Z ATENCJĄ do rękodzieła

Monika Trypuz

Monika Trypuz jest dziś rozpoznawalną artystką. Od kilku lat inspiruje się tradycyjnym rękodziełem tkackim Podlasia i Lubelszczyzny. Łączy doświadczenia pokoleń z własnymi umiejętnościami i nowymi technikami informatycznymi. O drodze do realizacji marzeń i ostatniej wystawie, którą pokazano w nowej przestrzeni wystawowej Muzeum Wsi Lubelskiej, rozmawiała z nią Agata Kusto. 

Monika Trypuz na tle projektu ATENCJA
fot. K. Wasilczyk

Agata Kusto: Jakie obrazy z dzieciństwa masz dzisiaj w pamięci?
Monika Trypuz: Miłość do wsi i do folkloru zawdzięczam mojej babci, która towarzyszyła mi aż do mojej dojrzałości. Zmarła, kiedy miałam dwadzieścia cztery lata. Całe dzieciństwo wiązało się z domkiem babci, w którym już nie mieszkała, ale z naszego domu chodziło się na jej działkę na skróty, przez nieczynne tory i żwirową szosę. Bramka na działkę zamykana była zardzewiałym sierpem (taki pomysł babci!), a przed nią rosło mnóstwo pokrzyw. Przed samym domkiem, podobnie jak w skansenie, był drewniany płotek, a za nim ogródek z kwiatami, dalej nieduży sad jabłkowy, choć dla mnie jako dziecka całe to otoczenie wydawało się ogromne. Było to miasto – Chełm i okolice podmiejskie – pola, łąki, pasące się krowy, hodowane u babci króliki… Wokół działki rosły lipy, brzozy. Pod lipą siadałyśmy i piłyśmy herbatę z blaszanych kubków. Z babcią robiłam lalki-motanki. Pamiętam też dobrze zabudowę domku i liczne zakamarki, w których trzymała różne narzędzia do uprawy ogródka. W sieni domu stała waga, taka sama, jaką dziś możemy zobaczyć w skansenie. Na niej babcia ważyła swoje plony, których nadmiar sprzedawała. Miała też cały asortyment potrzebny do sprzedaży, który wykorzystywałam do zabawy, ważąc produkty i wsypując do papierowych torebek. Pamiętam też wnętrze chaty, z kołowrotkiem, choć babcia nie tkała na krosnach. Przędła natomiast nici konopne na worki. Przed wejściem była drewniana łyżwa, na której wycierało się buty. W sieni za firaną babcia miała kącik „na graty”, a pośrodku mieściła się kuchnia z zielonymi ścianami i nadrukiem o wzorze czajnika z filiżanką. Był piec kaflowy, kredens ręcznie malowany i stół z ceratą w kwiaty przypiętą pinezkami, a nad nim małe lustereczko i firanki w oknach. W kolejnym pomieszczeniu stała ogromna szafa, w której babcia trzymała stare książki, gazety, był też tam tapczan. Ponieważ wiele rzeczy tworzyła sama, w domu znajdowało się mnóstwo serwetek wykonanych na szydełku, na którym zresztą nauczyła mnie robić. Na ścianach pamiętam takie ciekawe zdobienia zrobione ze zszywanych wierzchołkami rombów. Drugi pokój, od strony północnej, był bardzo rzadko wykorzystywany, a ja wyobrażałam sobie, że tam straszy. Po śmierci babci domek został zburzony. Nie zachowało się żadne jego zdjęcie, więc ten widok mam tylko w pamięci.
A skąd wzięły się Twoje zainteresowania zawodowe, czy więcej w tobie matematyka, czy artysty?
Od dziecka chciałam tworzyć i to stało u podstaw każdej mojej decyzji. Nie wiązało się tylko z twórczością plastyczną. Kiedyś moja mama przyniosła do domu wysłużoną maszynę do pisania, bo w jej pracy nadchodziła era nowego sprzętu. Na tej maszynie zaczęłam pisać opowiadania. Uwielbiałam wymyślać historie, tworzyć. Zawsze chciałam, aby w przyszłości to tworzenie mi towarzyszyło. Wyrastałam w czasie, kiedy rodzice niespecjalnie zajmowali się rozwijaniem dziecięcych talentów. Wówczas bardziej stawiało się na zawody, które są praktyczne, dadzą pracę i zagwarantują zarobek. W szkole radziłam sobie dobrze ze wszystkiego i zawsze. Lubiłam się uczyć zarówno przedmiotów ścisłych, jak i humanistycznych, bo to sprawiało mi przyjemność. Przez cały ten czas do sztuki było mi blisko, ale nie rozwijałam tych zainteresowań, dlatego nie miałam odwagi zawalczyć o wykształcenie plastyczne, choć sama zawsze rysowałam sobie do szuflady, malowałam. Pierwszym wyborem zawodowym była matematyka, która w tamtym okresie stanowiła pewien nowy trend w szkolnictwie, razem z pokrewną informatyką. Wybrałam więc matematykę ze specjalnością informatyczną. To był dla mnie trudny kierunek, było ciężko, ale dziś jestem dumna, że go skończyłam. Zaczęłam pracę jako nauczycielka, co bardzo sobie chwaliłam, bo lubię pracę z dziećmi. Przekazywanie wiedzy jest istotne i szczególnie miłe, kiedy spotyka się swoich uczniów już jako dorosłe osoby i patrzy na ich rozwój. Pracowałam w zawodzie jedynie trzy lata i zmieniłam profesję. Przeprowadziliśmy się z mężem do Lublina. Nie mogłam znaleźć tu pracy. Przekwalifikowałam się i zaczęłam pracować w zawodzie grafika kreatywnego. Przez kilka lat współpracowałam z wydawnictwami naukowymi i instytucjami kultury, projektując okładki książkowe i oprawy wizualne wydarzeń. W międzyczasie ukończyłam Instytut Sztuk Pięknych UMCS. Następnie zmotywowana rozmową z jednym z wykładowców – z dr. hab. Marcinem Maronem, który zachęcił mnie do poznawania nowych środowisk, złożyłam wymaganą dokumentację na ASP. Ku mojej nieopisanej radości spełniłam swoje marzenie – zostałam przyjęta. Na drugim roku na zajęcia z grafiki warsztatowej przyszła pewna doktorantka, która przyniosła zadanie dotyczące tkaniny dwuosnowowej. To było coś niesamowitego! Połączyły mi się te kropki z dzieciństwa. Pomyślałam sobie, jak ja zawsze chciałam umieć tkać. I tu muszę zrobić dłuższą dygresję… Po drugim roku matematyki zdawałam jeszcze na architekturę krajobrazu, bo ten obszar również był mi bliski. Dostałam się, ale później zrezygnowałam. Mówię o tym dlatego, że ta moja matematyka była kontynuowana z rozsądku, natomiast ciągle czegoś poszukiwałam, chciałam być bliżej sztuki. Na architekturze krajobrazu mieliśmy możliwość wychodzenia w teren, m.in. do skansenu. Tam zafascynowałam się krosnami. Pamiętam, że jak je tam zobaczyłam, to myślałam o precyzji ich wykonania, skomplikowanej konstrukcji i o tym, że to już dziś jest jakiś archaizm, bo przecież nikt już nie tka. Wydaje mi się, że wtedy rękodzieło było reliktem przeszłości bardziej, niż ma to miejsce obecnie. Miałam takie przekonanie, że nikt już tego nie potrafi i nikt mnie tego nie nauczy… Po tych wszystkich doświadczeniach pojawia się na studiach zadanie: tkanina dwuosnowowa! Co ciekawe, tak naprawdę tylko mnie ten temat wtedy zafascynował, pewnie dlatego, że byłam sporo starsza od swoich kolegów i koleżanek. Wydaje mi się, że ludowość bardziej trafia do ludzi koło 40. roku życia, którzy bardziej świadomie szukają swoich korzeni.

Kolekcja marki How I „Zadushki" inspirowana strojem włodawskim i nadbużańskim
fot. K. Wasilczyk

Czyli najpierw było odkrywanie tkaniny dwuosnowowej, a perebory?
W tamtym czasie skierowałam swe kroki do Izby Tkactwa Dwuosnowowego w Janowie i tam poznałam panią Danutę Radulską, która opowiedziała mi o historii tkaniny dwuosnowowej. Gdy dowiedziała się, że pochodzę z Lubelszczyzny, a nie z Podlasia, zapytała, dlaczego nie zainteresowałam się jeszcze pereborem. Zdziwiona odpowiedziałam: „A cóż to takiego perebor?”. „No, przecież perebor jest charakterystycznym wzorem dla strojów lubelskich, w szczególności nadbużańskich i włodawskich!”. Postanowiłam z tego powodu sięgnąć po tę technikę. Na początku pojechałam do Muzeum Zespołu Synagogalnego we Włodawie, gdzie przekonałam się, jak bogate mają zbiory pereborów i strojów. Dzięki uprzejmości pracowników mogłam zajrzeć do magazynów, niedostępnych dla zwykłych zwiedzających, fotografować interesujące mnie ornamenty. Dowiedziałam się też, gdzie mogę szukać dalej. Dostałam dostępną literaturę, np. Teresy Karwickiej o zdobieniach strojów ludowych [Ubiory ludowe w Polsce, Wrocław 1995 – przyp. red.], dowiedziałam się także o istnieniu Atlasu Strojów Ludowych i o specjalnym numerze, którego współredaktorką była dr hab. Mariola Tymochowicz, prof. UMCS [Klocki, snutki, perebory. Tradycyjne rękodzieło wobec wyzwań współczesności, red. A.W. Brzezińska, A. Paprot, M. Tymochowicz, Wrocław 2015 – przyp. red.]. Z nią też się skontaktowałam, a później udało mi się zrealizować film „Perebory lubelskie dawniej i dziś” [https://www.youtube.com/watch?v=yFEAP9qYddI&ab_channel=MonikaTrypuz (dostęp: 20.11.2022) – przyp. red.], w którym zamieszczona jest jej wypowiedź. Wreszcie polecono mi skontaktować się z Bożenną Pawliną-Maksymiuk, która tworzy Nadbużański Uniwersytet Ludowy. Kiedy pojechałam do Husinki, opowiadała mi o swoich działaniach i o tym, jak jej starania przyczyniły się do wpisania pereborów na krajową listę niematerialnego dziedzictwa UNESCO. W tym czasie realizowała projekt warsztatów mistrz-uczeń, który przewidywał naukę w trybie indywidualnym. Niestety, nabór był już zamknięty. A ja chciałam już teraz, koniecznie! Pani Bożenna poleciła mi Stanisławę Kowalewską do dalszego kontaktu. W krótkiej rozmowie telefonicznej Stasia (bo dziś już mogę tak do niej mówić) zaprosiła mnie do siebie, zapewniając od razu nocleg. To było niesamowite, bo przecież ona mnie wówczas w ogóle nie znała. Rzeczywiście, nauczyła mnie tkać i to w trzy dni! Wiedziałam, że to oczywiście nie wszystko. Prócz tkania są jeszcze do przygotowania całe krosna, trzeba umieć osnuć nici na osnowę, potem nałożyć tę osnowę na krosna, a to jest naprawdę gros pracy. Samo tkanie to wisienka na torcie. Niemniej byłam zachwycona, że w te trzy dni potrafiłam nauczyć się tkać, przebierać deseczką i utkać swój własny wzór. Oczywiście wytkałam go z błędem, o czym przekonałam się później, a ponieważ był regularnie powtarzany, to nie był bardzo widoczny. Moja ulubiona sukienka z tym pierwszym wzorem stała się symbolem mojej marki modowej „How I” w 2020 roku. Pierwsza kolekcja była fotografowana w Muzeum Wsi Lubelskiej.

Jak wyglądała praca nad ostatnią kolekcją, którą pokazała! w lubelskim skansenie? Skąd pomysł na kolorystykę czerni i bieli?
Podczas poznawania wzorów zwróciłam uwagę na ich różnorodność. Pierwsze były perebory nadbużańskie, które występują w zasadzie w niezmienionej formie. Ja zaś zainteresowałam się szczególnie tymi typu włodawskiego i parczewskiego, które po roku 1914 przeszły metamorfozę i poszły w stronę form bardziej meandrycznych, delikatnych. Mniej w nich było gładkiego tła na rzecz samego ornamentu. Prawdopodobnie tkaczki zaczerpnęły inspiracje z wzorników haftów, również z tkaniny dwuosnowowej, bo to były sąsiednie rejony. Zmieniła się też kolorystyka. W pereborach nadbużańskich na pierwszy rzut oka widoczny był dualizm barw. To było zestawienie ostrej czerwieni z czernią bądź granatem. Miało to znaczenie symboliczne jak wszystko w ludowości. W pereborach włodawskich te kolory zostały zneutralizowane. Są albo delikatniejsze (jak w przypadku czerwieni), albo zredukowane do jednego koloru. Te drugie spodobały mi się najbardziej, szczególnie jednolite, w których sam wzór musiał się wyrazić poprzez formę i treść. Tutaj kolorem nie można było już zagrać. Perebor czarny tkany po białej osnowie symbolizował żałobę, co stanowiło dla mnie dodatkowe wyzwanie. To zestawienie bieli z czernią najbardziej mi się spodobało. Postanowiłam więc na tym budować swój pierwszy i jedyny wzornik (jak dotychczas). Składa się on z dwunastu wzorów, nie przypadkowo. Stanowi odniesienie do tego, jak kiedyś żyli ludzie, w zgodzie z porami roku i miesiącami. Każdy miesiąc to były inne zadania, inne obrzędy i ja to chciałam oddać we wzorniku.

Ale to nie była Twoja pierwsza kolekcja?
Nie, pierwsza była kolekcja Babie lato, natomiast druga, Zadushki, doczekała się dodatków. Na początku stanowiły ją cztery produkty: sukienki i koszula. Poprzez te kroje chciałam pokazać mistykę dni listopadowych (zadusznych), ich tajemniczość. Chciałam ukryć wzór, umieszczając go w kontrafałdach sukienek, w zapince koszuli, to było przemyślane. Kolekcja powstała w 2021 roku. W kolejnym zdecydowałam się przystąpić do konkursu modowego Off Fashion w Kielcach. Wystartowałam właśnie z kolekcją Zadushki.

Wzornik z autorskimi pereborami Moniki Trypuz (inspirowanymi włodawskimi pereborami żałobnymi)
fot. K. Wasilczyk

Wszystkie elementy ubioru pierwotnego obudowałam w dodatki na tę okoliczność. Wcześniej jednak myślałam o tym, aby ten wzór potraktować jako element biżuteryjny. W taki sposób go wykorzystałam w dodatkach. Połączyłam je ze szklanymi koralami, które kiedyś były obecne w strojach włodawskich i nadbużańskich. Kobiety, których nie stać było na prawdziwe korale, zakładały szklane w różnych kolorach. Oczywiście zredukowałam je do srebra albo przezroczystości. Tak powstała ta kolekcja. Motywem przewodnim jest perebor żałobny, natomiast obecne są inspiracje strojem nadbużańskim i włodawskim.
Skąd wzięła się nazwa wystawy „ATENCJA”?
Nawiązuje ona do skupienia nad każdą linią przebieranego wzoru. Pomysł na nazwę „ATENCJA” zrodził się podczas tkania wzornika. Wtedy zauważyłam, jak ciężka jest to praca, jak wiele wymaga wysiłku, uwagi i cierpliwości. Niejednokrotnie człowiek się myli, szczególnie po przebieraniu kilkudziesięciu linii wzoru, co skutkuje pruciem błędnej linii i przebieraniem jej od nowa. Z tego powodu kasetony na wystawie w Muzeum Wsi Lubelskiej zostały ułożone wg linii wzoru. Mapping wyświetlający się na obiekcie 3D pokazuje tworzenie się wzoru również linia po linii. W ten sposób chciałam pokazać dbałość o jej prawidłowość. Myślę, że to też jest takie skupienie na „tu i teraz”. Wiąże się to z moją życiową maksymą, aby nie rozpamiętywać przeszłości, na którą już nie mamy żadnego wpływu. To, co się dzieje w obecnej chwili, jest teraz istotne. To przekłada się na nasze całe życie. Jest ważne, jak przeżywamy każdą chwilę. Ja chcę to życie wykorzystać w pełni.

Plany na przyszłość? Wystawa wyruszy wkrótce w świat, a czym się będziesz wówczas zajmować?
Chętnie podzielę się swoimi planami, bo jeśli się o nich powie większej liczbie osób, to nie ma wyjścia – trzeba je zrealizować. Moim zamierzeniem jest zrobienie doktoratu. Mam już temat i pomysł. To będzie doktorat na gruncie artystycznym w Akademii Sztuki w Szczecinie. Niebawem otwieram przewód. Swoje plany chciałabym zrealizować jeszcze w 2023 roku. Tematycznie doktorat będzie kontynuacją mojej pracy nad pereborem, ale chcę pójść w stronę tkaniny wielkoformatowej. Mam też zaproszenie do projektu Rzeka, do drugiej edycji organizowanej we Włodawie. Planów jest dużo, już nie mogę się doczekać ich realizacji.

Dziękuję za rozmowę i życzę powodzenia!

 

 

 

Opracowanie i korekta na stronie internetowej: Wiktoria Kaczmarczyk

Skrót artykułu: 

Monika Trypuz jest dziś rozpoznawalną artystką. Od kilku lat inspiruje się tradycyjnym rękodziełem tkackim Podlasia i Lubelszczyzny. Łączy doświadczenia pokoleń z własnymi umiejętnościami i nowymi technikami informatycznymi. O drodze do realizacji marzeń i ostatniej wystawie, którą pokazano w nowej przestrzeni wystawowej Muzeum Wsi Lubelskiej, rozmawiała z nią Agata Kusto.

​fot. K. Wasilczyk: Monika Trypuz na tle projektu ATENCJA

 

Dział: 

Dodaj komentarz!