W góry i do góry

[folk a sprawa polska]

„Należy jednak powiedzieć, że i sama muzyka huculska jest interesująca, a nawet swoiście piękna. Rytmy wydają się monotonne, melodyj niewiele, ale to wszystko ciągle się zmienia; skrzypek, albo grajek, grający na fłojerze, nigdy tak samo nie powtórzy tej samej nuty, a ciągłe i bogate melizmaty i upiększenia rozszerzają świat tej muzyki w jakąś, jak gdyby inną dymensję i ukołysują w nastrój starowieczny, który tak dobrze nadaje się do słuchania starych pieśni epicznych. I także w rytmach swych ma huculska pieśń surowe piękno, junacką rześkość i rozmaszystą młodzieńczość” – pisał Stanisław Vincenz w Aneksie w swym wielkim dziele, słynnej tetralogii Na wysokiej połoninie. Słowa te przypomina Jakub Żmidziński w wydanej niedawno przez wrocławską oficynę A Linea książce Wzór nieznany. Stanisław Vincenz a muzyka. Rzecz, która – gdy trafi w ręce – skłania jednocześnie do czytania, jak i… słuchania.
Huculszczyzna jako inspiracja powracała przecież w twórczości niektórych bardzo cenionych polskich wykonawców. Warto wciąż sięgać do niej, bo jej słuchanie jest nadal wstrząsająco ożywczym doświadczeniem, a w czasach internetu i powszechnego dostępu do niemal wszystkiego, co ludzkość wymyśliła w dziedzinie muzyki – nie jest to zadanie trudne.
Mam wrażenie, że dla znacznej części słuchaczy, również (zwłaszcza) tych, którzy swe zainteresowania lokują wokół polskiego folku, pierwszym (lub jednym z pierwszych) kontaktów z muzyką huculską mogły być nagrania Kwartetu Jorgi. Bracia Rychli, jeśli mnie pamięć nie myli, już na swej pierwszej płycie analogowej, a chyba i na drugiej także, przywoływali ducha huculskiej muzyki, po swojemu ją fenomenalnie interpretowali. Jeśli prawdą jest, że te ich wczesne nagrania były dla wielu późniejszych muzyków inspiracją, by pójść tą artystyczną ścieżką (nie dziwię się – urok tych utworów był nieodparty), to w jakimś przynajmniej drobnym, symbolicznym sensie stały się zalążkiem przyszłej sceny folkowej. A wśród nich i te huculskie nuty.
Równie przejmująco, choć odmiennie w sensie estetycznym, interpretowali je członkowie innej legendarnej formacji – Orkiestry św. Mikołaja. Popularni Mikołaje mieli o tyle „lepiej”, o ile bliżej źródła stanęli, gdyż zrealizowali przecież niezapomnianą i wciąż zachwycającą swym żarem oraz energią płytę z Romanem Kumłykiem – prawdziwym klasykiem tego grania – i jego kapelą Czeremosz. Płytę zatytułowaną „Huculskie muzyki”. Polscy słuchacze byli w na tyle szczęśliwym położeniu, że artysta nie dość, iż koncertował w naszym kraju, to wydał tu też własną wspaniałą płytę, nagraną z kapelą Czeremosz (pod jakże zwykłym tytułem „Czeremosz. Huculska kapela Romana Kumłyka”).
Skoro o skarbach fonografii mówimy, to nie wolno nam też zapomnieć o dwóch fantastycznych płytach rodzinnej kapeli Tafijczuków, wydanych przez oficynę Koka pod wszystko mówiącym tytułem „Huculszczyzna. Muzyka ukraińskich Karpat” – część 1 i 2.
Zasłuchując się w tej muzyce, dając się jej porwać, warto wrócić do wielkiego dzieła Stanisława Vincenza. Warto też pójść śladem Jakuba Żmidzińskiego i sprawdzić, dokąd zaprowadzić nas może lektura Na wysokiej połoninie i jej interpretacja. Bo raptem okazać się może, że nie na samej muzyce, nie na samej kulturze i nie tylko na górach rzecz się kończy. I nie tylko o Huculszczyznę tu chodzi. Bo może rzeczywiście pisarz w swym dziele tworzy równocześnie zgoła „pejzaż mistyczny”?
Warto to sprawdzić, ale dla naszych rozważań fundamentem niech pozostanie muzyka (choć huculskie granie świetnie się z tym wszystkim rymuje). Żmidziński pisze: „Kto nie śpiewa, temu grozi niebezpieczeństwo – sugeruje Vincenz, a śmierć pojmuje zapewne w kategoriach duchowych; oto w »Barwinkowym wianku« przytoczona jest huculska przyśpiewka, której treść w tłumaczeniu na język polski brzmi tak: Oj, gdybym ja nie śpiewała i nie pohukiwała,/ Dawno by mi już kukułka na grobie kukała. Śpiewajmy więc, a nawet pohukujmy, byle z mądrością, byle wbrew komercyjnym i medialnym opresjom.
Wobec powracającej w ostatnim czasie uporczywą medialną czkawką, pretensjonalnej i z gruntu nieprawdziwej tezy (powtarzanej z większym lub mniejszym namysłem), że „przecież wszyscy słuchamy disco polo”, chciałoby się usłyszeć zdanie: „przecież wszyscy czytamy Vincenza, nawet jeśli się do tego nie przyznajemy”. Świat byłby wtedy chyba nieco piękniejszy i bardziej harmonijny, że o wrażliwości i mądrości nie wspomnę.

Tomasz Janas

Skrót artykułu: 

„Należy jednak powiedzieć, że i sama muzyka huculska jest interesująca, a nawet swoiście piękna. Rytmy wydają się monotonne, melodyj niewiele, ale to wszystko ciągle się zmienia; skrzypek, albo grajek, grający na fłojerze, nigdy tak samo nie powtórzy tej samej nuty, a ciągłe i bogate melizmaty i upiększenia rozszerzają świat tej muzyki w jakąś, jak gdyby inną dymensję i ukołysują w nastrój starowieczny, który tak dobrze nadaje się do słuchania starych pieśni epicznych. I także w rytmach swych ma huculska pieśń surowe piękno, junacką rześkość i rozmaszystą młodzieńczość” – pisał Stanisław Vincenz w "Aneksie" w swym wielkim dziele, słynnej tetralogii "Na wysokiej połoninie". Słowa te przypomina Jakub Żmidziński w wydanej niedawno przez wrocławską oficynę A Linea książce "Wzór nieznany. Stanisław Vincenz a muzyka". Rzecz, która – gdy trafi w ręce – skłania jednocześnie do czytania, jak i… słuchania.

Autor: 
Dział: 

Dodaj komentarz!