Z żydowskiej katarynki

Karsten Troyke
Nie pamiętam już, kiedy po raz pierwszy zetknąłem się z piosenką w języku jidysz. Chyba w 1997 roku, gdy wracałem do Krakowa ze zjazdu Mensy w Lądku-Zdroju i kierowca puścił kasetę z piosenkami Gebrider Moischele. Zresztą wtedy jeszcze nie odróżniałem muzyki klezmerskiej od muzyki ze „Skrzypka na dachu”, z całym szacunkiem dla tego ostatniego oczywiście. Na pewno już tańczyłem w kole podczas koncertu Szalom na Szerokiej w 2003 roku, jakoś też wtedy pojawił się Mordechaj Gebirtig. Co było pomiędzy tymi wydarzeniami? Nie pamiętam.
 
O ile jednak wykonywana w jidysz muzyka klezmerska ma w sobie to samo, co folk irlandzki – w sposób naprzemiennie humorystyczny i chwytający za serce opowiada o życiu i problemach zwykłych ludzi, o tyle przecież nie każda piosenka w jidysz to od razu piosenka klezmerska: jej zakres jest o wiele szerszy i obejmuje przede wszystkim muzykę popularną, choćby taki standard jak: „Bei mir bistu shein” Sholoma Secundy i Jacoba Jacobsa. Było nie było wynalezienie przez Emila Berlinera, żydowskiego imigranta w Stanach Zjednoczonych, gramofonu i płyty – pierwszych nośników kultury masowej – zmieniło świat. Świetnym do niej wprowadzeniem mogła być wystawa: „Szafa grająca! Żydowskie stulecie na szelaku i winylu. Historie z Polski” w Muzeum Historii Żydów Polskich „Polin”, która miała miejsce od lutego do maja 2017 roku, ale przecież nie tylko w muzeum jest dla takiej muzyki miejsce. Są i dzisiaj wykonawcy, którzy sięgają po tę spuściznę. Do takich należy poniekąd Karsten Troyke.
 
Urodził się 14 sierpnia 1960 roku we wschodnim Berlinie jako Karsten Bertolt Sellhorn i pochodzi z rodziny żydowskiej. Żydem był jego dziadek, który przeżył wojnę dzięki fałszywym aryjskim papierom. Natomiast ojciec Karstena prowadził „żydowskie wieczory”, w których uczestniczył też sam Troyke. W dorosłym życiu muzyk imał się różnych zajęć – od ogrodnictwa po opiekę nad niepełnosprawnymi dziećmi, brał lekcje śpiewu, uczestniczył w warsztatach teatralnych, jednak począwszy od roku 1990, poświęcił się w całości występom scenicznym. Kontynuował zainteresowanie muzyką żydowską, w tym szlagierami, swingiem i jazzem, piosenką teatralną oraz kabaretową, a w szczególności zaciekawił się tangiem. Pociągały go przede wszystkim piosenki mniej znane, wykonywał między innymi utwory Georga Kreislera i Sary Tenenberg-Białas, która stała się jego przewodniczką po języku jidysz i to właśnie jej, lokalnej częstochowiance, zawdzięcza polski akcent w wymowie tego języka. Troyke wypłynął w latach 90. XX wieku na fali popularności muzyki klezmerskiej, choć on sam tego gatunku sensu stricto nigdy nie wykonywał. Wobec różnic w odbiorze muzyki żydowskiej w Niemczech przez Żydów i nie-Żydów artysta wybrał własną drogę, bez religii, bez poczucia winy, ale po prostu skupiającą się na żydowskiej kulturze.
 
Karsten Troyke wydał do tej pory około 20 płyt, a gościnnie wystąpił na mniej więcej dwa razy tylu. Oprócz żydowskich korzeni czuć w nich również niekiedy klimaty cygańskie. Przede wszystkim Troyke potrafi bawić się najtrudniejszymi słowami i przemieszczać się między ambiwalentnymi stanami emocjonalnymi. Jako artysta używa bardzo różnych środków wyrazu, więc nigdy nie wiadomo dokładnie, na ile poważnie, a na ile ironicznie traktuje dany tekst. Z łatwością przekazuje rzeczy przytłaczające, a jego humor potrafi wzruszyć. Moim ulubionym utworem Troykego jest „Budapescht” (pol. „Budapeszt”) z repertuaru Sary Tenenberg-Białas, przedstawię jednak w moim przekładzie inną jego piosenkę – „Di katerinke” (pol. „Katarynkę”) do muzyki i słów Lejbusza Lehrera (1887–1964):
 
Raz, dwa, katarynko ma,
W bólu czy w biedzie – razem ty i ja,
Kto gna bez celu, zawsze drogę zna,
Życie to betka, tylko głupia gra. 
 
Przyszło mi przez życie katarynkę nieść,
Lecz i ono przecież ma swój sens i treść,
Choć raz tam bym usiadł, gdzie siedzicie wy,
A wam niech wiatr z oczu powyciska łzy.
 
Raz, dwa, katarynko ma,
W bólu czy w biedzie – razem ty i ja,
Kto gna bez celu, zawsze drogę zna,
Życie to betka, tylko głupia gra. 
 
Miałem ojca, matkę, jak ma każdy z was,
Teraz mi doskwiera głód przez cały czas, 
Plecy mi pokazał niegościnny świat
I tak kręcę korbką już od wielu lat.
 
Raz, dwa, katarynko ma,
W bólu czy w biedzie – razem ty i ja,
Kto gna bez celu, zawsze drogę zna,
Życie to betka, tylko głupia gra. 
 
Oj, przeklęte ruble, wy to macie gest,
Kto ma was w kieszeni, królem życia jest,
Choć was potrzebuję, nienawidzę tak,
Muszę o was żebrać, niech was trafi szlag!
 
Raz, dwa, katarynko ma,
W bólu czy w biedzie – razem ty i ja,
Kto gna bez celu, zawsze drogę zna,
Życie to betka, tylko głupia gra. 
 
Kręci się świat fałszu, wciąga w swoją grę
Tego, kto grać musi albo kto grać chce,
A świat być powinien jeden, wspólny, nasz,
Może to ty teraz szansę nędzy dasz?
 
Raz, dwa, katarynko ma,
W bólu czy w biedzie – razem ty i ja,
Kto gna bez celu, zawsze drogę zna,
Życie to betka, tylko głupia gra. 
 
Historia pani Sary Tenenberg-Białas (wcześniej jako Stefania Śliwka) – ocalałej z Holokaustu, która przeżyła wojnę u siostry w Sosnowcu, a po schwytaniu przez Niemców w obozie koncentracyjnym w Gross-Rosen była poddawana eksperymentom medycznym – jest tak wstrząsająca, że również zasługuje na uwagę. „Miałam żal do Boga, do ludzi, nie chciałam mieć nic wspólnego z kulturą żydowską” – mówiła, ale pod koniec życia postanowiła jednak przekazać zapamiętane pieśni nowemu pokoleniu. Jeszcze w 2013 roku wystąpiła na festiwalu Łódź Czterech Kultur.
 
Mało kto zauważył (o ile w ogóle ktokolwiek zauważył), że masakra 7 października 2023 roku zbiegła się w czasie ze śmiercią Pawła Huellego, pisarza, który swoim mocnym debiutem, Weiserem Dawidkiem, upomniał się o obecność Żydów w polskim imaginarium. Powoli odchodzi pokolenie polskich inteligentów szczerze zawstydzonych Marcem 1968 roku czy polskim udziałem w Zagładzie Żydów, dla których ujmowanie się za Żydami, czy stanie po stronie Izraela było po prostu moralnym nakazem. Zastępuje je pokolenie, które podchodzi do historii bez kompleksów, a Izrael traktuje jak każde inne państwo – bierze jego stronę, gdy ma rację, ale gdy jej nie ma, to nie reaguje albo wręcz staje po stronie przeciwnej. Pomimo tego wszystkiego nie powinniśmy tracić z oczu wielobarwnej kultury żydowskiej, w tym spuścizny środkowoeuropejskich Żydów zaklętej w języku jidysz. Nie wylewajmy dziecka z kąpielą, wyrządzilibyśmy tym krzywdę samym sobie.
 
Maciek Froński
 
Dziękuję pani Zofii Kusztal i panu Maciejowi Kaczce Zimowskiemu za rzucenie okiem na przekład.
 
Korekta na stronie: Brygida Jasińska, studentka kierunku e-edytorstwo i techniki redakcyjne na Uniwersytecie Marii Curie-Skłodowskiej w Lublinie. 
 
Skrót artykułu: 

Nie pamiętam już, kiedy po raz pierwszy zetknąłem się z piosenką w języku jidysz. Chyba w 1997 roku, gdy wracałem do Krakowa ze zjazdu Mensy w Lądku-Zdroju i kierowca puścił kasetę z piosenkami Gebrider Moischele. Zresztą wtedy jeszcze nie odróżniałem muzyki klezmerskiej od muzyki ze „Skrzypka na dachu”, z całym szacunkiem dla tego ostatniego oczywiście. Na pewno już tańczyłem w kole podczas koncertu Szalom na Szerokiej w 2003 roku, jakoś też wtedy pojawił się Mordechaj Gebirtig. Co było pomiędzy tymi wydarzeniami? Nie pamiętam.

Dodaj komentarz!