
„Pieśni wędrują, to – jak powiedział Wilhelm Tappert – »najbardziej niestrudzone turystki świata«. Dziś, w dobie kolejnych wielkich ludzkich migracji, jeszcze łatwiej to sobie uświadamiamy. Muzycy również kreują swój świat, wędrując – zarówno w sensie geograficznym, jak i stylistycznym. Świadomie bądź intuicyjnie tworzą sploty i znaczą ścieżki brzmień w rzeczywistościach, w których się pojawiają, ale którymi także przesiąkają” [cyt. z opisu płyty „Wandering Songs”]. Witt Wilczyński w rozmowie z Weroniką Grozdew–Kołacińską o jej ostatnim albumie.
Karierę folkową rozpoczęłaś wcześnie. Śpiewałaś w Sarakinie i Village Kollektiv. Cały czas obracasz się muzycznie oraz naukowo wokół muzyki ludowej i współczesnej inspirowanej muzyką ludową. Co wydarzyło się u Ciebie od tamtych czasów?
Oj, dużo. Może nawet więcej działo się na polu naukowym, ale zrealizowałam też sporo projektów z pogranicza muzyki współczesnej, improwizowanej czy muzyki klasycznej. Już kilkanaście lat temu obroniłam doktorat. Teraz – mam nadzieję, że zdobędę kolejny stopień. Ciągle pozostaję blisko muzyki tradycyjnej, zarówno tej polskiej, jak i bułgarskiej. Prowadzę badania, wydaję nuty i nagrania archiwalne, opracowuję materiały w serii źródłowej Polska Pieśń i Muzyka Ludowa, nad którą prace zapoczątkował profesor Ludwik Bielawski w 1974 roku. Dwa lata temu zostałam redaktorką naczelną tej serii. Scheda po profesorze Bielawskim wiąże się z dużą odpowiedzialnością – w szczególności praca redakcyjna, ale również wybór repertuaru, skupienie na konkretnych regionach, które tego opracowania wymagają czy też prezentacja danego obszaru szerszemu gronu odbiorców, nie tylko naukowcom i badaczom.
Niedawno znalazłaś też czas na działania muzyczne, ukazała się przecież płyta „Wandering Songs”.
Przygotowywałam się do niej do syć długo, bo sam wybór pieśni wiele dni chodził mi po głowie. Zastanawia łam się, co chcę przekazać, jaki temat poruszyć. Lubię, kiedy albumy czy projekty, które realizuję, są spójne, stanowią pewną zamkniętą całość. Idea pieśni wędrujących, nawet nie tyle wędrownych, co wędrujących, krążących, klarowała się przez lata. Szukałam ich, między innymi prowadząc warsztaty, cały czas jednak pracując również naukowo.
Ta płyta ma zatem swoje korzenie w czasach, od których zaczęła się nasza rozmowa…
Na pewno, dlatego że muzyka bułgarska towarzyszy mi właściwie od samego początku mojej drogi folkowej i śpiewów tradycyjnych. Sięgam też po pieśni greckie. Do polskiego repertuaru ludowego dosyć długo dorastałam, chociaż w kapeli Swoją Drogą (założonej w czasach studenckich) mieliśmy go niejako programowo. Mimo to zawsze przewijały się tam wątki bułgarskie.
Wróćmy do płyty „Wandering Songs”. Dziesięć utworów, z których każdy opowiada inną historię… Zaczyna się od „Źródła”.
Zaczyna się od „Źródła”, czyli bułgarskiej muzyki szopskiej. Kultura szopska to moje korzenie, mój tata wywodzi się z Szopów. Ten utwór wykonuję solo, ale towarzyszy mi, oprócz muzyków, o których zaraz opowiem, niesamowity duet – zespół Łada, czyli Zosia Zaborowska i Kacper Siejkowski. Barwa ich wielogłosu jest przepiękna. Są fachowcami na płaszczyźnie tradycyjnych pieśni, które wykonują na co najmniej europejskim poziomie. Jestem bardzo wdzięczna i szczęśliwa, że zechcieli zaśpiewać na tej płycie, że razem zaśpiewaliśmy. Towarzyszą mi wielogłosem, który jest bardzo podobny do szopskiego, też oparty na sekundach, pojawiają się w nim ciekawe ornamenty, choćby „trzęsienie głosem”. Oni robią to fantastycznie!
O czym jest ta piosenka?
„Źródło” to pieśń o wydaniu dziewczyny za mąż. Wydano ją za morze, daleko od domu rodzinnego. Jest to uniwersalna historia wielu kobiet. Trochę o samotności, o tym, że będzie pozbawiona rodziców, ale ma braci, którzy są dla niej wielkim pocieszeniem i będą ją odwiedzali. Figurę braci możemy też rozumieć szerzej, w kontekście przyjaciół z wioski, znajomych itd. Układałam tę płytę tak, by składała się w pewną całość – może niekoniecznie obrazowała kolejne etapy życia, bo nie jest to takie proste, ale żeby po kolei wybrzmiewały inspiracje muzyczne. Najpierw jest pieśń bułgarska, a potem grecka, bo wychowałam się na greckiej muzyce, na greckim laiko, którego słuchałam w pracowni taty. To gatunek kojarzący się z poezją śpiewaną.
Czy ona była zakazana w Grecji?
Laiko wywodzi się z rebetiko. Rebetiko było zakazane, bo odwoływało się do kultury tureckiej, osmańskiej – czegoś, co było absolutnie niepożądane w Grecji, która miała być czysta etnicznie. Rebetiko czy laiko to pieśni dotykające również problemów społecznych, a w dobrym państwie problemów społecznych nie ma.
Wszystko to znalazło się w drugim nagraniu.
Tak, „Giarem Giarem” – piękny, poetycki tekst Nikosa Gatsosa o rozpadzie świata. Jest on niejako odniesieniem do współczesnych czasów, bo świat zawsze zmaga się z jakimiś wojnami. Można tę pieśń też traktować metaforycznie, nie odnosić jej do wojny sensu stricto, która burzy domy i miasta, ale tej, która burzy spokój wewnętrzny człowieka. O tym jest ta piosenka.
Trzeci utwór pochodzi z Polski.
To „Oberek” autorstwa Bartosza Niedźwieckiego – skrzypka, który za młodu grał w folkrockowym zespole Rzepczyno Folk Band, a niedługo potem zwrócił się w stronę muzyki in crudo i tworzył Kapelę Niedźwieckich. Bartek jest fenomenalnym twórcą – kompozytorem i autorem tekstów. Można śmiało powiedzieć, że jest songwriterem wywodzącym się z chłopskich tradycji. Czasami pisze tak, że tylko wtajemniczeni słyszą, że jest to utwór autorski, ponieważ rytmy mazurkowe czy oberkowe nie są w nim tak oczywiste. Jestem ogromnie wdzięczna Bartkowi i pozostaję pod wielkim wrażeniem jego twórczości. Ja wykorzystałam tylko cztery utwory, a jest ich więcej. Mam nadzieję, że jeszcze kiedyś do nich powrócę.
Kolejne pieśni „Pod borem sosna” i nieco dalej znajdująca się na płycie „A za lasem” mają te same autorki.
Składają się na nie teksty Ani Kierkosz, która zrealizowała kiedyś piękny spektakl dla dzieci oparty na kołysankach, autorskich lirykach inspirowanych ludowymi tekstami. Muzykę do tych utworów skomponowała Aleksandra Bilińska, kompozytorka muzyki przede wszystkim elektronicznej, muzykolożka, a zaaranżowała je Anna Ignatowicz-Glińska, kompozytorka polska, prywatnie żona Piotra Glińskiego z Kapeli ze Wsi Warszawa. Fantastycznie wyczuwa tradycyjne wi bracje ducha.
Te dwie piosenki rozdziela utwór po chodzący z Grecji.
Tak, „Omorfi poli” napisany przez braci: Mikisa Theodorakisa (muzyka) i Yannisa Theodorakisa (tekst). Opowiada o spełnionej miłości, choć brzmi bardzo smutno, niemal żałobnie. Zaaranżowany został przez Jarka Bestera, lidera Bester Quartet, nie tylko fenomenalnego akordeonistę, ale też niezwykle uzdolnionego kompozytora.
Siódmy utwór w kolejności to „Oczekiwanie”, też polski.
Bardzo dla mnie ważny, ponieważ jest to pierwszy utwór Bartka Niedźwieckiego, który wzięłam na warsztat. Z jednej strony pozytywny, z drugiej – przeniknięty tęsknotą, oczekiwaniem na miłość, na kogoś bliskiego. Tekst mógłby się kojarzyć z intymnym erotykiem, ale w zasadzie jest bardzo uniwersalny. Nie mówiliśmy jeszcze o wszystkich wykonawcach. Przy tej okazji wspomnę o Grażynie Auguścik, którą redaktor Włodzimierz Kleszcz nazwał kiedyś „królową scatu”, rzeczywiście znanej z niebywałych improwizacji wokalnych. W „Oczekiwaniu” zaprezentowała improwizację, która zaczyna się jakby oberkiem, ale przechodzi w zupełnie szalone, niby szamańskie zaśpiewy. Tworzy duet z Bartkiem Pałygą, wspaniałym artystą, który właściwie potrafi wszystko – i grać, i śpiewać. Ma ogromną świadomość muzyki. Opanował śpiew overtone’owy, zwłaszcza sygyt, wysoki śpiew „gwiżdżący”, choć pięknie też wychodzi mu kargyraa. Wraz z fenomenalnym skrzypkiem młodego pokolenia, Kacprem Maliszem, który niebywale łączy tradycyjne granie z jazzem i improwizacją, zadecydowali o klimacie tego utworu. Właściwie nie ma rzeczy, której Kacper nie potrafi zagrać. Przejmuje temat oberkowy i gra bardzo tradycyjnie, ale improwizuje na swój własny sposób. „Oberek” jest podróżą przez różne kultury, ale bardzo świadomie inkorporowane do naszej polskiej tradycji.
W tym albumie nie mogło zabraknąć „Horo Jowe”, melodii charakte rystycznego tańca bałkańskiego.
Tak, jest bardzo znany, właściwie jest to jeden jedyny „hit”, który znalazł się na tej płycie – dla mnie bardzo wymowny. „Horo Jowe” to utwór, który silnie zapisał się w mojej pamięci. Jest bardzo często grany i tańczony przez Bułgarów. Do niego tańczy się prawo horo, czyli taniec, który potrafi chyba każdy Bułgar. Zwykle unikam hitów, raczej wygrzebuję rzeczy mniej znane, ale zdecydowałam, że „Horo Jowe” przetworzę na swój sposób. Nie słyszałam, żeby ktoś grał ten utwór w kwartecie smyczkowym i na cymbałach. Jest bardzo żywiołowy. Nawet zdarzyło mi się na jednym koncercie parę kroków zatańczyć.
Dwa ostatnie utwory to ponownie Bartek Niedźwiecki i jego repertuar.
W pierwszym utworze tekst oryginalny został zamieniony na tekst Joasi Sarneckiej – performerki, tancerki, osoby, która jest bardzo zaangażowana w pomoc uchodźcom (nie tylko na granicy polsko-białoruskiej). Ten utwór od samego początku muzycznie przywodzi mi na myśl poloneza i jest też w takim duchu utrzymany. Jest również bardzo podobny do greckich tańców, na przykład chasapiko. „Droga” zagrana została w nieco surowy sposób. Był to pierwszy utwór, który nagraliśmy wspólnie. Jest on poświęcony uchodź com, bezdomnym, migrantom. Zresztą ukazał się zaraz po tym, jak zaczęła się wojna w Ukrainie, i okazał się jeszcze bardziej aktualny, niż było to w zamierzeniu. Oczywiście, Bartek też zgodził się na taką interpretację, ponieważ pierwotnie był to tekst, który mówił o rozstaniu, odejściu. Zamieniliśmy go na utwór o wędrówce przez życie, przez las, przez ostępy, trudy.
Ostatni utwór to „Spotkanie”. Album kończy się pozytywnie mimo tego, że gdzieś po drodze zdarzają się, jak to w życiu, dramaty – bo żyjemy nadzieją. Kiedy Czarli Bajka, wspaniała ilustratorka, graficzka, robiła animacje do fragmentu tego utworu, to powiedziała, że jej się on kojarzy z nieskończonością, że jest to spotkanie, które w jakiś sposób można wręcz traktować w kategoriach metafizycznych. Tu jest mowa o dwóch kochających się osobach, które się spotykają i zawsze ze sobą będą, niezależnie od tego, czy dane im będzie żyć na tym świecie, czy nie. Ale można to odnieść też do szerszych, dalszych kontekstów i różnych światów. Jest to pozytywne zakończenie. Zawsze mówię, że ten utwór najbardziej definiuje nasz zespół, nasz projekt, bo spotkaliśmy się w muzyce, mimo że formację tworzą tak różne osobowości.
Powiedzmy o tym, bo skład jest nie samowity – kilkanaście muzycznych światów połączonych w jedną całość.
Faktycznie. Mimo różnic muzycy jednak cudownie się dogadali. Jest to niesamowite, bo są tu różne pokolenia, od najmłodszych po wyjadaczy świata folku, jazzu, muzyki klasycznej, a świetnie się porozumieli, co słychać choćby w „Spotkaniu”. Każdy włożył swoją osobowość, swoje umiejętności i to wspólnie zgrali. Jest to może kwestia wrażliwości, ale też ogromnej otwartości tych osób – wspaniałych artystów.
Czy zdradzisz, co znaczy Musos?
To po prostu muzycy, artyści. Nie chcieliśmy szukać jakiejś nazwy własnej zespołu. Stwierdziłam, że zebrani w nim artyści są tak odrębnymi osobowościami, z ogromnym dorobkiem, ogromną wrażliwością, że musieliśmy to jakoś ubrać w słowa. Nie mogło to być „Weronika Grozdew i przyjaciele”. Słowo „musos” wskazuje na odrębnych artystów, którzy tworzą zespół, ale pozostają silnymi osobowościami.
Może powiemy o tych artystach, zaczynając od cymbalistki Marty Maślanki (zespół Des Orient).
Marta jest niezwykłą osobowością. Ma ogromny talent muzyczny i wrażliwość. Jest też osobą, która odnajduje się w wielu różnych gatunkach muzycznych: od muzyki klasycznej stricte, przez filmową, po muzykę bardzo tradycyjną. Potem – Bartek Pałyga, który wniósł swoją równie niezwykłą osobowość i liczne talenty. Wojtek Pulcyn, kontrabasista – znakomity jazzman, ale przecież znany jest też ze składów folkowych. Pojawiła się także Sylwia Świątkowska, znakomita skrzypaczka przede wszystkim z Kapeli ze Wsi Warszawa, ale i innych zespołów, np. Stilo, Kontraburger. Sylwia zagrała na fideli tylko w utworze „Droga”, ale i mnie, i jej bardzo na tym zależało. Pojawia się Aleksandra Demowska-Madejska, trochę z innego świata, z Hashtag Ensemble, która reprezentuje muzykę współczesną, muzykę „nową”. Ola to fenomenalna altowiolistka (w Polsce mało jest altowiolistów, którzy grają solowo). Kompletnie nie boi się wyzwań i jest to dla mnie niesamowite, że właśnie w tym składzie odnalazła się z muzyką tradycyjną, folkową i genialnie dodała swoje barwy altówkowe, a przecież jest to kwartet nietypowy, bo złożony z muzyków z bardzo różnych światów. No i Dorotka Błaszczyńska-Mogilska, znana m.in. z zespołu SEKUNDa. Jest córką Stefana Błaszczyńskiego, znanego chociażby z Piwnicy pod Baranami i z Brathanków. Wspaniała skrzypaczka, ma ogromny udział w tej płycie.
Twój brat, Rafał Grozdew, również wziął udział w przygotowaniu płyty.
Tak, klasyczny tenor, ale też człowiek, który nie boi się wyzwań. Świetnie śpiewający, m.in. w Jerycho, bardzo tradycyjną muzykę nabożną. Brał udział w różnych projektach z Patrycją Betley, Robertem Lipką, Orkiestrą Wielkich Bębnów, a ze mną śpiewał pieśni kurpiowskie w projekcie „Etnofonie Kurpiowskie”. Uwielbiam śpiewać z Rafałem! Jesteśmy wtedy jak jedno ciało. Mamy tak idealnie dopasowane barwy głosu, ponieważ śpiewamy ze sobą od dziecka.
O Kacprze Maliszu i Grażynie Auguścik, która z Urszulą Dudziak nagrała przecież świetną płytę opartą na, ni mniej, ni więcej, południowoma zowieckich utworach tradycyjnych, wspominałam już wcześniej. „Wande ring Songs” współtworzy jeszcze Wojtek Lubertowicz. Wspaniały bębniarz! Ogromnie się cieszę, że zagrał nie tylko na bębnach, ale również na neyu i na duduku. Jest niezwykle barwną i twór czą osobą grającą na wielu instrumen tach. Po prostu skład jest wspaniały!
Ta płyta była nagrywana dość długo, bo zaczęliście w 2022 roku, a kompakt ukazał się jesienią 2024 roku.
W 2022 roku nagrywaliśmy tylko utwór „Droga”. Później, w 2023 roku trwały już nagrania właściwie całego repertuaru. Mieliśmy różne formalne trudności, m.in. w kwestii praw autorskich do tekstu „Omorfi poli”. Musie liśmy czekać na udzielenie licencji, to trwało prawie pół roku.
Na koniec podsumujmy: jest to pły ta koncepcyjna. Mało kto dziś nagrywa koncept albumy.
Jak powiedziałam na początku: lubię, gdy istnieje idea spajająca muzykę. Może konstruuję te projekty na takiej samej zasadzie jak artykuły, które piszę? Studiuję je od początku do końca i chcę coś konkretnego w nich powiedzieć. Tutaj przekaz jest bardzo klarowny. Pieśni czy melodie wędrujące bardzo często przewijają się w różnych rozmowach, naukowych tekstach. Dzisiaj mamy świadomość tego, że repertuar cały czas rzeczywiście wędruje, bo przecież nie tylko my wyszukujemy utwory, one cały czas krążą w różnych wykonaniach.
Dziękuję za rozmowę.
Pieśni wędrują, to – jak powiedział Wilhelm Tappert – »najbardziej niestrudzone turystki świata«. Dziś, w dobie kolejnych wielkich ludzkich migracji, jeszcze łatwiej to sobie uświadamiamy. Muzycy również kreują swój świat, wędrując – zarówno w sensie geograficznym, jak i stylistycznym. Świadomie bądź intuicyjnie tworzą sploty i znaczą ścieżki brzmień w rzeczywistościach, w których się pojawiają, ale którymi także przesiąkają” [cyt. z opisu płyty „Wandering Songs”]. Witt Wilczyński w rozmowie z Weroniką Grozdew–Kołacińską o jej ostatnim albumie.
Fot. z arch. W. Grozdew-Kołacińskiej