego, zwłaszcza przed i w trakcie II wojny światowej. Kiedy moja mama chodziła do szkoły w Zaspach, powtarzano im, że kto mówi w tym języku, zostanie wywieziony gdzieś na wschód, nie wiem dokąd, może do Auschwitz. Ich nauczyciel bardzo starał się o to, aby dzieci nie rozmawiały między sobą po dolnołużycku. Mówił, że w domu również muszą mówić po niemiecku i groził im. Moja mama chodziła do szkoły w latach 1937–1945. Była to tutejsza wiejska placówka. Mam jeszcze jedno zdjęcie, na którym widać klasę mojej mamy przed budynkiem. Myślę, że ta szkoła funkcjonowała aż do początku lat 50. XX wieku. Urodziłem się w 1953 roku. Bodajże mój rocznik był pierwszym, który chodził tutaj do przedszkola, urządzonego w dawnej szkole. Starsze dzieci uczyły się w Chmielowie (niem. Schmellwitz – sąsiednia dzielnica, dawna wieś). Popatrz na to zdjęcie, to moja mama, a to jej starsza siostra. Ciocia w młodości wyprowadziła się do Berlina i pracowała tam jako służąca w jednym z bogatych domów. Tam się również powiesiła, kiedy zaszła w ciążę. Mówiono, że ojcem jej dziecka był pan domu. Wróciła tutaj w cynkowej trumnie.

To straszne… Porozmawiajmy jeszcze o języku dolnołużyckim.

Pamiętam, że mieliśmy jednego nauczyciela o nazwisku Popolski, który znał nasz język. Niestety poważnie zachorował i musiał przestać pracować.

Posiada pan dużą kolekcję fotografii, przedstawiających śluby w Zaspach sprzed ponad stu lat. Jestem pod ich dużym wrażeniem! Pan jest też kronikarzem wsi?

Nie do końca. Ja też nad tym pracuję, ale najbardziej zasłużoną osobą jest pan Orphall. On nie zna jednak naszego języka, ponieważ jego ojciec pochodzi z miasta Wittenberga. Ja mu pomagam. Wszyscy jego przodkowie byli pastorami. To także bardzo ciekawa historia. Spójrz tutaj, to cecha charakterystyczna stroju ślubnego w Zaspach – dwa pasy, niebieski i czerwony. Wielu ludzi nie miało stroju odświętnego, więc przychodzili na ślub po prostu w tym, co mieli. Widać to na kilku fotografiach. Mam także zdjęcia, na których widać moją prababcię oraz moją mamę – jako dziecko, w stroju codziennym.

To bardzo porządne ubrania, dobrze im się powodziło!

To prawda, ich sytuacja życiowa nie była zła. Moja prababcia znała tylko dolnołużycki, natomiast moja mama była przeciwna używaniu naszego języka. Chciała, żebyśmy rozmawiali po niemiecku.

Ale przecież była Serbołużyczanką!

Oczywiście! Moja żona też była Serbołużyczanką, ale również nie chciała mówić w naszym języku. Pamiętam, że wielu ludzi pytało mojego pradziadka, czy jest Serbołużyczaninem, czy Niemcem. On odpowiadał, że są Niemcami, ale specjalnymi Niemcami, takimi, którzy potrafią mówić w dwóch językach [śmiech].

A czy Pan rozmawiał ze swoimi dziećmi po dolnołużycku?

Nie, ponieważ moja mama nie znała już dobrze naszego języka, a moja żona sobie tego nie życzyła. Ja również nie miałem zbyt wielu okazji do rozmów po dolnołużycku, aż do teraz, kiedy mogę to robić, gdzie chcę.
Spoglądam na wszystkie stare zdjęcia pana rodziny i jestem troszkę zazdrosna. Tutaj, na Łużycach bardzo wielu ludzi posiada spore kolekcje fotografii. Ja nie mogę tego samego powiedzieć o mojej rodzinie, gdzie zachowało się ich jedynie kilka. Winę ponosi wojna, wtedy wiele cennych pamiątek uległo zniszczeniu.
Tutaj nie było inaczej! Po wojnie w Zaspach przebywało wielu Rosjan, którzy zniszczyli sporo różnych rzeczy. Ludzie chowali swój dobytek, np. zakopując go w ziemi. Ale Rosjanie znaleźli te rzeczy, między innymi stroje ludowe. Jeśli coś wydało im się bezużyteczne, czasami to niszczyli. Pokażę ci jeszcze coś ciekawego. To fotografia dzieci przed naszą starą szkołą. Wszyscy chłopcy klęczą. Wiesz, dlaczego tak było?

Nie mam pojęcia.

Ponieważ nie mieli butów, a nauczyciel uważał, że to źle wygląda – i kazał im uklęknąć.

Moja babcia jako dziecko również nie miała butów.

Takie to były czasy... Pokażę ci jeszcze kilka fotografii ze starych ślubów. Każdy ślub i wesele były okazją do znalezienia sobie żony lub męża. Nierzadko tak było! Ślub to była wtedy wielka uroczystość. Popatrz tutaj, drużbowie siedzieli na koniach, a konie nie chciały pozować do zdjęcia, co widać, ponieważ fotografia jest po bokach trochę rozmazana.

Na tych fotografiach nie widać niebieskiego i czerwonego pasa w stroju kobiecym.

Tak, ten regionalny element stroju z czasem zanikł. Jak widzisz, strój ślubny był czarny, nigdy biały!

 Bernd Kamenz w swoim ogrodzie
fot. J. Michniuk

Tak, wiem, że biel to kolor żałobny, a czerń – uroczysty.

Zauważysz także, że ci, którzy przeprowadzili się po ślubie do miasta, od razu porzucili strój narodowy. Kiedy przyjeżdżali odwiedzić rodzinę na wsi, rzucali się w oczy.

W tamtych czasach to były dwa zupełnie różne światy. Chciałabym jeszcze zapytać, skąd ma pan te wszystkie zdjęcia?

Pozbieraliśmy je od mieszkańców wsi. Wiele z nich pleśniało gdzieś na strychu. Postanowiliśmy zaapelować do naszych sąsiadów i poprosić o pomoc. Skopiowaliśmy te fotografie, powiększyliśmy je i oczyściliśmy, a oryginały oddaliśmy. Kopiowanie zdjęć kosztowało wtedy dużo więcej niż teraz, ale dla mnie to było obojętne, ponieważ wiedziałem, że jeśli nie zrobię tego od razu, być może już nigdy nie będę miał ku temu okazji. Kiedy starzy ludzie umierali, młodzi nierzadko wyrzucali pamiątki po nich, także fotografie. A ja chciałem zachować pamięć. Nie wiem, kto zajmie się tym, kiedy mnie już zabraknie...

Miejmy nadzieję, że cała praca nie pójdzie na marne. Dziękuję panu bardzo za rozmowę!

Justyna Michniuk

Opracowanie na stronie internetowej: Dominika Wybraniec

 

Skrót artykułu: 

Bernd Kamenz jest jednym z nielicznych mieszkańców dzielnicy Chociebuża o nazwie Zaspy (niem. Saspow), którzy jeszcze mówią płynnie w języku dolnołużyckim.

 

(fot. Zdjęcie przed starą szkołą. Chłopcy klęczą z powodu braku butów, z arch. B. Kamenza)

Dział: 

Dodaj komentarz!