Skrzyżowanie Kultur 2010

W tym roku po raz szósty we wrześniu Warszawa rozbrzmiała muzyką świata. Pałac Kultury i Nauki stoi na głównym skrzyżowaniu w Warszawie, gdzie przecinają się szlaki ze wschodu na zachód i z południa na północ. I właśnie pod Pałacem od paru lat ustawiany jest namiot Warszawskiego Festiwalu Skrzyżowanie Kultur. Festiwal ściąga gwiazdy światowej sceny World Music, które w Polsce są mało znane, choć na świecie robią wielką karierę. Od dwóch lat festiwal grupuje koncerty na poszczególne dni tematyczne. W tym roku był dzień afrykański, dzień chiński, dzień "latynoski" czy "śródziemnomorski".

Festiwal otworzył koncert dzieci z Polski i Bułgarii z programem "Góralskie granie Tatry-Bałkany", jednak oficjalna inauguracja nastąpiła wieczorem w Sali Kongresowej Pałacu Kultury, gdzie wystąpił Ivan Lins z Brazylii oraz Concha Buika z Hiszpanii. Występ Buiki przyciągnął tłumy, lecz na pierwszy ogień poszła bossa nova w wykonaniu Ivana Linsa. Lins to znany kompozytor, który od wielu lat pisał piosenki dla takich sław, jak Ella Fitzgerald, Barbara Streisand czy Sting, jednak chyba na komponowaniu powinien poprzestać, a śpiewanie zostawić osobom o ciekawszym głosie. Ze sceny od pierwszych do ostatnich taktów wiało nudą i chyba prócz prowadzącego, Marcina Kydryńskiego, nikogo ten koncert nie zachwycił.

Natomiast Buika nie zawiodła - kontrast między pierwszą a drugą częścią wieczoru był porażający. Ten koncert to było mistrzostwo nostalgii i ekspresji zarazem. Buika ma wszystko, żeby oczarować publiczność - piękne piosenki, świetnego pianistę, ale przede wszystkim wspaniały głos i charyzmę. W jej piosenkach miesza się klasyczna muzyka hiszpańska z elementami jazzu, tanga, rytmami kubańskimi. Owacje na stojąco zostały nagrodzone bisami.

Wszystkie późniejsze koncerty odbywały się w namiocie festiwalowym. W poniedziałek, w zimny, wrześniowy wieczór wdarły się gorące rytmy z Afryki. Najpierw Cacique'97 z Portugalii i Mozambiku, który określa się jako kolektyw afro-beatowy, roztańczył publiczność pod sceną, a potem mnóstwo niczym nieskrępowanej radości dostarczyła grupa Ladysmith Black Mambazo. Grupa już od ponad 40 lat pełni "służbę Mambazo dla świata", jak sami mówią. Ich muzyka to połączenie gospel i tradycyjnego nurtu muzycznego isicathamiya (is-kot-a-MI-Ja), który rozwinął się w południowoafrykańskich kopalniach, wśród biednych górników. Mambazo śpiewa a capella, ale w tym śpiewie jest mnóstwo rytmu i muzyki. Mówią, że ich śpiew to "muzyka na paluszkach", bo rytm wybijany jest stopami. Dzięki temu widz jest nie tylko słuchaczem, ale ma też frajdę wzrokową, kiedy 9 facetów w jednakowych koszulkach podskakuje, wymachuje rękami, tupie i wywija różne "makareny". Co jednak najważniejsze - Mambazo idealnie się ze sobą zgrywają - to wielogłos w najczystszej formie - prawdziwa przyjemność dla ucha. Oba zespoły zebrały gorące oklaski.

Wtorek był dniem "śródziemnomorskim" - zagrali Tamburellisti di Torrepaduli z południowych Włoch oraz Mayra Andrade z Wysp Zielonego Przylądka, która zastąpiła pierwotnie planowaną na festiwalu Sarę Tavares. Tamburellisti to czarodzieje tamburynu - w niesamowitych solówkach pokazali, ile muzyki i energii można wycisnąć z "jednego małego bębenka". Gwiazdą tego koncertu była jednak tancerka taranta, Serena D'Amato, która tańczyła do utworów granych przez grupę. Taniec to był niezwykły, bo Serena jest mistrzynią w swojej sztuce. Wirowała w szaleńczej tarantelli niczym zahipnotyzowana derwiszka. Czasem do tańca dołączał jeden z tamburellistów i wówczas taniec stawał się bardziej codzienny, "towarzyski". Po skocznych melodiach włoskiego południa, koncert Mayry Andrade w klimatach swingu i jazzu z Zielonego Przylądka znacznie wyciszył atmosferę.

Kolejny dzień - chiński - od początku budził sprzeczne emocje. Z jednej strony fanów muzyki chińskiej nie ma wielu, a z drugiej to właśnie chińskie utwory na płycie festiwalowej wydawały się najciekawsze. Sam koncert też okazał się mieszanka prawdziwych skrajności: od mrocznego gothiku Mamera, który powstał na kanwie muzyki kazachskich stepów, przez uładzone, klasyczne wykonanie melodii tradycyjnych przez akademicki kwartet Qing Mei Jing Yue, po punkowo-folkowy "czad" Hanggai. Koncert podzielił widzów na fanów Mamera i muzyki klasycznej. Wszystkim spodobało się chyba wesołe Hanggai ze wspaniałymi śpiewami alikwotowymi. Ja natomiast miałam wrażenie, że część tego sukcesu lub porażki polegała na wyglądzie scenicznym. Gdyby pani z kwartetu Qing Mei Jing Yue nie były ubrane w taftowe kreacje, nie miały pulpitów z nutami przed nosem i nie kłaniały się po każdym utworze jak w filharmonii, prawdopodobnie ich gra wydałaby się naturalniejsza. Wprawdzie wplecione w chińskie kompozycje fragnety mazurka Chopina czy "Kukułeczka kuka" brzmiało zdecydowanie kiczowato, ale należy docenić specjalne przygotowanie kwartetu. Natomiast wystylizowani na mongolskich jeźdźców muzycy Hanggai ostrym a skocznym graniem porwali do tańca publikę zarówno muzyką, jak i beztroską auto-konferansjerką w języku chińskim.

Czwartek był dniem tanga w wykonaniu Carlosa Libedinskiego & Narcotango oraz zespołu Astillero. Oba argentyńskie zespoły są bardzo znane w swym nurcie - pierwszy z nich gra tango po nowemu, łącząc elektronikę z brzmieniem tradycyjnych instrumentów, drugi zaś wprawdzie na instrumentach klasycznych, ale gra tanga "rewolucyjne", dotykające trudnych tematów, nasycone dramatyzmem. Ciężko jest słuchać tanga, nie tańcząc go, lecz mimo to koncert był na tyle ciekawy, że publiczność siedziała urzeczona. Lider Narcotango zaprosił do tańca na scenie jedną z pań z publiczności, a potem jeszcze pośpiewał z widownią wprawki muzyczne, z których wynikało, że publiczność festiwalowa jest zdolna i muzykalna. W czasie koncertu Astillero w tle puszczano filmy - "poetyckie video", jak piszą organizatorzy. "Rewolucyjny" wokalista grupy pojawiał się tylko przy niektórych tangach, a po drodze douczał się polskiego i potem pytał: "Kcie jest toaleta? Kcie jest impreza?", czym zdobył sobie serca publiczności.

W piątek przewidziano tylko jeden koncert - benefis polskiego zespołu Osjan wraz z zaproszonymi gośćmi. Najpierw koncert opóźnił się z powodu głośnej betoniarki za ścianą namiotu, potem ponad godzinę występował japoński artysta teatralny stylu butoh, Daisuke Yoshimoto, a dopiero po tych wstępach zagrał Osjan. Koncert był niezły, ale nierówny - najsłabszym punktem okazał się czteroosobowy chórek, chyba dość przypadkowo dobrany, natomiast "Osjanowe" kawałki były po dawnemu dobre.

Festiwal zakończył się w sobotę podsumowaniem warsztatów i koncertem gwiazdy - Salifa Keita. Koncert finałowy warsztatów udał się nadspodziewanie. Prócz prezentacji efektów tygodniowej pracy poszczególnych grup warsztatowych (śpiew perski, jodłowanie, muzyka arabska, grupa bębnów obręczowych, grupa fletów ney, didgeridoo, taniec irlandzki) zagrali również mistrzowie prowadzący poszczególne klasy muzyczne na festiwalu, którzy nie mieli swoich oddzielnych koncertów w programie. Na zakończenie wszyscy mistrzowie zagrali wspólnie dwa utwory, w których chyba najpełniej wyraziła się idea festiwalu - wszystko się pokrzyżowało: tancerz irlandzki tańczył do oberków i muzyki perskiej, granej na didgeridoo, suce biłgorajskiej, Neyu i wszystkim innym - rewelacja! Kierownikiem projektu była Maria Pomianowska, której należą się wyrazy najwyższego uznania za dokonanie tego niezwykłego połączenia.

Wieczorny koncert Salifa Keita z Mali przyciągnął tłumy - dla wielu zabrakło biletów. Najpierw dyrektor festiwalu zapowiedział, że oto gwiazda - Salif Keita, żeby po pierwszych dwóch utworach nie robić już zdjęć, bo ma być "spokój", a potem wyszedł Salif i powiedział: "Kochani, ja chcę zobaczyć was tańczących, wstańcie i tańczcie!", po czym wszyscy wstali i zaczęli tańczyć - i tak do końca koncertu. Atmosfera była niesamowita, koncert muzycznie bardzo udany.

Wydarzenia muzyczne uzupełniały pokazy filmów dokumentalnych o tematyce muzycznej, w tym niezwykłe filmy Simona Broughtona o powrocie muzyki do Afganistanu ("Przełamując ciszę") i o muzyce sufickiej ("Suficka dusza"), a także wystawa zdjęć "Off Bejing".

Bardzo dobrym pomysłem było stworzenie klubu festiwalowego w pobliżu namiotu koncertowego. Widzowie i muzycy bezpośrednio po koncertach mogli pójść dosłownie "za róg" Pałacu Kultury do Cafe Kulturalnej, by tam jeszcze porozmawiać, pobiesiadować, potańczyć. Przez trzy ostatnie wieczory festiwalu w Kulturalnej muzykę do tańca puszczali DJ Mamadou (wieczór Latino), DJ Ziutek (wieczór bałkański) i DJ Eric Soul (wieczór afro beat).

Koncerty były transmitowane w programie 2 i 3 Polskiego Radia, choć trzeba przyznać, że codziennie radiosłuchacze jednak coś tracili, bo prawie na każdym koncercie były wspaniałe doznania wzrokowe. Większość koncertów kończyła się owacjami na stojąco i bisami. Po tygodniu poza domem człowiek trochę odetchnął, że festiwal się kończy, jednak niemal jednocześnie zaczęło w życiu czegoś niezwykłego brakować. Warszawskie Skrzyżowanie Kultur to festiwal, który otwiera oczy i uszy na muzykę, której się często nawet nie domyślało, a której jest jeszcze tyle do wysłuchania.

Skrót artykułu: 

W tym roku po raz szósty we wrześniu Warszawa rozbrzmiała muzyką świata. Pałac Kultury i Nauki stoi na głównym skrzyżowaniu w Warszawie, gdzie przecinają się szlaki ze wschodu na zachód i z południa na północ. I właśnie pod Pałacem od paru lat ustawiany jest namiot Warszawskiego Festiwalu Skrzyżowanie Kultur. Festiwal ściąga gwiazdy światowej sceny World Music, które w Polsce są mało znane, choć na świecie robią wielką karierę. Od dwóch lat festiwal grupuje koncerty na poszczególne dni tematyczne. W tym roku był dzień afrykański, dzień chiński, dzień „latynoski” czy „śródziemnomorski”.

Dział: 

Dodaj komentarz!