
Remek Mazur-Hanaj
Kazimierz Dolny, czerwcowy weekend świętojański, plus 40 w słońcu jarzącym. Świetliki ładują baterie na nocne esy floresy. Od południa zbliża się jakaś dziwna chmura, która za godzinę może rozpętać burzę z gwałtowną ulewą. Dwie tęgie, wiekowe śpiewaczki w wełnianych strojach kołyszą się, podtrzymując wzajemnie, na nierównym kazimierskim bruku. Właśnie wysiadły z busa, który dowiózł je na rynek z oddalonej o kilka kilometrów kwatery noclegowej. To niewątpliwie jakaś niedogodność. Kwatery w centrum lub blisko niego, nie te drogie hotelowe, tylko zwyczajne, są nieco zminiaturyzowane, jakby dla mniejszych ludzi, już samym swoim staniem wypełnia człowiek w takim pokoiku przestrzeń między łóżkiem a stołem. Trzeba też pokonać schody wystrugane dla małych stópek. I tak dalej. Do innych noclegów z kolei trzeba wspinać się pod górkę. Raz pani Zosia Sulikowska, śpiewaczka z Chełmskiego, przyjechawszy do Kazimierza, zadzwoniła do mnie: „Remeczku” – mówi. – „Zrób coś, ja nie mogę tyle wchodzić taką stromizną, jestem sercowa, miałam zawał, może by mi organizatorzy zmienili kwaterę”. Ja na to: „Pani Zosiu, trwa festiwal, może być z tym kłopot, najprościej, jak pani wprowadzi się do nas”. Byłem już jurorem, a wybraliśmy się wtedy rodzinnie, z żoną, synkiem oraz moją siostrą i trafił nam się akurat duży pokój na niskim poddaszu w nowym budynku. Miło było spędzić razem z serdeczną i rozmowną panią Zosią dwa dni.
W ogóle kiedyś było lepiej i mam wrażenie, że festiwal był traktowany przez władze Kazimierza oraz działające tam podmioty gospodarcze jako bardziej prestiżowe wydarzenie niż dzisiaj. Od 17 lat flagową imprezą w miasteczku jest Festiwal Dwa Brzegi, na który zjeżdżają się dobrze sytuowani miłośnicy kina i gwiazdy filmowe. Kultura ludowa, jak wiadomo, z różnych powodów stoi w hierarchii niżej niż przemysł filmowy. OFKiŚL nie może już liczyć na niegdysiejsze ulgi, a budżet, odkąd pamiętam, zawsze miał ograniczony. Niedostępny jest już dla uczestników hotel SARP przy samym rynku. Mieszkali w nim artyści festiwalowi, jurorzy czy wysłannicy Polskiego Radia (akurat ci ostatni dzisiaj mają do dyspozycji lepszą ze względów nagraniowych synagogę). Można było schronić się tam szybko czy przebrać w razie deszczu, chłodu bądź odetchnąć w czasie upału.
Ale najważniejsze chyba w SARP-ie były toalety – nie dość, że w pokojach, to jeszcze na dole, dostępne teoretycznie tylko dla gości hotelowych, ale w praktyce dla wielu innych również. Trudno było obsłudze rozeznać się wśród ludzi poruszających się po obiekcie raz w stroju, raz po cywilnemu. A plakietkę wszyscy mieli, więc machano ręką. Stare dobre czasy. Na którymś z ostatnich festiwali ucinałem sobie pogawędkę ze znajomą śpiewaczką, którą cenię za poczucie humoru, i ona mówi nagle: „No, panie Remku, dobrze się gada, ale niedługo moja kolej występowania, a muszę wcześniej posprzątać w toi toiu”. Wyraźnie zadowolona z mojej rozdziawionej miny, tłumaczy od razu: „Bo ja się tam ledwo mieszczę, a jak się obrócę w tę i nazad w tych wełniakach, to wszystko, co inni zostawią, wycieram do sucha”. Coraz więcej uczestników przesiaduje więc w kawiarnianych ogródkach, gdzie można skorzystać z toalety, tylko trzeba coś zamówić.
Ale i dawniej bywało, że artyści narzekali w związku z tym tematem. Muzykanci w Kazimierzu, nawet leciwi, wypijali sobie piwko, czasem niejedno. No jak tu być w Kazimierzu, w konkursie i nie wypić piwka? Czasem im towarzyszyłem, kiedy nie byłem jurorem oczywiście. No i jeden skrzypek do mnie pewnego razu w te oto słowa: „Panie, ja takiego stroju nigdym nie miał, ani mój ojciec, a tu tak zarządzone jest. Kto widział, żeby w taki gorąc w tych wełniakach chodzić, a najgorsze, że rozporka ni ma, wyszczać się nie można jak człowiek”. Śpieszę wyjaśnić, że na wsi to wyrażenie nie było wulgaryzmem. „Ale pierwszą nagrodę pan zdobył”. „No zdobyłem”. „To i opłacało się pomęczyć trochę z tym strojem” – odpowiedziałem na koniec, śmiejąc się. Jednak w duchu przyznałem mu rację. Bo to w tym wieku zazwyczaj są już problemy z prostatą, za potrzebą trzeba biegać częściej, a tu najpierw tkaną krajkę zawiązaną w pasie należy odwinąć, spodnie opuścić, koszulę zadrzeć do góry, krajkę zdjętą trzymać w jednym ręku albo koledze dać do potrzymania. Potem portki podciągnąć, koszulę wpuścić, krajką się zawinąć i zawiązać ją. Niby proste, lecz z dziesięć razy dziennie wykonywane może się znudzić.
Nie piszę tego, żeby wrzucać kamyczki do ogródków. Organizatorzy festiwalu wprawdzie działali zawsze według trochę dziwnych jak dla mnie standardów, ale starali się dotąd, jak mogli. Państwo w postaci MKiDN wykłada co roku okrągłą sumę, chociaż tu można powiedzieć zawsze, że nie zaszkodziłoby trochę więcej. Ale jakoś się spina. Radiowe Centrum Kultury Ludowej każdą edycję solidnie dokumentuje dla ogólnopolskiej anteny. System wyłaniania artystów do Kazimierza w poszczególnych regionach nie działa już tak dobrze jak w czasach socjalistycznego centralizmu, ale co roku pojawia ich się tyle samo, a nawet więcej. Owszem, kłopoty sprawiała i sprawia trudna logistycznie oraz infrastrukturalnie lokalizacja festiwalu. Jednak zawsze się mówiło, że artyści ludowi lubią tu, do Kazimierza, przyjeżdżać (to prawda) i to się najbardziej liczy. Miasteczko, jak wszyscy wiemy, jest wyjątkowo malownicze, a jego położenie symboliczne, nad królową rzek polskich. To właśnie lokalne miejscowości ze swoimi jarmarkami, odpustami, barokowym kościołem i bóżnicą, a nie duże miasta, stanowiły zawsze dla wsi najważniejszy kulturowy i cywilizacyjny punkt odniesienia. To, że cała ta machina czasem się zacina, raczej nie stanowi problemu, to normalne. Co więc sprawia, że wiele osób ma wrażenie, iż trochę pęka kazimierski mit. Chyba dzieje się tak dlatego, że pęka mit polskiej, historycznej, skansenowskiej wsi. Czyli to, co było podwaliną, przyciesią festiwalu, jego sosrębem i jego piecem.
To mit wsi królewskiej i szczęśliwej, a jego symbolem jest król Kazimierz Wielki co roku budowany na rynku festiwalowym wedle projektu znanego w swoim czasie scenografa Adama Kiliana. W istocie to mit wsi feudalnej z dodanymi konserwantami PRL-owskimi, z wygumkowaną pańszczyzną. Ten mit jest na potęgę w ostatnich latach dekonstruowany. No i dobrze. Ktoś może zapytać, czy odmawiasz zatem niewolnikowi prawa do szczęścia? Przecież bywał szczęśliwy mimo wszystko, mimo całej swojej krzywdy i społecznego upośledzenia. I wyrażał to swoje szczęście i nieszczęście w muzyce. I o tym jest ten festiwal. Ale ja przecież nie mówię, że nie. Ja tylko chciałem zauważyć, że dzisiaj artyści ludowi jeżdżą także na inne festiwale, np. do Szczecina (Turniej Muzyków Prawdziwych), żeby pozostać przy przykładzie najdobitniejszym, czyli do dużego miasta, do którego z wielu regionów Polski jest tak samo daleko jak do Berlina albo i dalej. Na festiwal, jaki odbywa się w nowej Filharmonii, miejscu, którego charakter (akademicki, związany ze sztuką wysoką) oraz awangardowa, zupełnie niekolorowa, a wręcz przeraźliwie biała wewnątrz i na zewnątrz architektura, od jakiej mnie kręci się w głowie, są czymś tak obcym tradycyjnemu artyście wiejskiemu, jak tylko być mogą. Oczywiście do tego jest świetne nagłośnienie, są na miejscu toalety, garderoby, windy, piwo, kawa, lemoniada. Może więc po prostu warto robić festiwal normalny, a nie mityczny?
Zwłaszcza że temat niestylizowanej muzyki tradycyjnej, a i szczególna idea festiwalu skupiająca się na tych najstarszych melodiach i tekstach, już niedzisiejszych (z perspektywy wsi przynajmniej) nie zawsze znajdują zrozumienie wśród zwykłych ludzi na prowincji, nawet tych, którzy aspirują do lokalnych elit. Jeden z naprawdę dobrych zespołów śpiewaczych z Roztocza, świeżo zdobywszy Złotą Basztę w Kazimierzu, postanowił zaśpiewać pieśni, które mu przyniosły ogólnopolską chwałę, czyli tzw. basztówki, u siebie na dożynkach. Po wszystkim kobiety były zdruzgotane dysonansem poznawczym, który przeżyły. Wójt zatykał demonstracyjnie uszy, szczerząc we wszystkie strony zęby, młodzi gwizdali. No koniec już kobity tego zawodzenia, to dożynki, a nie pogrzeb! Nauczta się śpiewać itp. Tłumaczenie, że to pieśni weselne i „tak śpiewali nasze ojce”, nikogo nie interesowało.
Jedna sytuacja festiwalowa, gdzieś z czasów milenijnego przełomu, dała mi szczególnie do myślenia, bo okazało się, że muzykant w stroju ludowym, mówiący gwarą może być dla swoich rodaków tym słynnym antropologicznym „obcym”. Na stacji benzynowej w Kazimierzu natknąłem się na Tomka Kicińskiego, świetnego wielkopolskiego dudziarza, który przystanął, postawił swoją elegancką walizeczkę z dudami na ziemi i zaczęliśmy gadać, a właściwie to Tomek opowiadał swoje nowe kawały. Umie to robić jak mało kto. W pewnej chwili zajechał polonez, z którego wysiadło trzech barczystych dresów, już mieli iść do sklepu, ale skręcili do nas. Kto zna Tomka, ten wie, na czym polega magnetyzm, który roztacza. To oczywiście dudy, skrzypce i kawały. Ale też coś jeszcze. Oczy. Tak jasnoszare, że już prawie nie szare, a w środku czarne źrenice. Stoi więc trzech dresów przed nami i wszyscy wgapiają się w Tomka, który właśnie kończy kawał. Wreszcie jeden odwraca głowę w moją stronę: „Skąd jesteś?”. „Z Warszawy” – mówię. I pokazując palcem na Tomka: „A ten to kto?”. Mówię: „Kolega, muzykant”. „Skąd on jest?”. „Z Wielkopolski”. Kręci głową: „Z Wielkopolski? On nie mówi po polsku”. „Mówi, tylko gwarą” – ja na to. Chwila milczenia, panowie przenoszą wzrok na walizkę, a jeden wyciąga w jej kierunku palucha i pyta: „To twoja walizka?”. Kiedy czuję, że robi się grubo, przełączam się nieświadomie na intuicyjny tryb działania. „Nie moja” – odpowiadam. „A czyja?”. „Jego”. „A co on tam ma?”. „Ludzką skórę”. Dresiarze patrzą na walizkę, potem na Tomka, znów na walizkę i znów na Tomka. Po czym odchodzą w kierunku sklepu.
I co ja to jeszcze chciałem powiedzieć? Że moi rodzice byli ze wsi (lubelskiej). Że ja też lubię jeździć do Kazimierza. I gdzie indziej też lubię jeździć. Oglądać świat w ogóle lubię, zobaczyć jeszcze to i owo.
Remek Mazur-Hanaj
Redakcja na stronie Julia Wolny, studentka e-edytorstwa i technik redakcyjnych.
Kazimierz Dolny, czerwcowy weekend świętojański, plus 40 w słońcu jarzącym. Świetliki ładują baterie na nocne esy floresy. Od południa zbliża się jakaś dziwna chmura, która za godzinę może rozpętać burzę z gwałtowną ulewą. Dwie tęgie, wiekowe śpiewaczki w wełnianych strojach kołyszą się, podtrzymując wzajemnie, na nierównym kazimierskim bruku. Właśnie wysiadły z busa, który dowiózł je na rynek z oddalonej o kilka kilometrów kwatery noclegowej.
fot. A. Kusto: Kazimierz 2021