
Pierwsze wrażenie mojej przyjaciółki z czasów studiów historyczno-artystycznych na widok rzeźb Anny Padoł: „Nie, no gniewne, ale świetne!”. Rzeczywiście, charakterystyczna i rozpoznawalna na pierwszy rzut oka fizjonomia rzeźbionych przez Padoł postaci nie pozostawiała nikogo obojętnym. Jednych bawiły, drugich zachwycały, innych (nawet etnograficznych akademików) odrzucały, gdy twierdzili – prymityw może być wulgarny!
Łukasz Ciemiński
A za mną te oczy wodziły od wczesnego dzieciństwa, gdy zobaczyłem rzeźbę Świętego Tomasza za szybą biblioteki w domu zaprzyjaźnionej a aspirującej inteligencji. Przez lata byłem święcie przekonany, że była to praca Anny Padoł z Paszyna. Nic bardziej mylnego – drobniejsza, bardziej filigranowa rzeźba wyszła spod ręki jej wuja, Stanisława Poręby. Stylistycznie inspirował on twórczość Padoł, a także jego żony Anny, która pozostawiła po sobie dużo skromniejszy dorobek artystyczny.
Pierwszy był jednak Nitka, ksiądz Edward Nitka, który sprawił, że Paszyn stał się mekką sztuki nieprofesjonalnej złotego okresu lat siedemdziesiątych w Polsce. Podniósł mieszkańców wsi i okolic z kolan, wydobył z zawstydzenia i stworzył grupę artystów, których już tylko z dumą i pożądaniem nazywać będą Paszyniakami. Przyjeżdżali etnografowie i kolekcjonerzy, wartkim nurtem płynęły dewizy, pisano notki, artykuły prasowe, kręcono reportaże i dokumenty. Młodzi adepci studiów etnograficznych docierali tu ze swoją kadrą wykładowczą, chodzili po pracowniach rzeźbiarzy – uczyli się w terenie, czym tak naprawdę jest ta cała sztuka ludowa. Tworzących przybywało, choć nie zawsze przekładało się to na jakość powstających prac. Tym się nikt specjalnie nie przejmował, ważniejszy był zryw powszechny, a kupujący drżącymi dłońmi odbierali swoje pierwsze lub tysięczne prymitywy. I tak przyjęło się, że polska sztuka ludowa to twór powstały jeszcze w czasach feudalizmu, praktykowany z potrzeby gołębiego serca przez „ludek wiejski nieuczony”, który pracuje tylko tyle, ile trzeba, żywi się boską opatrznością, a każdą chwilę poświęca na tworzenie rzeczy pięknych, które wnoszą prawdziwą poetykę w szarą prozę życia mieszkańców wielkich miast. Owi wykształceni odbiorcy potrzebowali powiewu świeżości, własnych prawdziwie dzikich, którzy swoją optyką na chwilę kolorowali świat, nadto dawali się poklepać po ramieniu, cieszyli podarowaną czekoladą z Pewexu, aby w akcie wdzięczności, która już stawała się przyjaźnią, podarować jakąś rzeźbę, najchętniej z dedykacją. Taki prymityw pysznił się w inteligenckim mieszkaniu niczym egzotyczne trofeum myśliwskie! Ileż anegdot przechowywał w sobie – Oleksy taki biedniutki, taki malutki, taka niezguła! A jaki artysta, a jaki szczery! Ach! Wybitny!
Mieszkańcy Paszyna stali się nie tylko bohaterami fenomenu paszyńskiego, o którym głośno było w kraju i za granicą, ale i aktywnymi reżyserami tego (w najgłębszym rozumie niu) teatru. Z chęcią opowiadali o swojej pasji tworzenia, równie chętnie dzieła spieniężali, nie było w tym przecież nic złego – odzyskali swoją podmiotowość i nierzadko spory grosz. Wstali z kolan. Zamierzenia księdza Nitki zostały zrealizowane.
Na fali tego zjawiska wypływały coraz to nowe talenty. Dość wspomnieć, że w zorganizowanym przez Muzeum Okręgowe w Nowym Sączu w 1972 roku Konkursie Współczesnej Rzeźby Ludowej Karpat Polskich drugą nagrodę zdobył czternastoletni Zenon Głód.
Koncepcja rozwoju paszyń skich talentów wypracowana przez księdza Nitkę przy współudziale zaprzyjaźnionych artystów plastyków zakładała, że chłopcy zajmować się będą rzeźbą, a dziewczynki malarstwem. Dlatego debiutująca w 1977 roku Anna Padoł zaczynała od malowania niewielkich obrazków na szkle, by potem całkowicie zająć się rzeźbą. I słusznie! Nie posiada jąc silnie rozwiniętej intuicji kolorystycznej, tworzyła obrazki mało interesujące, mdłe, bez wyrazu. W zdecydowanych cięciach dłuta i pewnego rodzaju konstrukcjach rzeźbiarskich, w których ręce, dłonie, stopy i poszczególne atrybuty postaci są dołączane ciesielskim sposobem, podstawowe barwy wzmacniają siłę wyrazu prac. O ile obrazki Padoł podają nam fałszywe tony, o tyle rzeźby dźwięczą jasno i mocno.
Jeśli w jakikolwiek sposób charakter artysty determinuje wybór dziedziny sztuki, którą się zajmie, to nic dziwnego, że Padoł wybrała rzeźbę. W obyciu była nerwowa, niespokojna, bezkompromisowa. Bez trudu przychodziło jej wyrazić sprzeciw, nawet wobec profesora Pokropka – czego byłem świadkiem! „Czasy księdza Nitki się skończyły!” – brzmiał w tym jakiś żal, może nawet złość, a przede wszystkim świadomość, że w raczkującej gospodarce wolnorynkowej twórcy ludowi – po zbawieni mecenatu państwa – są zdani na samych siebie. Jako świadoma twórczyni nie potrzebowała niczyjej łaski, w wielki nawias brała przesadne serdeczności admiratorów jej sztuki. Z dystansem traktowała obraz kolorowej wsi, znając paszyńską biedę od podszewki.
Była zdeterminowana w działaniu, gdy szło o sposób finansowania pracy oraz pomocy schorowanym i gasnącym Paszyniakom, jak i twórcom zrzeszonym w Stowarzyszeniu Twórców Ludowych. Głęboko wierzyła, że ogień miłości do sztuki ludowej, którą autentycznie kochała, można przekazać młodym ludziom. Liczba przeprowadzonych przez nią warsztatów rzeźbiarskich dla dzieci była naprawdę imponująca. Gdy opowiadała o swojej sztuce, Paszynie, księdzu Nitce, stawała się jeszcze bardziej rozemocjo nowana, napięta, płonąca. I paląca! Miałem wrażenie, że nałóg jest próbą wprowadzenia choćby pierwiastka spokoju w jej rozedrgany świat przeżyć i odczuć.
Tworzyła pospiesznie, rzeźby dosłownie wypadały spod jej ręki. Wprawny mi ruchami wydobywała korpusy postaci, by potem z kartonów z półproduktami – kończyn, krenelaży koron, krzyży – zmontować finalnie świętego zgodnego z kanonem obrazowania. Czasem wykorzystane atrybuty zaskakiwały. Kiedy poprosiłem ją o wykonanie rzeźby Świętego Łukasza, zmarszczyła na chwilę brwi i powiedziała: „Pewnie, że zrobię, ja każdego świętego zrobię!”. Otrzymałem fantastyczną postać o mocnych proporcjach, stojącą pewnie na drewnianych nogach, trzymającą w dłoniach księgę Ewangelii i gigantyczne jak liść palmy pióro. Zawsze miałem wrażenie, że jej rzeź by są jak wielkie znaki wykrzyknienia – w proporcjach, duktach dłuta, kolorystyce, ogólnym wyrazie! Te wykrzykniki czasami zestawiała ze sobą, tworząc rytmiczne i rozbudowane kompozycje. Od triad Świętej Rodziny po długie szeregi stojących przy stole apostołów z „Ostatniej Wieczerzy”. Strojenie min „na ludowo” absolut nie jej nie wychodziło! Próba wprowadzania ornamentów roślinnych, drobnych kwiatków skutkowała jakimś chaotycznym zapisem przypadkowych form, które nijak się miały do całej tkanki rzeźby. Padoł nie lubiła zmiękczeń w swojej sztuce. Ona musiała być wyrazista, może czasami szorstka, ale szczera. Jestem zdania, że Padołowe świątki albo się lubi, albo nie – nie zostawiają obojętnymi i do niczego nie zmuszają!
Liczba wydarzeń, w których brała udział: wystaw, przeglądów sztuki, jarmarków i kiermaszów, a wreszcie ogrom jej prac w kolekcjach muzealnych i prywatnych – jasno dowodzi jej niespożytej chęci życia i działania. Chciała czerpać z życia pełnymi garściami, nawet tocząc nierówną wal kę z chorobą nowotworową.
Zmarła 5 sierpnia 2019 roku, o czym dowiedziałem się podczas Jarmarku Jagiellońskiego w Lublinie, gdzie miałem nadzieję ją spotkać. Z nieskrywanym żalem i złością powiedziałem: „Nie, po prostu nie!”. Nie ma rady, postawiono w tej opowieści ostatnią kropkę. Uważam jednak, że to był wykrzyknik!
Łukasz Ciemiński
Wstępna redakcja: Dominika Kozioł, studentka 3. roku studiów I stopnia na kierunku e-edytorstwo i techniki redakcyjne na Uniwersytecie Marii Curie-Skłodowskiej w Lublinie.
Pierwsze wrażenie mojej przyjaciółki z czasów studiów historyczno-artystycznych na widok rzeźb Anny Padoł: „Nie, no gniewne, ale świetne!”. Rzeczywiście, charakterystyczna i rozpoznawalna na pierwszy rzut oka fizjonomia rzeźbionych przez Padoł postaci nie pozostawiała nikogo obojętnym. Jednych bawiły, drugich zachwycały, innych (nawet etnograficznych akademików) odrzucały, gdy twierdzili – prymityw może być wulgarny!