
Karolina Waszczuk to dyrektorka programowa Festiwalu Re:tradycja – Jarmark Jagielloński. Agata Turczyn pełni funkcję koordynatorki wydarzenia. Współtworzą też zespół Pracowni ds. Kultury Tradycyjnej w Warsztatach Kultury w Lublinie. W rozmowie z Agnieszką Górą- Stępień opowiadają, jak wyglądała tegoroczna edycja festiwalu, dlaczego zdecydowały się na zmianę nazwy wydarzenia i jak łączą współczesność z tematem tradycji.
Zacznijmy od ostatniej edycji. Jak wyglądała?
Karolina Waszczuk: Festiwal Re:tradycja ma zawsze swój temat przewodni. Tegoroczna edycja była poświęcona przede wszystkim tańcowi tradycyjnemu, co było widoczne w wielu punktach programu. Począwszy od wystaw, warsztatów czy spotkań…
Agata Turczyn: …kończąc na dużej scenie…
K.W.: …i potańcówkach. Wszędzie tam taniec był obecny. Staramy się, żeby program festiwalu był przystępny, ciekawy i zachęcający. Zarówno dla osób, które temat dziedzictwa znają bardzo dobrze i chcą poszerzać swoją wiedzę oraz umiejętności, jak i tych, które z takimi wątkami spotykają się po raz pierwszy albo nie wnikają tak głęboko w tkankę tradycji. W tym roku sposobem na poznanie tańca tradycyjnego – i dla początkujących, i dla już roztańczonych – była też Letnia Szkoła Tradycji, która powstaje we współpracy z Fundacją Kultura Enter. Były to cztery dni warsztatów podzielonych na grupy tematyczne, ale także biorących pod uwagę poziom zaawansowania uczestników.
Czy zmianie nazwy festiwalu towarzyszyła również chęć podkreślenia współczesnego podejścia do tradycji? Jak powinniśmy rozumieć tę nazwę? Wcześniej przecież był to po prostu Jarmark Jagielloński.
K.W.: Tak, wcześniej był to Jarmark Jagielloński. Sama nazwa kojarzyła się wszystkim z programem rzemieślniczym, przyjazdem twórców, z prezentacją sztuki ludowej i handlem. Natomiast program festiwalu od początku był rozwijany i ukierunkowywany na temat wielu różnych przejawów tradycji – nie tylko rzemiosła. Przyszedł więc moment, kiedy postanowiłyśmy odzwierciedlić to wyraźniej także w tytule wydarzenia. Zmieniając nazwę, chciałyśmy też zaznaczyć, że w tym festiwalu jest coś więcej – spojrzenie na tradycję z perspektywy współczesnego twórcy, artysty, badacza. W 2016 roku rozpoczęliśmy organizację koncertu pod hasłem re:tradycja, który łączył artystów współczesnych z muzykami tradycyjnymi. Była to kooperacja, w której artyści znani szerszej publiczności poznawali muzykę tradycyjną, melodie i pieśni, a wspólnie z mistrzami występowali na scenie. Dzięki temu zachęcaliśmy publiczność do przyjścia i poznania muzyki ludowej.
A.T.: Miałyśmy pod ręką nazwę re:tradycja, która funkcjonowała już jako tytuł koncertu. Stwierdziłyśmy, że byłby to odpowiedni tytuł dla całego festiwalu. Mogłyśmy przez to już na wstępie pokazać, że w ramach wydarzenia odbywa się o wiele więcej niż same targi sztuki ludowej. To nie tylko stoiska twórców, które odwiedzić można za dnia, ale też np. nocne koncerty, które są organizowane od prawie 20 lat. Natomiast niektórzy zatrzymywali się tylko na programie dziennym, nie mając świadomości, że jest coś poza tym.
K.W.: Stwierdziłyśmy, że człon „re” lepiej odzwierciedla program festiwalu i daje sygnał, iż chodzi o reinterpretację dziedzictwa, nowe spojrzenie, szukanie kolejnych ścieżek. Łączenie świata tradycji ze światem współczesnym prezentujemy bowiem w wielu innych, bardzo różnorodnych działaniach festiwalowych. Świat się zmienia, ewoluuje i chcemy pokazać, że to zauważamy, a nie podważamy tego faktu. Nie przeszkadza to w czerpaniu z tradycji i odwoływaniu się do niej – ważne jest dla nas jednak to, by odbywało się to świadomie i z poszanowaniem źródła.
Czy po tej zmianie widać większe zainteresowanie wydarzeniem?
A.T.: Badamy naszą publiczność (w 2017 i 2023 roku odbyły się duże badania ilościowe, a w 2024 jakościowe) i wiemy, że oprócz osób, które wracają, jest też sporo nowych odbiorców. Być może jest to kwestia nazwy, komunikacji i promocji wydarzenia.
Nazwa brzmi nowocześnie.
K.W.: Na pewno od kilku lat zainteresowanie tematyką wzrosło, co znajduje odzwierciedlenie np. w liczbie uczestników organizowanych podczas festiwalu spotkań. Większa jest także publiczność na pokazach filmowych. Może dzięki zmianie nazwy program wydarzenia jest wnikliwiej przeglądany przez osoby przyjeżdżające na festiwal, bo domyślają się one, że znajdą tu wiele różnych propozycji.
A.T.: Może ta zmiana zachęca też ludzi, którym wydarzenie nazywane jarmarkiem kojarzyłoby się tylko z handlem. Nowa nazwa skłania do zatrzymania się na dłużej i sprawdzenia, co się za nią kryje.
Od jak dawna zajmujecie się festiwalem?
K.W.: Zajmuję się organizacją festiwalu od pierwszej jego edycji, czyli od 2007 roku.
A.T.: Ja przyszłam do zespołu 10 lat później. To już ósmy rok pracy.
Jaka jest wasza rola w tym festiwalu?
K.W.: Od kilku lat jestem dyrektorką programową. Zostałam w 2007 roku za proszona do współpracy przez pana dy rektora Grzegorza Rzepeckiego i Piotra Zieniuka. Na początku zajmowałam się przede wszystkim twórcami ludowymi, zapraszaniem rzemieślników, współpracą z mistrzami z Polski, Ukrainy i Białorusi. W kolejnych latach przejmowałam więcej obowiązków, coraz bardziej angażowałam się w budowanie programu festiwalu, który w pierwszych edycjach mocniej nawiązywał do dziejów miasta, szlaku jagiellońskiego i tematu związanego z historią jarmarków lubelskich. W pewnym momencie postanowiliśmy skupić się przede wszystkim na kulturze tradycyjnej i jej przejawach.
A.T.: Ja zajmuję się Jarmarkiem Jagiellońskim, czyli twórcami ludowymi, którzy na ulicach Starego Miasta prezentują swoje tradycje i wyroby. Odpowiadam za ich przyjazd i pobyt w Lublinie. Mamy jeszcze koleżankę, Magdę Zaworską, która zajmuje się częścią warsztatową festiwalu. I chociaż każda z nas skupia się na realizacji innego modułu, to i tak pomysły dotyczące całego programu latają tu, nad naszymi biurkami i wspólnie uzgadniamy, co pojawi się podczas danej edycji Re:tradycji.
Czy na festiwal wracają ci sami rzemieślnicy i artyści, czy ciągle udaje się znaleźć kogoś nowego, kto przyjedzie do Lublina?
A.T.: Ciągle udaje się nam znaleźć nowych twórców, którzy wcześniej u nas nie byli, co pokazuje, że temat jest bardzo szeroki i ciągle się rozwija. Zdarza nam się oczywiście usłyszeć skargi od odbiorców, że tym razem nie spotkali w Lublinie swoich ulubionych rzemieślników. Ale ta rotacja jest potrzebna i dla urozmaicenia, i po to, by pokazać, że tradycja jest wciąż bogata, a w kolejnych regionach żyją osoby, które mogą pięknie zaprezentować swoje dziedzictwo.
Przyjeżdżają do nas różni twórcy i twórczynie. Niektórzy faktycznie uczestniczą w przekazie rodzinnym z pokolenia na pokolenie. Innym razem ten przekaz został przerwany i ktoś wraca do tradycji, którą kontynuowała jego babcia, ale nie było okazji, żeby przejąć od niej te umiejętności. Czasami ktoś po prostu postanawia zająć się jakąś dziedziną i to też jest ciekawe – staje się samoukiem albo idzie na przyuczenie do mistrza czy mistrzyni. Pokazujemy tę różnorodność. Na ponad 120 twórców, którzy byli obecni w tym roku, około 20 uczestniczyło w festiwalu po raz pierwszy, spora część wróciła też do nas po kilku latach nieobecności. Więc ta rotacja jest i to też cieszy.
To duża liczba.
A.T.: Cieszymy się, że możemy zapraszać twórców i że ma kto do nas przyjechać. Odbiorcy odwiedzają Lublin, żeby przejść między stoiskami, kupić coś ładnego, ale też poznać tych ludzi – tak najzwyczajniej w świecie – bo twórcy są bardzo kontaktowi, cieszą się na spotkanie i ze sobą nawzajem, i z bywalcami festiwalu. Kiedy idzie się przez ulice Starego Miasta w czasie Re:tradycji, słychać gwar, rozmowę, wymianę doświadczeń. To też jest ważne.
K.W.: Istotne jest dla nas, kto przyjeżdża – czyli kontynuatorzy tradycji rodzin nych i regionalnych. Zależy nam na tym, żeby pokazywali wyroby, które wychodzą spod ich rąk i reprezentują ich okolice. Nie chodzi nam o twórców, którzy mogą wykonać każdy wzór z każdego regionu, ale właśnie o tych zakorzenionych w konkretnym miejscu i potrafiących o tym opowiedzieć. Zapraszamy również twórców zagranicznych. Przyjeżdżają artyści z Ukrainy, Litwy, Rumunii. W tym roku byli też rzemieślnicy z Czech czy Indii. Nie są to bardzo liczne grupy, ale staramy się utrzymywać tę współpracę i działać.
Czy zapadły wam w pamięć jakiś koncert, spotkanie, wydarzenie na przestrzeni wszystkich edycji?
A.T.: Dla mnie zawsze urokliwe były historie związane z panem Stanisławem Koguciukiem, który przyjeżdżał co roku. Był postacią wyjątkową, na którą ludzie wręcz polowali – na jego prace i na spotkanie z nim. Zawsze prosimy twórców o to, żeby byli na festiwalu przez trzy dni i żeby byli odpowiednio zaopatrzeni w wyroby. Ta zasada kompletnie nie miała odniesienia do pana Koguciuka, ponieważ jego prace wyprzedawały się na pniu. Więc zbierał się do domu, mówił, że wróci jutro, malował całą noc i przyjeżdżał z obrazami, które były jeszcze mokre. Widać było, że papier, w który je owijał, był przesiąknięty świeżą farbą. Wystawiał te prace, one znowu się sprzedawały. Wtedy mówił: „No to jutro już nie przyjadę”.
K.W.: Z panem Koguciukiem korespondowałam, więc czasami sobie zaglądam do swojej teczuszki z listami. Tak wspominam te spotkania, których trochę było, bo mieliśmy też przyjemność organizować wystawę prac pana Stanisława na jednym z festiwali. To zawsze były miłe spotkania i rozmowy. Natomiast jeżeli chodzi o twórców, to tak naprawdę każde spotkanie i często te powroty czy wizyty nowych rzemieślników oraz poznawanie ich – to wyjątkowe chwile. Mamy świadomość, że nie jesteśmy w stanie w ciągu roku intensywnie utrzymywać kontaktu z tymi osobami, ale Agata odbiera sporo telefonów i ma informacje, jaka jest aktualnie pogoda w Gdańsku czy co słychać w okolicach Chełma.
A.T.: To jest bardzo miłe. Wiadomo, że musimy na poziomie organizacyjnym po prostu przygotować i obsłużyć całe wydarzenie, ale kiedy już ten pierwszy kurz opadnie, bardzo miło przyjść na stoisko twórcy i zapytać: „Jak tam córka? A jak tam wnuk? Jak noga? Jak plecy? A jak się tym razem jechało?”. To nie są sterylne kontakty, najzwyczajniej w świecie jesteśmy już znajomymi. Kiedy przyjeżdża ktoś nowy, to też miło go poznać i zobaczyć, kto do nas zawitał i co się kryje pod tym imieniem, nazwiskiem i daną dziedziną.
Zawsze macie bardzo ciekawe plakaty, spoglądam teraz na ścianę…
A.T.: Te plakaty, które za nami wiszą, to jeszcze poprzednia nazwa i poprzedni styl komunikowania o festiwalu, czyli prace Małgorzaty „Ryby” Rybickiej.
K.W.: Tutaj zawsze była kura w jakiejś odsłonie, nawiązującej trochę do tematu przewodniego festiwalu, który Gosia przemycała w plakatach. Od kilku lat zmieniliśmy identyfikację na bardziej współczesną i uniwersalną. Ostatnie plakaty projektował nam Maciej Wróblewski. Chcieliśmy pokazać współczesny koncept festiwalu. Również przez plakat widać przemianę, jaką przeszedł festiwal.
A.T.: Zmiana nazwy spowodowała, że postanowiłyśmy zmienić też identyfikację wizualną. Zobaczymy, co z tego wyniknie. Bardzo lubię te dawne plakaty, bo faktycznie można je po prostu oprawić i powiesić na ścianie. Są jak obrazy. Ale widzę też plusy obecnej identyfikacji, która może trafi do osób szukających czegoś nowego. Daje nam to większą swobodę w mówieniu o festiwalu. Jest to jakaś nowa forma. Zobaczymy, gdzie nas to zaprowadzi i co będzie za rok czy w kolejnych latach.
No właśnie, a kiedy zaczyna się praca nad kolejną edycją festiwalu?
A.T.: Już mamy jakieś plany, już o czymś rozmawiamy. Czasami jest tak, że jakaś propozycja jest dla nas interesująca, ale wiemy, że nie pasuje do tegorocznego tematu przewodniego. Warto ten pomysł przetrzymać, przeczekać jeden rok, bo wtedy nam się to świetnie wpisze w program. Plany już są, tylko mówimy: „Jesteśmy zainteresowane, ale za rok”.
K.W.: Praca nad festiwalem trwa cały rok. Piszemy oczywiście projekty, żeby pozyskać budżet na realizację. Przy dotacjach ministerialnych piszemy projekty na trzy lata, więc określamy pewną ścieżkę programową i, kończąc daną edycję festiwalu, zaczynamy pracę nad kolejną, bo rezerwacja terminów i planów wydarzeń jest wcześniejsza. Teraz jeszcze zamykamy ten rok, więc mamy stosy dokumentów do podbicia, ale na bieżąco będziemy siadać i omawiać nowe możliwości, bo zawsze od tego zaczynamy programowanie festiwalu i rozwijanie konkretnych tematów czy ścieżek.
A.T.: Przez to, że tematy przewodnie planujemy na dwa, trzy lata do przodu, to, stykając się z artystami w różnych okolicznościach czy nawet przeglądając coś w internecie, mam z tyłu głowy poszukiwania. Zdarza się myśl: „Aha, to by tu pasowało”. Zapisuję możliwe inspiracje. Mam plik, w którym wszystko zbieram, a później zastanawiamy się, jak to do siebie dopasować.
K.W.: Czas jesienno-zimowy to okres, kiedy zgłaszają się do nas rzemieślnicy. Ale i same ich szukamy. Robimy listę osób, o których myślimy.
A.T.: Zgłoszenia przyjmujemy zawsze do końca lutego, więc jeśli ktoś odzywa się dwa tygodnie przed festiwalem i ma nadzieję, że jeszcze może się zgłosić, to my mówimy: „No nie, koniec lutego to ostateczny termin”. Niektórzy się tego nie spodziewają, nie wiedzą, że nie ma nas dużo, jesteśmy we trzy, a festiwal jest na tyle rozbudowany, że musimy rozłożyć pracę w czasie.
Jaki punkt tegorocznego programu był dla was wyjątkowy?
A.T.: Dla mnie Kartellet, czyli piątkowy spektakl taneczny. Tematem przewodnim był taniec, więc zrezygnowałyśmy z formy wyłącznie koncertowej czy nawet koncertu tanecznego – bo przecież wiele muzyki, która płynie z naszej sceny, nadaje się do tańca i zawsze zostawiamy przed sceną przestrzeń dla tancerzy. Tym razem do piątkowego wydarzenia zaprosiłyśmy kompanię z Norwegii, grupę Kartellet, która wykorzystuje elementy tańca tradycyjnego, żeby stworzyć coś nowego. Twórcy tej grupy przez ostatnie lata wprowadzali elementy tradycji do norweskiego tańca współczesnego i zapoczątkowali łączenie tych dwóch dziedzin. Przyjechali do nas ze spektaklem, który nie dział się na scenie, tylko na parkiecie tanecznym zlokalizowanym przed sceną. Zaaranżowałyśmy przestrzeń, w której zespół był na środku, a ludzie rozsiedli się naokoło. Artyści przedstawili historię, która – jak to taniec – działa się bez słów, ale w towarzystwie muzyki nawiązującej do tradycji tanecznych związanych z północną Norwegią. Tamtejsi mężczyźni wybierali się na połowy ryb i przez jakiś czas nie było ich w domach, tworzyli wówczas mikrospołeczności. Nie tylko razem pracowali, jedli i odpoczywali, ale też najzwyczajniej w świecie bawili się i tańczyli. Naturalnym elementem funkcjonowania tych sezonowych społeczności był wspólny taniec mężczyzn. Zespół Kartellet nawiązał do tego w swoim założeniu – przez wiele lat był to męski zespół taneczny. Spektakl, który został przedstawiony w Lublinie, był pierwszym w historii grupy, w którym do udziału zaproszono tancerki. Ścisłe połączenie członków społeczności znalazło odzwierciedlenie w fizycznym połączeniu występujących tancerzy – artyści mieli na sobie marynarki złączone jednym długim rękawem. Wchodzili ze sobą w interakcje nacechowane całą gamą emocji. Dla mnie było to ciekawe, bo, znając założenie i czytając opis koncertu, widziałam, jak zmienia się moja interpretacja tego, co się dzieje na scenie, co przywołują we mnie konkretne fragmenty występu, reakcje tancerzy i tancerek na siebie nawzajem. To było bardzo ciekawe, odbiorca nie dostawał niczego wprost, tylko mógł skupić się na własnych refleksjach i odczuciach.
K.W.: Trudno mi jest wybrać jeden punkt programu. Cały czas wspominam poszczególne wydarzenia i znajduję coś wyjątkowego. Instalację pająk w tym roku wykonała pani Iwona Barecka, nawiązując do pająków lubelskich, które pod koniec 2024 roku zostały wpisane na Krajową listę niematerialnego dziedzictwa kulturowego. Ta instalacja to tradycyjna forma, współczesne wykonanie i dostosowanie do zewnętrznych warunków atmosferycznych. Wyjątkowa była prezentacja filmów dokumentalnych pana Andrzeja Bieńkowskiego. Później pokaz dokumentu o twórczyni spod Lublina, pani Janinie Wadowskiej, realizowanego w ramach cyklu „#ZnajdźRzemieślnika”. W ramach tego projektu tworzymy krótkie filmy poświęcone rzemieślnikom i artystom ludowym, których znamy, z którymi współpracujemy i których chcemy zaprezentować. Materiał ten zrealizował reżyser Mateusz Borny. To było wyjątkowe przeżycie i dla pani Janiny, która była obecna, i dla nas. Bardzo miłe.
A.T.: Z jednej strony rejestrujemy jej historię, jakiś wycinek jej życia. Z drugiej strony premiera tego filmu podczas festiwalu to jej małe święto.
Jest gwiazdą.
A.T.: Jest gwiazdą, na widowni siedzi rodzina, ale też zupełnie obce osoby, wszyscy przeżywamy, że to się dzieje.
K.W.: Myślę też o innych artystach. Całej scenie i koncertach. Gościliśmy na przykład zespół Rällä z Finlandii albo PoMore TanzOrkiestra. Ten drugi skład tworzy m.in. Ewa Grochowska, którą mamy na miejscu, ale pozostali artyści są z odległego dla nas terenu – i z Niemiec, i z północy Polski. Wyjątkowych spotkań było sporo, ale mając obowiązki organizatorek, niestety mamy mało czasu na celebrację.
A.T.: Zaskoczyła nas w tym roku również pogoda. To chyba jedna z chłodniejszych edycji na przestrzeni ostatnich lat. Sama na początku z wielką werwą tańczyłam i nie przeszkadzał mi deszcz. Później faktycznie zrobił się intensywniejszy, więc próbowałam się gdzieś ukryć, ale część ludzi nie zeszła z parkietu. Rozłożyli parasolki i tańczyli w deszczu. Na zdjęciach widzimy te tańczące, przytulone do siebie pary. I faktycznie przez chwilę tancerzy było mniej. Ale po kilkunastu minutach deszcz minął i nagle parkiet znowu się wypełnił. To było wspaniałe. Wszyscy czekali, aż deszcz ustąpi, i znowu ruszyli do zabawy. To wspomnienie, które ze mną zostanie.
Mam nadzieję, że parkiet w przyszłym roku też się zapełni, a pogoda będzie lepsza. Dziękuję za rozmowę.
Redakcja tekstu: Maja Ostrowska, Studenckie Koło Naukowe Etnolingwistów UMCS
Karolina Waszczuk to dyrektorka programowa Festiwalu Re:tradycja – Jarmark Jagielloński. Agata Turczyn pełni funkcję koordynatorki wydarzenia. Współtworzą też zespół Pracowni ds. Kultury Tradycyjnej w Warsztatach Kultury w Lublinie. W rozmowie z Agnieszką Górą- Stępień opowiadają, jak wyglądała tegoroczna edycja festiwalu, dlaczego zdecydowały się na zmianę nazwy wydarzenia i jak łączą współczesność z tematem tradycji.
Fot. strona internetowa organizatorów: https://retradycja.eu/pl/