Smaki i zapachy dzieciństwa

Stanisław Jaroszewicz

Budynek Banku Polskiego
w Baranowiczach, 2012

fot. R. Raviaka / Wikimedia

 

Stanisław Jaroszewicz urodził się 11 marca 1943 roku w Podlesiejkach na obecnej Białorusi. W latach 1960–1962 pracował jako robotnik-monter zabawek muzycznych w Fabryce Zabawek Dziecięcych w Baranowiczach, był aktorem w Teatrze Ludowym tamże. W 1963 roku wyemigrował do Polski. W 1970 roku ukończył studia na Akademii Medycznej w Krakowie. Pracował w szpitalach m.in. w Pruszkowie, Grodzisku Mazowieckim i Milanówku-Turczynku. Był zaangażowany w działania NSZZ „Solidarność”1. O swoich wspomnieniach z dzieciństwa opowiedział red. Czesławie Borowik (Polskie Radio Lublin).

Im starszy jestem, tym bardziej wracam do różnych obrazków, które pamiętam z dzieciństwa. Coraz bardziej staje to przed oczyma. W okresie lat młodzieńczych, studiów, pracy człowiek nie zdaje sobie z tego sprawy, po prostu nie miał może czasu na to. Teraz chyba więcej się do tego powraca.
Czuję wręcz smak wędlin, wyrobów, kiełbasy, którą robili rodzice. On prześladuje mnie od dłuższego czasu. W tej chwili pojawiło się dużo różnego rodzaju wędlin tego typu, dlatego szukam tego smaku. Dom był kryty strzechą i na strychu wisiały właśnie takie wyroby: szynki, kiełbasy. Ja jako dzieciak się tam podkradałem i zawsze sobie chętnie ułamałem taką kiełbaskę czy coś innego. Na strychu leżały jabłka, gruszki, pomidory i to wszystko było w słomie. Ten smak jabłek, zapach jabłek wraca w pamięci.
Jak miałem trzy lata, miałem umrzeć. W roku 1946 zachorowałem na zapalenie opon mózgowo-rdzeniowych i kazano mnie zabrać ze szpitala, ponieważ nie miałem szans na przeżycie. Całe szczęście, że ciocia Wiktoria, kuzynka mamy, była w pobliżu. Ściągnęli ją do mnie i w dwadzieścia dni postawiła mnie na nogi. Pamiętam lek, który stosowała, sulfonamid2, Sulfidin, którym wyleczyła mnie z zapalenia opon mózgowo-rdzeniowych. Zresztą wielokrotnie spotykaliśmy się z ciocią później. Była u mnie w Podkowie Leśnej w Polsce.

Zazdrościła panu tego, że jest pan w Polsce?
Nie, nie. Ona była przesiąknięta Rosją, tym wszystkim, co tam było. W gruncie rzeczy wiedziała, że tu lepiej, ale twierdziła, iż oni muszą pomagać. Mimo że była światłym człowiekiem, profesorem medycyny, nie docierało to do niej.
Wychowany jestem w rodzinie polskiej o patriotycznych korzeniach. W roku 1956, mimo że miałem trzynaście lat, ze słuchawkami na uszach w radiu kryształkowym słuchałem audycji z Budapesztu i Warszawy, oczywiście Wolnej Europy, Głosu Ameryki, stacji zachodnich. Ucząc się w szkole sowieckiej, byłem prowadzącym przegląd wydarzeń na podstawie gazet. Zawsze starałem się przemycić jakieś informacje z nasłuchu radiowego i to mi się udawało, bo nikt nigdy się nie połapał, skąd te wiadomości w ogóle są. Człowiek wtedy żył w jakimś takim rozdwojeniu jaźni de facto, bo w domu było co innego, a w szkole zupełnie co innego. Trzeba było nauczyć się w tym żyć, bo inaczej się nie dało.
Im starszy jestem, tym bardziej wracam do różnych obrazków, które pamiętam z dzieciństwa. Jeszcze pamiętam z lat 50., kiedy wróciłem ze szkoły i raptem jakiś ruch na wsi był. Polecieliśmy patrzeć, co się dzieje. Widziałem osobiście, jak NKWD strzela do uciekającego człowieka. To był jakiś partyzant czy ktoś, kogo prześladowali, poszukiwali. Widziałem, jak strzelali do ludzi.
Z mojej rodziny kilku wujków było wywiezionych na Syberię. Zresztą cudem moja rodzina się uchroniła, ale to chyba przez bardzo dużą trzeźwość umysłu i świadomość mojej mamy. Posiadaliśmy ileś hektarów ziemi, którą rodzice uprawiali. Jak przyszła kolektywizacja, kołchoz, to mama świadomie, przeczuwając, jak to się potoczy, wyrzuciła ojca do miasta, żeby tam zorganizował życie, wybudował dom. Natomiast sama oddała ziemię, wszystko do kołchozu. Ojciec wręcz chciał siekierą bronić swojego. Mówił: „Przecież to zgnoją, wywiozą na Syberię tak, jak mężów od sióstr mamy”. Jeden wrócił, a drugi gdzieś na Syberii został, nie wiadomo gdzie.
Do 1953 roku mieszkaliśmy właśnie na tej wsi, która była skolektywizowana, a w międzyczasie u nas w domu przechowywali się ludzie, których poszukiwało NKWD. Jednocześnie zatrzymywało się u nas na postój. Pamiętam takiego kapitana NKWD, nazwisko Rogowicz, polski Żyd, który jakoś się zaprzyjaźnił z mamą. On wręcz powiedział, że póki tu jest, to nam nic nie grozi. Na przykład zdarzały się takie sytuacje, że jak niespodziewanie przyjechał, to takich dwóch, Jan i Leon, było w domu w schowku. Było raz tak, że Jan był pod łóżkiem, na którym pijany enkawudzista spał.

Pan to obserwował?
Tak, to wszystko widziałem jako dziecko [śmiech].

I wiedział pan, że ma być cicho?
Wiedziałem, że mam trzymać język za zębami. Mimo że na przełomie lat 40. i 50. byłem bardzo młody, jakoś z pomocą wyższych sił się udawało.

I przetrwaliście.
I przetrwało się tamten ciężki okres. No jest też ciekawy kawałek życia. To dawno już co prawda, lata 1960–1963. Z łezką wspominam ten okres [śmiech], tym bardziej że zagrałem wtedy w krótkim czasie kilka głównych ról, m.in. Zbyszka w Moralności Pani Dulskiej. To było na Kresach Wschodnich, na tzw. obecnie Białorusi. Próbowaliśmy nawet wtedy wystawić Moralność Pani Dulskiej po polsku, mimo że to były lata 60., czyli Chruszczowowski okres. Nie udało się nam wykrzesać starań strony polskiej, choć w mieście, w którym mieszkałem, w Baranowiczach3 nadal było sporo Polaków, czynny był kościół, do którego naprawdę przychodziło sporo ludzi.

Budynki poczty i teatru
w Baranowiczach, 1942

fot. 1871.by /Wikimedia 

W domu zawsze były obrazy święte. Nigdy nie były zdejmowane. To zostało tam po rodzinie, tego nie zabieraliśmy do Polski. Jedyną pamiątką, taką cenną rzeczywiście, jest taki rzeźbiony album, piękny album na fotografie stare, fotografie różne. To zostało zabrane, bo niewiele mogliśmy zabrać.
Mam stare zdjęcia właśnie, takie malutkie, ledwie widoczne, ledwo tam można zobaczyć, kto przed domem stoi: powóz, koń i gromada rodziny właśnie zbiera się przed wyjazdem do kościoła do sąsiedniej wsi, do Juszkiewicz4.
To były gościnne domy rzeczywiście. Zawsze u nas było pełno ludzi. Pamiętam, że bardzo często odwiedzaliśmy rodzinę w sąsiedniej wiosce. Wyjeżdżaliśmy pod Nieśwież5, do takiej miejscowości Sycze6, z której pochodzi ród Jaroszewiczów. To były takie zaścianki szlacheckie. Ojciec wżenił się do Podlesiejek7. Pamiętam dwór szlachecki, wysokie drzewa, sosny. Na tych sosnach zawieszona była huśtawka Ja, małe dziecko, huśtałem się na takiej właśnie huśtawce. Były zbiorowiska wieczorne  młodzieży pod sadem. Siedzieli na ławeczkach na takich ogrodzeniach z żerdzi i śpiewali różne przyśpiewki. To wszystko jakoś we mgle pamięci tkwi.
Wyjeżdżało się na żniwa, na sianokosy, na torfowiska. Kiedyś nawet, jadąc wozem drabiniastym na jakieś roboty w polu, upadłem i nadziałem się na bronę, rozwalając sobie czoło. Mam szramę do tej pory. Pamiętam nasze pola za wsią i pamiętam, że wśród tych pól była łąka, nad którą był staw. Tam właśnie zawsze w czasie pracy wszyscy się kąpali dla ochłody.
Jezioro Świteź jest dobrze mi znane. Wielokrotnie bywałem. Nad jeziorem Świteź spędzałem wolne chwile.

Przeglądał się pan w wodach…
Rzeczywiście, przeglądałem się w wodach. Zresztą to naprawdę jest czyste jezioro. Jeśli się wchodziło do wody po szyję, to widziało się palce nóg. A najlepiej to było cicho wypłynąć łódką, stanąć w szuwarach i oglądać świat podwodny.
To wszystko robi się takie mgliste, te obrazy są jednocześnie jakieś muzyczne. To jest ogromna tęsknota za swoją ojczyzną właściwie.

 

Dawna rozgłośnia Polskiego Radia (1938–1945), obecnie budynek TV Index, Baranowicze
fot. R. Raviaka / Wikimedia

 

Tekst opracowano na podstawie fragmentów reportażu red. Czesławy Borowik (Polskie Radio Lublin) „Smaki i zapachy dzieciństwa”. Cykl opowieści historii mówionej w dziale Folklor Kresów powstaje we współpracy z Polskim Radiem Lublin.
Transkrypcja: Julia Pietras; opracowanie: red. Czesława Borowik, Damian Gocół; przypisy: Damian Gocół

Kliknij i usłysz bohaterów reportażu red. Czesławy Borowik „Smaki i zapachy dzieciństwa”. [https://open.spotify.com/episode/25z9hSYMidWTbwhD4ZPaBW?si=e1YPWfV9TxWOnih7VIHrtg]

 

1 Zob. T. Ruzikowski, Jaroszewicz Stanisław, Encyklopedia Solidarności, https://encysol.pl/es/encyklopedia/biogramy/23600,Jaroszewicz-Stanislaw.... [dostęp: 30 września 2022].
2 Sulfonamidy to grupa organicznych związków chemicznych o działaniu przeciwbakteryjnym.
3 Miasto na Białorusi, w obwodzie brzeskim, stolica rejonu baranowickiego.
4 Juszkiewicze – wieś na Białorusi, w obwodzie brzeskim, w rejonie baranowickim,
5 Miasto na Białorusi, w obwodzie mińskim, siedziba rejonu nieświeskiego.
6 Wieś na Białorusi, w obwodzie brzeskim, w rejonie brzeskim.
7 Majątek w II Rzeczypospolitej, w powiecie baranowickim, Gmina Wolna, od września 1939 roku na terenach zajętych przez ZSRR, obecnie na Białorusi.

 

Opracowanie i korekta na stronie internetowej: Wiktoria Kaczmarczyk
Skrót artykułu: 

Stanisław Jaroszewicz urodził się 11 marca 1943 roku w Podlesiejkach na obecnej Białorusi. W latach 1960–1962 pracował jako robotnik-monter zabawek muzycznych w Fabryce Zabawek Dziecięcych w Baranowiczach, był aktorem w Teatrze Ludowym tamże. W 1963 roku wyemigrował do Polski. W 1970 roku ukończył studia na Akademii Medycznej w Krakowie. Pracował w szpitalach m.in. w Pruszkowie, Grodzisku Mazowieckim i Milanówku-Turczynku. Był zaangażowany w działania NSZZ „Solidarność”1. O swoich wspomnieniach z dzieciństwa opowiedział red. Czesławie Borowik (Polskie Radio Lublin).

fot. 1871.by /Wikimedia: Budynki poczty i teatru w Baranowiczach, 1942

Dodaj komentarz!