
Liao Yiwu
Szukając czegoś do poczytania, natknęłam się na zbiór wywiadów z obywatelami Chin, przeprowadzonych przez Liao Yiwu. Od niechcenia przejrzałam spis treści, w którym znajdowały się między innymi Wywiad z grajkiem na erhu oraz Wywiad z ulicznym śpiewakiem. Te dwa rozdziały przesądziły o wyborze lektury.
Początkowo brałam pod uwagę, że zapoznam się tylko z wybranymi fragmentami, potrzebnymi mi do dalszych badań nad muzykowaniem ulicznym. Tymczasem przeczytałam całą serię rozmów zatytułowaną Prowadzący umarłych. Opowieści prawdziwe. Chiny z perspektywy nizin społecznych od deski do deski. Lektura była wciągająca, pouczająca, poszerzająca horyzonty, a niekiedy po prostu przerażająca i smutna. Życie zwykłych Chińczyków, utrwalone przez Yiwu w rozmowach, to przede wszystkim: ciężka praca, mierne zarobki (kilka dolarów miesięcznie), prześladowania, więzienie, nieustanne składanie samokrytyki, ogólnie: krew, pot i łzy. Nie ma w zamieszczonych w książce wywiadach opowieści pozytywnych. Los każdego z bohaterów jest trudny i nieraz tragiczny. Muzycznie dobrze ilustruje to kompozycja napisana przez jednego z interlokutorów Yiwu – Wanga Xilina. Oczywiście jego biografia także jest pełna makabrycznych zwrotów akcji. Posłuchajcie drugiej części jego „Symfonii numer 4” z opusu 38. – doskonale wpisuje się ona w los każdego z rozmówców chińskiego dziennikarza.
Liao Yiwu, dziennikarz i poeta, mający za sobą pobyt w więzieniu, po wyjściu z którego był bezdomny i grał na ulicy, udokumentował historie wielu ludzi: tytułowego prowadzącego umarłych, handlarza ludźmi, nauczyciela wiejskiego, ojca studenta, który zginął podczas brutalnie stłumionych zamieszek na placu Tiananmen w Pekinie (w czerwcu 1989 roku), lunatyka, ocalałego z trzęsienia ziemi, kompozytora, wyznawczyni Falun Gong, robotnika napływowego czy kontrrewolucjonisty.
Całość ma charakter reporterski, ale sporo tu też wątków etnograficznych, a nawet etnomuzykologicznych. Do tych pierwszych zalicza się portret Żony szefa powiatu narodowości Yi. Yi to mniejszość etniczna w Chinach, Wietnamie i Tajlandii. W Państwie Środka jej przedstawicieli mieszka około 7 milionów. Byli oni piętnowani przez władze jako posiadacze ziemscy i „wyzyskiwacze”. Historia rodziny Zhang Meizhi pokazuje, jak w ramach przeprowadzania reformy rolnej, pojedyncze jednostki były nie tylko gnębione, ale i po prostu zabijane – wszystko w świetle tzw. prawa.
Niezwykle przejmujący wywiad przeprowadził autor z zawodowym żałobnikiem. Tu znajdujemy wątki etnomuzykologiczne, gdyż opisana jest historia śpiewaka żałobnego – Li Changgenga. Dowiadujemy się, jak uczył się zawodu (jego ojciec był śpiewakiem żałobnym, a on sam parał się tym zajęciem od dwunastego roku życia), jak należy zawodzić, śpiewać, w jaki sposób gra się na aerofonie sona1. W trakcie lektury poznajemy nawet nazwy pieśni grywanych na pogrzebach, to m.in.: „Żegnanie ducha”, „Pogoń za duchem”, „Requiem”, „Przyzywanie ducha”, „Słowa pożegnania od rodziny”, „Najgłębszy żal”, „Zamykanie trumny”, „Wejście do nieba”, „Pochówek”, „Ostatnie spojrzenie”, „Przeszywający ból” i „Och, tak niezmiernie mi smutno”. W tym wywiadzie jedną z ciekawszych kwestii jest… walka o terytorium. W celu rozstrzygnięcia, kto ma prawo działać na danym terenie, zarządzono nawet zawody żałobników. Ponieważ nie można tak poważnych pieśni wykonywać bez kontekstu (czytaj: bez zmarłego – kwestię tę znamy także z problemów dokumentowania polskich pieśni śpiewanych przy zmarłych), zorganizowano wystawny pogrzeb dla żebraka. Tylko po to, by dwa zespoły żałobników mogły się wykazać. W trakcie walki polała się nawet krew – od zbyt długiego dęcia w sonę. W temacie śmierci pozostaje także wywiad z „prowadzącym umarłych”. Funkcję tę zawsze pełniły dwie osoby. Chodziło o to, by sprowadzić zwłoki zmarłego w jego rodzinne okolice, jeśli akurat zakończył życie z dala od nich. Praca ta była ciężka fizycznie i niebezpieczna, bowiem została zabroniona, a co się z tym wiąże – była surowo karana, gdy prowadzących złapano. Aby wykonywać to zajęcie, należało mieć sporo krzepy. Szło się tylko w nocy – z uwagi na fakt, że praktyka jest zabroniona. Jeden z mężczyzn szedł przodem, oświetlając drogę jasnym lampionem, a drugi niósł na plecach nieboszczyka. By ten zachował „świeżość”, wstrzykiwano mu w ciało różne specyfiki. W efekcie wyglądało to tak, jakby pod czarną peleryną maszerowały same zwłoki. Dla wielu mieszkańców wsi widok ten był przerażający. Mimo że praktyka była zabroniona, znajdowali się i ci, co chcieli się tym zajmować, i tacy, którzy płacili za usługi sprowadzenia najbliższej osoby do małej ojczyzny, by dusza nieboszczyka zaznała spokoju i nie błąkała się po świecie.
Te i inne historie czytelnik znajdzie w książce wydanej przez Wydawnictwo Czarne. To lektura wciągająca, interesująca, przejmująca i niezwykle ważna – bo Liao Yiwu pisze w kontrapunkcie do oficjalnej polityki państwa, i oddaje głos „zwykłym” obywatelom Chin.
Ewelina Grygier
1 Sona to rodzaj podwójnostroikowego aerofonu, przez Sachsa określanego mianem „oboju stożkowego”. Instrument ten występuje w Azji pod różnymi nazwami: bishur w języku mongolskim, a w tureckim, perskim i hindustani z kolei identyfikuje się go jako surna, surnay. C. Sachs, Historia instrumentów muzycznych, Warszawa 1989, s. 192.
Korekta na stronie: Brygida Jasińska, studentka kierunku e-edytorstwo i techniki redakcyjne na Uniwersytecie Marii Curie-Skłodowskiej w Lublinie.
Skrót artykułu:
Szukając czegoś do poczytania, natknęłam się na zbiór wywiadów z obywatelami Chin, przeprowadzonych przez Liao Yiwu. Od niechcenia przejrzałam spis treści, w którym znajdowały się między innymi Wywiad z grajkiem na erhu oraz Wywiad z ulicznym śpiewakiem. Te dwa rozdziały przesądziły o wyborze lektury.
Autor:
Dział: