Serbołużyczanin z wyboru

Waldemar Lobert
Waldemar Lobert w szopie z narzędziami rolniczymi
fot. J. Michniuk
 
Waldemar Lobert (ur. 1942) to nauczyciel języka serbołużyckiego, mieszkający obecnie we wsi Kśišow, niem. Krischow, w okolicy miasta Cottbus/Chóśebuz. Wychował się w nieistniejącej już wsi Tšawnica, niem. Tranitz. Wieś ta leżała na wschodnim skraju kopalni odkrywkowej Cottbus-Nord i została całkowicie zniszczona na początku lat 80. XX wieku. Powodem była postępująca eksploatacja złóż węgla brunatnego na jej obszarze. Waldemar Lobert mieszkał razem z matką i siostrą u swojej cioci i jej rodziny, pochodzenia serbołużyckiego.
 
Justyna Michniuk: Czy jest Pan Serbołużyczaninem, czy nie?  
Waldemar Lobert: Na początku chciałbym powiedzieć, że nie jestem Serbołużyczaninem, ale wychowałem się od małego w serbołużyckiej wsi, mowa tutaj o Tšawnicy (niem. Tranitz)1. Urodziłem się właśnie w tej wsi w 1942 roku. Wciąż jestem dumny z faktu, że przyszedłem na świat w domu [śmiech]. Przyszła do mojej mamy położna, ale ja nie chciałem wyjść z brzucha, więc nie dała rady. Z tego powodu później przyszedł jeszcze lekarz. Miał swój gabinet trzy wsie dalej, ale posiadał już wtedy samochód. On musiał mnie za pomocą kleszczy wyciągnąć na ten świat. Proszę spojrzeć, do dziś mam bliznę po tych kleszczach! Chcę jednak na końcu dodać, że jestem Serbołużyczaninem, ponieważ prosiłem Serbołużyczan, aby przyjęli mnie do swojego narodu, jako jednego z nich! Tutaj się wychowałem i od zawsze kochałem wszystko, co serbołużyckie. 
 
Stąd pochodzili Pana rodzice?  
Moja mama pochodziła z Polski, ze Zduńskiej Woli2. Moi dziadkowie mieszkali w Polsce i mieli trójkę dzieci. Moja mama miała brata i siostrę. Przy narodzinach mojej mamy w 1915 roku zmarła moja babcia. Ponieważ mój dziadek musiał pracować, a w tamtym czasie w Polsce nie było jeszcze przedszkoli, rodzina musiała się rozdzielić. Dzieci zostały podzielone między braci i siostry mojego dziadka. Moja mama dostała się do rodziny rzeźnika, która miała już trzech własnych synów. Musiała pomagać w tym gospodarstwie i zawsze mi opowiadała, że była to bardzo ciężka praca. Ponieważ byli tam trzej chłopcy, musiała dla nich gotować, a kiedy chcieli iść na tańce – prasować ich strój odświętny. Kiedy skończyła 21 lat, zaczęła myśleć o opuszczeniu tej rodziny i zastanawiać się nad swoją przyszłością. Nie chciała być do końca ich służącą, dlatego postanowiła zmienić swoje życie. Przypadek sprawił, że jej rodzony brat, a mój wujek dał jej do tego okazję. Już w tamtych czasach młodzi chłopcy szukali swojego szczęścia nawet bardzo daleko od rodzinnego domu. I tak mój wujek znalazł się właśnie we wsi Tšawnica, gdzie znalazł pracę u młynarza. Potem znalazł sobie kobietę z tej wsi i się ożenił. Miał cały czas kontakt z moją mamą i tak narodził się pomysł, aby ona też przeniosła się do Tšawnicy. Z tym wiąże się ciekawa historia. Moja mama uciekła od krewnych w 1938 roku, wskakując do pociągu towarowego. Wtedy pociągi miały na końcu składu jeszcze tzw. Bremserhäuschen (pol. dosłownie: domek hamującego). Do tego domku ona się wkradła i tak dojechała do Niemiec, udało jej się jakoś dotrzeć do Chociebuża. Skierowano ją potem w złym kierunku i musiała iść do Tšawnicy przez gęsty las3. Udało jej się jednak trafić do wsi i to akurat w dniu, w którym jej brat się żenił! Moja mama zamieszkała więc u nich. Moja ciotka miała w okolicy wielkie połacie pól uprawnych. Tak będę mówił o żonie wujka, który poszedł na wojnę i już nigdy nie wrócił. Ona była potem naszą najbliższą osobą. Tam mieszkaliśmy i pracowaliśmy: ja i moja siostra. Mój tata również zginął na wojnie. Dlatego my ostatecznie z mamą zostaliśmy na gospodarstwie tej cioci. A tam to życie było całkowicie serbołużyckie! W gospodarstwie mieszkała także groska, nie wiem, czy zna pani to słowo. To po prostu babcia! Mieszkał tam też ojciec ciotki, a także moja kuzynka. Tyle nas tam było! Pamiętam to bardzo dokładnie, że ludzie spali rozdzieleni po całym tym domu. 
 
Jak wyglądało wtedy życie serbołużyckie we wsi? 
Tam wszystko było serbołużyckie, ja to słyszałem, ja z tym żyłem na co dzień, ale się tego języka nie uczyłem, podobnie zresztą jak moja kuzynka. Teraz oczywiście znam już serbołużycki. Ta kuzynka w domu to codziennie słyszała i rozumiała, ale nie nauczyła się tego języka i nie mówi w nim. I tutaj wyłania się problem, który ciągle u nas powraca. Starsza generacja powinna uczyć kolejne pokolenia serbołużyckiego. To nasz wielki problem, wśród Serbołużyczan, że tamta generacja po prostu nie przekazała tego języka dalej. Moja ciocia była oczywiście Serbołużyczanką, cała jej rodzina to Serbołużyczanie. Ona rozmawiała ze swoją rodziną po serbołużycku, ale z nami, dziećmi, mówiła tylko po niemiecku. Co ciekawe, teraz, kiedy znam już bardzo dobrze język serbołużycki i zajmuję się tym językiem, przypominam sobie różne wyrazy i zwroty, które słyszałem w dzieciństwie. 
 
Czy uczył się pan już wtedy serbołużyckiego w szkole?  
Nie, ja się nie uczyłem, ale pamiętam, że nauczano serbołużyckiego w szkole. Na przykład moja żona, która też pochodziła z Tšawnicy, ale była młodsza ode mnie, miała serbołużycki w naszej szkole. 
 
Proszę mi jeszcze opowiedzieć coś więcej o historii życia pana mamy i o waszym życiu rodzinnym w czasie powojennym. 
Muszę przyznać, że za mało pytań zadawałem mojej mamie. W czasie wojny, kiedy mój tata był w armii, dostawała pieniądze. Podobnie było potem w NRD. Kiedy byłem w wojsku, moja żona dostawała pieniądze. Mogła zostać w domu i zajmować się dziećmi. Mojej mamie w 1945 roku skończyły się te pieniądze, z wiadomych powodów. Chodziła wtedy do różnych gospodarzy, pomagać na przykład przy sianie i przy żniwach. To było zatrudnienie tylko sezonowe. Pamiętam dokładnie jedne święta Bożego Narodzenia, kiedy nie mieliśmy dosłownie nic. A potem nagle, w Wigilię pod drzwiami domu stał worek z produktami spożywczymi, z mąką, z jajkami i tak dalej! Zapamiętałem to bardzo dobrze, chociaż u cioci oczywiście my jako dzieci zawsze dostaliśmy coś do jedzenia. Traktowała nas jak swoje własne dzieci. Moja mama zaczęła pracować na stałym etacie dopiero od 1 września 1949 roku. Pamiętam tę datę bardzo dokładnie. Ona pracowała w rolnictwie. Mój ojciec był Niemcem i pochodził z Berlina. Więcej nie wiem. Ona też nic nie mówiła, ale wtedy tak było. Wiem tylko, że przed ślubem moja mama pracowała w fabryce czekolady w Cottbus, i wydaje mi się, że tam poznała mojego ojca. 
 
Jakie tradycje serbołużyckie pielęgnowaliście w Tšawnicy? 
U nas we wsi pielęgnowaliśmy wiele zwyczajów, ale na przykład nie był organizowany zapust4, tylko camprowanje5. Mieliśmy także łapanie koguta6. Moje pierwsze wspomnienie wiąże się ze zwyczajem zabijania koguta7, ponieważ miało to miejsce na łące, która leżała w centrum wsi. Wie pani, jak to się odbywa. Tam w dziurze był żywy kogut. Dzisiaj już by tego zwyczaju w ten sposób nie praktykowali, ale wtedy tak. Pamiętam jeden rok, kiedy ten kogut był bardzo mobilny, biegał po całej wsi i chłopcy go gonili. Malowania jajek z mojej wsi nie znam, tego dopiero nauczyłem się w szkole. Ale chodziliśmy po wodę wielkanocną8
 
A czy pamięta pan coś więcej na temat wody wielkanocnej? O tym rzadko się słyszy!  
Tak, nawet bardzo dobrze. Pewnej Wielkanocy babcia nie była już w stanie wstać z łóżka, z powodu choroby i poprosiła swojego męża, aby rankiem przyniósł jej wody wielkanocnej z położonego niedaleko potoku. Dziadek nie chciał jednak iść tak daleko, wstał więc o czwartej rano, napełnił dzbanek wodą ze studni i powiedział babci, że był przy potoku. Babcia była szczęśliwa i zadowolona. Przywołała moją kuzynkę, aby opryskać ją wodą wielkanocną. Dopiero wiele miesięcy później dowiedziała się, że mąż ją oszukał. On mógł tam iść, to nie było daleko, ale tego nie zrobił. Był u nas też zwyczaj, że między Bożym Narodzeniem a szóstym stycznia, dziś Trzech Króli, nie wolno było robić prania. Jeśli ktoś miał małe dziecko, to mógł prać, ale tylko pieluchy. Mamy też inne przesądy, na przykład kobiecie w ciąży nie wolno było chodzić pod sznurkami na pranie, żeby niemowlę nie udusiło się zawiązane w pępowinę. W naszej wsi był zwyczaj, który wciąż pielęgnuję. Kiedy w Nowy Rok wychodzisz na drogę i spotkasz młodą osobę, wtedy będziesz miał przez cały rok szczęście. Ale jeśli spotkasz starą kobietę, wtedy rok nie będzie już tak dobry. 
 
Bardzo dziękuję za ciekawą rozmowę!
 
1 Wieś została zrównana z ziemią w 1982 roku na skutek agresywnej polityki górnictwa odkrywkowego węgla brunatnego na Łużycach. Obecnie na terenie tej zniszczonej wsi oraz innych miejscowości, które padły ofiarą węgla brunatnego, powstaje tzw. Liškojski jazor, niem. Cottbuser Ostsee – sztuczne jezioro, które ma stać się atrakcją okolic miasta Cottbus/Chóśebuz. Przypis własny J.M.  
2 Zduńska Wola to współcześnie miasto położone w województwie łódzkim. Przypis własny J.M.  
3 Cottbus/Chóśebuz – miasto na prawach powiatu w Brandenburgii, w Niemczech. Odległość z dworca kolejowego do ówczesnej wsi Tšawnica wynosiła ok. 20 kilometrów. Przypis własny J.M.  
4 To ostatnie dni karnawału oraz zabawy i zwyczaje ludowe związane z tymi dniami. W dzisiejszych czasach te tradycje są najsilniej kultywowane na Dolnych Łużycach. Celem zabaw zapustowych jest wypędzenie zimy. Przypis własny J.M.  
Camprowanje lub korowód przebierańców to zwyczaj serbołużycki obchodzony współcześnie jedynie na Dolnych Łużycach (okolice Cottbus/Chóśebuz) i w okolicach Slepo, niem. Schleife. Stanowi on zwyczaj karnawałowy (dolnołuż. zapust, staropolskie zapusty, czyli karnawał), wywodzący się z czasów przedchrześcijańskich. Przypis własny J.M.  
6 Także wśród Serbołużyczan zakorzenione było przekonanie, że kogut może znieść jajko. Z takiego jajka wykluwał się potwór, znany w polskich legendach jako bazyliszek. Serbołużyczanie zabijali koguta, aby nie dopuścić do narodzenia takiego okropnego stworzenia. Przypis własny J.M.  
7 Zwyczaj praktykowany obecnie jedynie w kilku wioskach na Dolnych Łużycach. Zatracił swoje pierwotne znaczenie. W trakcie jego praktykowania kogut nie zostaje zabity. Przypis własny J.M.  
8 Wiara w oczyszczającą i dającą zdrowie moc wielkanocnej wody była powszechna na Łużycach. Wodę czerpały kobiety w poranek wielkanocny. Przypis własny J.M. 
 
Korekta na stronie: Brygida Jasińska, studentka kierunku e-edytorstwo i techniki redakcyjne na Uniwersytecie Marii Curie-Skłodowskiej w Lublinie.
 
Skrót artykułu: 

Waldemar Lobert (ur. 1942) to nauczyciel języka serbołużyckiego, mieszkający obecnie we wsi Kśišow, niem. Krischow, w okolicy miasta Cottbus/Chóśebuz. Wychował się w nieistniejącej już wsi Tšawnica, niem. Tranitz. Wieś ta leżała na wschodnim skraju kopalni odkrywkowej Cottbus-Nord i została całkowicie zniszczona na początku lat 80. XX wieku. Powodem była postępująca eksploatacja złóż węgla brunatnego na jej obszarze. Waldemar Lobert mieszkał razem z matką i siostrą u swojej cioci i jej rodziny, pochodzenia serbołużyckiego.

fot. J. Michniuk: Waldemar Lobert w szopie z narzędziami rolniczymi

Dział: 

Dodaj komentarz!