
Wólka Grodziska, dom w głębi ogrodu. Wiele jest takich na Mazowszu, mało który jednak posiada okno z widokiem na raj. Utracony i odzyskiwany niestrudzenie przez dziesiątki lat. Wśród kwiatów, których odmian próżno szukać dziś w sypialniach wielkich miast – dwa filary jego świata – Chrystus i Maria. Wolnostojące figury stworzone przez Adama Szczepanika, który kontynuuje tradycje rzeźbiarskie przejęte od ojca, Ludwika, każdego roku jaskrawymi kolorami wyrywają odbiorcę z szarej codzienności.

Adam Szczepanik
fot. Ł. Ciemiński
Łukasz Ciemiński
Na cokołach w ogrodzie znajdują się ważni dla rodziny artysty płaskorzeźbieni święci, papież Jan Paweł II i modlitewne wezwania oraz inskrypcje osadzające rzeźby w czasie i dziejach zbawienia, na przykład: „W 1950 rocznicę odkupienia. Wyk: 1983, A. Szczepanik”. Inskrypcje stanowią nie tylko ważny gest wotywny, ale i przejaw fenomenu długiego trwania form chłopskiej plastyki, która wyrażała siebie, manifestowała własny ogląd rzeczywistości oraz trwale zaznaczała się w dziejach małej i wielkiej ojczyzny.
Fuzja kolorów kwiatów i farb tworzy z tego miejsca prawdziwy ogród sztuki. Próżno jednak oczekiwać, by jego mieszkaniec przesadnie eksponował własną ekspresję artystyczną. Jest cichy, wewnętrznie skupiony, małomówny. Chyba zawstydzony zainteresowaniem, które okazują mu wizytujący etnografowie, miłośnicy sztuki ludowej i kolekcjonerzy. O swojej twórczości mówi niewiele, choć przecież to artysta uhonorowany wieloma nagrodami i wyróżnieniami z Nagrodą im. Oskara Kolberga na czele. Wspomina początek własnej działalności artystycznej w 1968 roku, udział w wystawie z ojcem w 1972 roku. Nie bez satysfakcji jednak zaznacza, że prześcignął swojego mistrza w biegłości dłuta: „Ojciec tworzył prace bardziej prymitywne, chciałem robić lepsze, przyjemniejsze dla oka” – wyznaje.
I wszystko to prawda, każda rzeźba opracowana jest niezwykle starannie. Drobne cięcia dłuta wydobywają sylwetki Chrystusa, Marii, świętych, bohaterów historii i prozy życia, ponieważ Adam Szczepanik chętnie rzeźbi również sceny z życia wsi oraz przedstawienia dawnych zawodów. Jest bardzo przywiązany do historii Polski, więc nie brakuje w jego oeuvre rzeźb marszałka Piłsudskiego, prymasa Stefana Wyszyńskiego, papieża Jana Pawła II. Dokłada wszelkich starań, by oddać ich fizjonomiczne podobieństwo. Za namową prof. Mariana Pokropka tworzy płaskorzeźbę z wizerunkiem Matki Boskiej Kozielskiej, w której osadza należące do profesora guziki z mundurów polskich żołnierzy odnalezione podczas ekshumacji. Wizerunek staje się swoistą narodową relikwią Muzeum Sztuki Ludowej w Otrębusach – prezentowaną wszystkim zwiedzającym. Z Pokropkiem łączyły ich serdeczne więzi, sporo zatem w profesorskiej kolekcji świetnych rzeźb Szczepanika.
Skoro jesteśmy na Mazowszu, to nie może zabraknąć i przedstawień Matki Boskiej Skępskiej, zdaje się, że także powstałych pod wpływem profesora. Gładko opracowany złocony płaszcz zdobiony jest meandrami łodyżek, listków i stokrotek. Dzięki temu zabiegowi w wizerunku masywnej i dostojnej Madonny sporo jest świeżości. Lekki grymas, jakby dziecięca podkówka, zdradza, że to jeszcze królewna, której trudno przewidzieć odwieczne wyroki i plany.
Szczepanik nie boi się artystycznych wyzwań – rzeźbi w wiślanym piaskowcu, realizuje figury wielkoformatowe, jak mierzące dwa i pół metra przedstawienie Chrystusa Króla. W swojej twórczości wykazuje się niesłychaną cierpliwością i uporem, a do niektórych tematów wraca wielokrotnie, by stworzyć jeszcze lepsze wersje podejmowanych motywów.
Jak wielu dawnych artystów ludowych, nie boi się czerpać inspiracji z fabrycznej produkcji dewocjonaliów. Świadczy o tym choćby rzeźba Świętej Rity, którą przywiozłem od artysty w 2019 roku. Intrygująca kolorystyka, niespotykana w ikonografii świętej, staje się dużo bardziej zrozumiała, gdy napotykam w jednym ze sklepów z dewocjonaliami plastikową figurkę z Chin, w której wybrzmiewa fiolet. Ricie Szczepanika bliżej jednak do wiejskich kobiet, które twardo i bez żadnych przejawów egzaltacji stąpają po ziemi i pewnym gruncie własnych prawd oraz przekonań.
Takie są i anioły, które powołuje do życia nasz artysta. Drobne cięcia dłutem sprawiają, że materia prac wibruje, stwarzając wrażenie ruchu, ale bez cienia niepokoju. Bo pewne to dukty, które mają uświadamiać odbiorcom poziom kunsztu, pewności i cierpliwości w podejmowanych realizacjach. Manifestuje się w nich w jakimś stopniu charakter artysty – pogodny i przyjazny, ale bez tendencji do zbytniego spoufalania się.

Figury w ogrodzie Adama Szczepanika
fot. Ł. Ciemiński
Polichromia, którą pokrywa rzeźby, zawsze jest starannie wykonana, bazuje na jasnych, ale zdecydowanych barwach. Tu błękit jest błękitem, zieleń zielenią, a czerwień dokładnie taka, jaka powinna być. Nie ma tu niuansów kolorystycznych czy półtonów, jest dźwięk stanowczości raz dokonanego wyboru. Podobnie pomalowane są figury w ogrodzie przed jego domem. Czystość koloru to przecież wizytówka artysty.
Czasem przy konsternacji i zakłopotaniu etnografów rozbrzmiewa tam trombita. Odwołujemy się do swojej wiedzy o mazowieckich ligawkach, których adwentowe brzmienie miało być napomnieniem o zbliżającym się sądzie Bożym. Szczepanik wyznaje, że ten ludowy instrument poznał podczas pobytu w Bukowinie Tatrzańskiej i, zafascynowany jego budową oraz brzmieniem, postanowił podjąć się konstrukcji tych przedmiotów i muzykowania na nich. Całkowita swoboda wolna od etnograficznej presji.

Przedstawienie Matki Boskiej Licheńskiej autorstwa Adama Szczepanika
fot. Ł. Ciemiński
Podobnie wolny jest i w wyborze tematu. Nie brakuje tu popularnych w religijności ludowej patronów, pysznią się (jak nie przystoi świętym) i nie dają sprzedać piękny Antoni z Nepomucenem, zerka na nas i siostra Faustyna, a zza frasobliwego Chrystusa wyziera dostojny Miłosierny. Promienie wychodzą z jego serca jak czerwone i niebieskie wstążki. Nie brakuje tu i ptaków, masywnych, stojących na nogach z grubego drutu. Czasami to ptaki z mazowieckich łąk i lasów, innym razem z rajskiego ogrodu. Fantazyjna kolorystyka i te same wyraziste tony – żadne ptasie trele, raczej głos jak dzwon!
Na pociechę odchodzącym kolekcjonerom, którzy tym razem wracają bez ludowego trofeum, artysta wręcza wystrugane przez siebie w lipowym patyku kwiaty. Ni to gerbery, ni słoneczniki. Bezbarwne. Może to taka zachęta, by samemu spróbować nadać własnej rzeczywistości odrobiny koloru?
Trzykrotnie z kwiatkiem i kwitkiem wracałem i ja, gdy wisząca na ścianie pracowni artysty płaskorzeźba z wizerunkiem Matki Boskiej Licheńskiej tam pozostawała. Nie pomagały zachwyty i zapewnienia, że ona jest mi do szczęścia i zbawienia konieczna. „Nie” znaczyło tu zawsze to samo, do czego podchodziłem z szacunkiem, podejmując próbę podczas kolejnej wizyty. Wreszcie się udało.
Lekka lipowa deseczka i z dużą starannością odwzorowany obraz Bolesnej Królowej Polski w sukience koronacyjnej. Tylko aniołki dźwigające koronę bardziej rozbrykane. Spod króciutkich koszulin wystają bose nogi, którymi wierzgają na karminowym niebie. Złocista sukienka Marii, spuszczony wzrok i lekki uśmiech – mój bezmiar szczęścia. Kropelka złocistego miodu na serce, któremu nieswojo, gdy słyszy, że siły już nie te, że rzeźbić trudno. Znikają z półek kolejni święci, przerzedza się to ludowe niebo. Ostatni rzut oka na eksplozję kolorów w ogrodzie i bardziej niż kiedykolwiek aktualne zawołanie ze wstęgi licheńskiego obrazu: „udziel pokoju dniom naszym”!
Wólka Grodziska, dom w głębi ogrodu. Wiele jest takich na Mazowszu, mało który jednak posiada okno z widokiem na raj. Utracony i odzyskiwany niestrudzenie przez dziesiątki lat. Wśród kwiatów, któych odmian próżno szukać dziś w sypialniach wielkich miast - dwa filary jego świata - Chrystus i Maria. Wolnostojące figury stworzone przez Adama Szczepanika, który kontynuuje tradycje rzeźbiarskie przejęte od ojca, Ludwika, każdego roku jaskrawymi kolorami wyrywają odbiorcę z szarej codzienności.
Na zdjęciu Adam Szczepanik, fot. Ł. Ciemiński