
Jej obrazy to coś więcej niż motywy kwiatowe kojarzące się większości ludzi, którym nazwisko artystki nie jest obce. Między soczystymi barwami zawarła przede wszystkim egzystencjalną opowieść o swoim życiu, które jest odzwierciedleniem losów Ukrainy.
Monika Mellerowska
To wśród wymalowanych dróżek ukraińskiej wsi wyczytujemy tamtą codzienność. W barwach płatków kwiatów przelewa się czerwień krwi, z granatu – tak częstego motywu obrazów Kateryny Biłokur – wyziera smutek, czasem tylko słońce w pojedynczych żółcieniach dzwonków i jaskrów.
Za talent i chęci do jego wyrażania od dzieciństwa była bita po rękach, tych samych, które w przyszłości wykażą się takimi zdolnościami. Sama później będzie robiła pędzle z sierści zwierząt, a z soków ziół, warzyw i owoców – farby. Będzie bez lęku realizować to, co jej darowane od narodzin – skromnych, gdyż nikt ani nie przewidział talentu, ani nie chciał go przyjąć. W wiejskiej chacie na ukraińskiej podkijowskiej wsi Bohdaniwka przycupniętej nad potokiem Wysuszka Kateryna Wasyliwna Biłokur przychodzi na świat na początku stulecia feministycznych przełomów. Może to naznaczenie niejako popycha ją do walki o marzenia, wbrew oczekiwaniom rodziny o szybkim zamążpójściu? Z determinacją walczy o siebie i talent, który w niej pulsuje „niczym lawa w wulkanie kołchozowej biedy”. Nie uchyla się od prac gospodarczych, co akurat zarzuca jej otoczenie, ale kiedy podrasta, do pracy w kołchozie nie chodzi. W ciemności nocy wykrawa tę cząstkę życia, która jest ujściem dla talentu. Nocą Biłokur najczęściej maluje. Za dnia stawia sztalugi w przydomowym ogrodzie, tym samym, który wiele lat po jej śmierci będą oglądać odwiedzający poświęcone artystce muzeum.

Halyna Kalczenko, Kateryna Biłokur, rzeźba gipsowa, 2007
fot. Bumbaka / Wikimedia
Z tego ogrodu być może wzięły się żywe barwy jej obrazów, natura przeniesiona prosto z łąki na płótno. Wrażliwości Biłokur nie można odmówić. Tak samo jak determinacji. Przejawiały się one nie tylko w sokach wyciskanych prosto z łąki, nie tylko w zapracowanej w domostwie dziewczynce, a później młodej kobiecie, która noce dzieliła z talentem, wtedy go realizując. Uobecniały się i wówczas, gdy odrzucona przez sowiecki system, a przez to nieprzyjęta do technikum artystyczno-ceramicznego, wrzuciła przez płot szkoły swoje prace. Jaka w niej musiała być siła, niezrażona wykluczeniem ani reperkusjami z tego wynikającymi, że tak nadawała swoją wiadomość S.O.S., upatrując tylko w takim sposobie działania możliwość rozwoju i zaistnienia? Pragnienie Biłokur, by malować, było ekstremalne.
O tym, że lubiła tworzyć w ogrodzie, wiemy z kilku zachowanych fotografii artystki i autoportretów. Widać na nich najpierw stojącą wśród kwiatów młodą dziewczynę z roześmianymi oczami, w których nie sposób ukryć Katerynie radości ze spełnienia. Później, szczególnie na autoportretach, widać upływające lata, a jej twarz jest zesmutniała historią, być może niespełnionym marzeniem, oczy – zamknięte w siatce zmarszczek – iskrzą nadal.
Marzeniem Biłokur były wystawy w największych galeriach światowych. Bynajmniej nie była to u niej oznaka pychy, raczej chęć podzielenia się cząstką jej ziemi umiłowanej, wsi ukraińskiej, o której istnieniu mało kto na świecie słyszał, którą mało kto sobie wyobrażał. Była nawet w swojej wyobraźni, a może tam przede wszystkim, mityczną artystką, choć w rzeczywistości zdawała się wystarczać jej ta kraina, która była jej inspiracją. Kiedy przyszły galerie w Paryżu czy Moskwie, była już starsza, być może kolory marzenia już zbladły. Jednak fakt, że w końcu weszła na salony, że usłyszał o niej kawałek świata, nie wpłynął na sposób bycia Kateryny. Na zawsze pozostała dziewczyną z bohdaniwskiej chaty, za której oknami pysznią się kwiaty w całej palecie barw. Jej obrazy mogły istnieć nawet bez biografii autorki. Ich plastyczność broniła się sama, symbolizując tło dla przestrzeni i czasów, w jakich powstawały. Tym samym stanowią nie tylko sztukę opartą na ludowej, ale i opowieść o historii.
Jej obrazami, kiedy już wkroczyły na salony światowych galerii, zachwycał się sam Pablo Picasso (czego Biłokur nie była świadoma, dzieliła ją nie tylko fizyczna odległość, ale przede wszystkim mentalna przepaść różnych światów, w których spotkała się sztuka). Zbyt późno? Ironia losu tej artystyczne i systemowej dysydentki pokazuje, że nie do końca było to najgorsze, co mogło spotkać Biłokur. Bo gdyby jednak po drodze były te akademie, studia i jej waleczny temperament – przecież lubiła czasem głośno wyrażać swoje poglądy polityczne, jak wtedy, gdy jako córka tych, którzy nie poddali się ustrojowi, pozostając na indywidualnym gospodarstwie, Stalina chciała zamknąć w klatce – kto wie, czy nie znalazłaby się raczej na liście straconych przez system, rozstrzelanych aktywistów, niż została cenioną przez samego autora „Guerniki” malarką.
Zresztą nie tylko nią była Biłokur. Zagłębiając się w strzępki jej biografii, warto zwrócić uwagę na jej literacką wrażliwość. Ta niewykształcona dziewczyna, bo przecież nie ukończyła nawet siedmiolatki, jest autorką listów, z których – choć pisane koślawą cyrylicą, choć trudno w nich doszukiwać się górnolotnych stwierdzeń – zapewne można wyczytać życie.
Najwięcej zachowało się tych pisanych do Stefana Taranuszczenki i Dmytra Kosaryka – jej „opatrznościowych rozmówców”, jak Oksana Zabużko określa odbiorców wiadomości Biłokur. Pisze w nich Kateryna oszczędnymi słowami, bo zdecydowanie łatwiej przychodzi jej malowanie, to wynika przecież z jej natury. Jednak te romanse epistolarne (to znowu określenie Zabużko) to przede wszystkim najbogatsze źródło informacji o życiu malarki.
Jeszcze wyczytywanie książek ze szkolnej biblioteki było namiętnością Kateryny. To z nich chłonęła życie, sama ucząc się czytać. Podobnie jak malować. Bez dostępu do muzeów, albumów pełnych sztuki, podpatrując jedynie przyrodę, nauczyła się i wypracowała własny styl. Podobno w warsztacie malarskim pomagał jej sam piszący ikony ze Smotryków. Stąd to ikoniczne przedstawianie natury. I z mistycznych doznań, bo jak inaczej odczytać jej słowa z jednego z listów: „jak Bóg szepnie w duszę”? Szeptał widać Bóg w duszę Biłokur.
Sama o sobie artystka niewiele mówiła, podobnie jak niewielu o niej napisało. Dotychczas ukazały się dwie książki na temat jej życia – ta dziennikarki Walentyny Kłymenko i artystki Iryny Pasicznyk oraz Kateryna Biłokur: outsider, artysta ludowy, plastyk? autorstwa Oksany Zabużko, Jennifer Cahn i Adrienne Kochman. Pierwszą możemy odczytywać raczej jako owoc wystawy twórczości Biłokur, jednak w obydwu to listy malarki są głównym źródłem wiedzy na temat jej życia.
Kateryny najpierw nie było, istniała jedynie pod niebem Bohdaniwki i w swoich marzeniach. A później się objawiła – z zacisza wiejskiej chaty, z dźwięków piosenki Oksany Petrusenko „Na łące kalina”. I nie dowiemy się już, czy na artystkę podziałał tak głos sopranistki, czy słowa piosenki o gorzkim losie poniewieranej kaliny, w których się odnalazła. Dość powiedzieć, że natchniona tym utworem skreśliła list do Petrusenko. Ten sam, który miał moc otwierania wymarzonych drzwi do galerii.
Listy Kateryny to opowieść pisana językiem prostego życia, w codzienności z dala od miast, na zapomnianej, wyrugowanej z pamięci wsi. Pierwszy ich zbiór wydrukował miesięcznik „Witczyna” w 1982 roku. Wtedy był on sensacją w świecie literackim. Artystyczny nadal zdawał się ukraińskiej malarki nie dostrzegać.

Kateryna Biłokur, rzeźba w drewnie, Bohdaniwka, ok. 1950
fot. Bumbaka / Wikimedia
Ta jej niewykorzystana aktywność, ta niemożność działania dalej niż granice Bohdaniwki była katalizatorem nadaktywności twórczej Biłokur. Może dlatego przylgnęło do niej za życia niespełnione „ja budu chudożnikom!”?
Najlepsze lata Kateryny Biłokur zginęły bezpowrotnie – z młodością i obrazami (bo wiele z nich nie przetrwało zawieruchy czasu, jak te jedenaście z Muzeum Połtawskiego czy dwa z wystawy w Paryżu), jednak uroda i geniusz tej, o której ukraiński poeta i etnograf Taras Szewczenko mówił, że przed nią „na siedem sążni w głąb płonęła ziemia”, pozostały ciągle świeże. Umarła, marząc o ujrzeniu swojej twórczości w największych galeriach świata. Nie dla własnego rozgłosu, a dla chwały ziemi. Ukraińskiej łąki, stepów po horyzont.
Ostatecznie, uznana za jedną z najwybitniejszych artystek ukraińskich, doczekała się nawet ulicy w Kijowie. Czy tylko dziś istnieje jeszcze ulica z jej imieniem? Zapewne nie kwitną już na niej kwiaty, wygląda raczej jak z obrazu tego, który ją podziwiał, sam będąc wielkim artystą światowej sławy. Ulica Kateryny Biłokur w Kijowie dziś jest raczej ukraińskim przedstawieniem wojennej Guerniki niż kwietną łąką obrazującą miłość artystki do tego, co niosło jej życie na ukraińskiej wsi.
Monika Mellerowska
Cytaty pochodzą z książki: O. Zabużko, Planeta Piołun, Warszawa 2022.
Jej obrazy to coś więcej niż motywy kwiatowe kojarzące się większości ludzi, którym nazwisko artystki nie jest obce. Między soczystymi barwami zawarła przede wszystkim egzystencjalną opowieść o swoim życiu, które jest odzwierciedleniem losów Ukrainy.
fot. Bumbaka / Wikimedia: aut. Halyna Kalczenko, Kateryna Biłokur, rzeźba gipsowa, 2007