Z nietoperzami na Scenę Otwartą

Ewa Zabrotowicz

Ewa Zabrotowicz (1975–2024) była jednym z filarów polskiego ruchu folkowego. Od 1996 roku związana była ze środowiskiem Orkiestry św. Mikołaja. Współorganizowała Międzynarodowy Festiwal Muzyki Ludowej „Mikołajki Folkowe” i wiele innych wydarzeń o tematyce folkowej, etnicznej i turystycznej. Była członkiem redakcji „Pisma Folkowego” i tłumaczką. Jej pasją była turystyka, w szczególności piesza. O początkach działalności w lubelskim ruchu folkowym rozmawiał z nią Damian Gocół.

Damian Gocół: W jaki sposób związałaś się z lubelskim środowiskiem folkowym, skupionym wokół Orkiestry św. Mikołaja?

    Ewa Zabrotowicz: Z Lublinem jestem związana od dziecka. Urodziłam się w tym mieście 23 listopada 1975 roku i mieszkam tutaj do dziś. Skończyłam w Lublinie szkołę podstawową, Liceum Ogólnokształcące im. Unii Lubelskiej i studia. Na początku nic nie zapowiadało tego związku z ruchem folkowym. W liceum byłam w klasie o profilu biologiczno-chemicznym, bo rodzice namawiali mnie na studia medyczne. Chcieli, żebym została lekarzem. Choć za ich namową poszłam do klasy o takim profilu, w czasie nauki okazało się, że bardziej interesują mnie języki: angielski, rosyjski, polski. Biologia, chemia czy fizyka mniej mnie pociągały. Nie zmieniałam profilu, ale już wtedy wiedziałam, że będę zdawać na studia językowe. Dostałam się na filologię angielską na Uniwersytecie Marii Curie- -Skłodowskiej w Lublinie. Studia były fajne, chociaż dosyć trudne. Czas mijał, zajęcia powoli się kończyły, a ja nie bardzo miałam pomysł na jakąś pracę. Wiedziałam tylko, że nie chcę być nauczycielem, a praktyki studenckie mnie w tym postanowieniu utwierdziły. W tamtym okresie anglistyka Z nietoperzami na Scenę Otwartą dawała przygotowanie typowo pedagogiczne. Chciałam znaleźć inny pomysł na życie, więc dostałam się na drugi kierunek. To były studia zaoczne na prawie. Przydały mi się one o tyle, że dzięki nim bezproblemowo uzyskałam uprawnienia tłumacza przysięgłego, bo właśnie tłumaczeniami postanowiłam się zajmować zawodowo – i tak od 2004 roku wykonuję ten zawód, a od 2007 roku jako samodzielny przedsiębiorca. W okresie studiów ważnym zajęciem, które wpłynęło na moje późniejsze związki z folkiem, była działalność w studenckim ruchu turystycznym. Byłam członkiem już nieistniejącego Klubu Turystycznego „Pełzak”, który był afiliowany przy Wydziale Biologii i Nauk o Ziemi UMCS. Wspominam o tym, bo to był ważny etap w moim życiu – swoiste spełnienie marzeń o wyjazdach i podróżach. Mówię o takiej prawdziwej turystyce, czyli z namiotem, plecakiem, przede wszystkich o chodzeniu po górach. To było takie fajne doświadczenie życiowe, które w jakiś sposób też łączy mnie z wieloma osobami z ruchu folkowego, bo ten rodził się w środowisku turystów górskich i studentów. Choć klub już nie istnieje, przetrwały przyjaźnie z podróżnikami, z częścią osób mam nadal kontakt. Do tej pory turystyka jest dla mnie bardzo ważna i jeżdżę na piesze wędrówki, chociaż już w znacznie mniejszym gronie.

Jak poznałaś członków Orkiestry św. Mikołaja?

    Poza działalnością tłumacza ruch folkowy stał się takim drugim nurtem w moim życiu. Związek z Orkiestrą św. Mikołaja rozpoczął się właściwie przypadkowo. Zaczęło się to jeszcze w czasie studiów na anglistyce. Moja najlepsza przyjaciółka była osobą niedowidzącą. W grudniu 1996 roku poprosiła mnie o pomoc, a sformułowała to tak: „Czy mogłabyś wrzucić na scenę kilku nietoperzy?”. O co właściwie chodziło? Otóż te osoby z niepełnosprawnością tak same nazywały siebie. Kilku jej niewidomych kolegów miało zespół muzyczny. Grupa nazywała się Rykersi i zgłosiła się do Konkursu „Scena Otwarta” na Mikołajkach Folkowych. Mojej koleżance chodziło o to, że oni potrzebowali przewodników. Chcieli, żeby ktoś ich wprowadził na scenę i później z niej sprowadził. Zgodzi łam się i tak trafiłam do Chatki Żaka.

To były Twoje pierwsze Mikołajki Folkowe?

    Tak, wcześniej o nich praktycznie nic nie wiedziałam. Owszem, widywałam plakaty wiszące na uczelni. Były wtedy bardzo charakterystyczne, bo drukowane na szarym papierze. W tamtym czasie na pewno z własnej inicjatywy nie wybrałabym się na ten festiwal jako widz. Sądziłam, że właściwie cóż może być ciekawego w muzyce ludowej? To muszą być straszne nudy dla babć i dziadków [śmiech]. Tymczasem zupełnie przypadkowo trafiłam na ten festiwal od razu „od kuchni”. Widziałam, jak to wszystko wygląda od zaplecza. Zwykły człowiek, siedząc na widowni, nie ma okazji tego obejrzeć. Mnie to zafascynowało. Moja koleżanka uparła się, żeby nagrywać występy wszystkich zespołów. Miała taki dyktafonik kasetowy. Mnie to trochę śmieszyło, bo uważałam, że to mało ciekawa muzyka. Ona to wszystko jednak nagrała, a potem jeszcze mi tę kasetę pożyczyła nieco „na siłę”, żebym to wszystko przesłuchała. Kiedy odtworzyłam te nagrania, to nagle stwierdziłam, że to jest naprawdę fajna muzyka. Występowała tam m.in. Orkiestra św. Mikołaja. Ich utwory przypadły mi do gustu. Poza tym sama atmosfera tego festiwalu mi się bardzo spodobała. W kolejnym roku nie byłam już przewodniczką zespołu Rykersi, który zresztą przemianował się na Drewutnię i jest dziś jedną z najbardziej znanych grup folkowych w Polsce. Mimo to od 1997 roku chodziłam już na Mikołajki Folkowe jako widz. Fajnie było tej muzyki posłuchać.

A jak trafiłaś do grona organizatorów festiwalu?

    Na początku chodziłam nie tylko na Mikołajki, ale i na różne koncerty Orkiestry św. Mikołaja. Tęskniłam za tą atmosferą folkową. Myślałam, co powinnam zrobić, żeby stać się częścią tego festiwalu, jak wejść w to środowisko. Nie przyszło mi do głowy, żeby po prostu pójść do organizatorów i powiedzieć: „No, słuchajcie, ja tu chcę coś robić”. Byłam wówczas osobą dość nieśmiałą i to mnie trochę przerastało. Przełomem był rok 2000, kiedy koleżanka z Klubu Turystycznego „Pełzak” zapisała się do chóru folkowego – Dziwnego Chóru Ence Pence. Dowiedziałem się, że jest to jedna z wielu inicjatyw prowadzonych przez środowisko Orkiestry św. Mikołaja. Stwierdziłam, iż to doskonała okazja, żeby tam się wkręcić. Mimo że śpiewać zbyt dobrze nie umiem, poprosiłam tę koleżankę, żebym mogła z nią pójść na próbę. Tak trafiłam do Chatki Żaka, do tego sławnego biura – pokoju Orkiestry na drugim piętrze. Byłam bardzo zachwycona, mogąc zobaczyć z bliska Bogdana Brachę [śmiech]. Dla mnie to był wielki idol, którego do tej pory widywałam tylko na scenie. Spotkałam też wtedy Agnieszkę Matecką, o której wcześniej słyszałam, a w końcu miałam okazję z nią porozmawiać. Tak zaczęła się moja przygoda z Orkiestrą św. Mikołaja i z Mikołajkami Folkowymi. Przyszłam jako wolontariuszka i tak już po prostu zostałam. I muszę przyznać, że niezmiennie do dzisiaj praca ta sprawia mi wielką satysfakcję, szczególnie organizacja Mikołajek Folkowych [śmiech].

To trochę nietypowa ścieżka po studiach prawniczych.

    Jeśli chodzi o ten świat muzyczny, to w moim domu rodzinnym nie było jakichś takich szczególnych tendencji do interesowania się takimi sprawami. Kiedy trafiłam do Chatki Żaka, to rodzice nieco byli zaskoczeni, bo środowisko artystyczne jest troszkę takie nietypowe. Tato zawsze mi powtarzał: „Nie wiem, Ewa, czy wiesz, że oprócz różnych dziwaków i cudaków są też ludzie z normalnym życiem” [śmiech]. Mimo że dla rodziców decyzja o związaniu się ze środowiskiem folkowym czy artystycznym może nie do końca była zgodna z ich oczekiwaniami, to zaakceptowali taką moją drogę życiową i później wielokrotnie mnie w niej wspierali. Od wielu lat wspiera mnie aktywnie w tej mojej działalności również mąż.

Dziękuję za rozmowę.

Dziękuję.

Rozmowa została zarejestrowana 11 czerwca 2019 roku w ramach projektu naukowego „Podmiotowość ujęzykowiona w tekstach historii mówionej”.

Ewa zmarła nagle 13 lipca 2024 roku, nie doczekawszy swoich 25. Mikołajek Folkowych w roli organizatora ani kolejnego wyjazdu turystycznego, jak zwykle organizowanego w pełni samodzielnie, który tym razem miał się odbyć do Bośni i Hercegowiny.

Redakcja na stronie Julia Wolny, studentka e-edytorstwa i technik redakcyjnych.

Skrót artykułu: 

Ewa Zabrotowicz (1975–2024) była jednym z filarów polskiego ruchu folkowego. Od 1996 roku związana była ze środowiskiem Orkiestry św. Mikołaja. Współorganizowała Międzynarodowy Festiwal Muzyki Ludowej „Mikołajki Folkowe” i wiele innych wydarzeń o tematyce folkowej, etnicznej i turystycznej. Była członkiem redakcji „Pisma Folkowego” i tłumaczką. Jej pasją była turystyka, w szczególności piesza. O początkach działalności w lubelskim ruchu folkowym rozmawiał z nią Damian Gocół.

fot. Lubelska Szkoła Sztuki i Projektowania

Dział: 

Dodaj komentarz!