Scena, która woła

GrandMotherJazz

Ewelina Prokopiuk to wokalistka i saksofonistka w zespole GrandMotherJazz /, który zajął pierwsze miejsce w konkursie „Scena Otwarta” podczas Mikołajek Folkowych 2022, oraz laureatka Nagrody im. Anny Kiełbusiewicz dla najlepszej wokalistki. W rozmowie z Małgorzatą Adamczyk opowiedziała o podobieństwach muzyki ludowej i jazzu, emocjach związanych z „podwójnym zwycięstwem”, a także o planach zespołu.

Mikołajki Folkowe 2022
fot. J. Jeżak

Małgorzata Adamczyk: W jakich okolicznościach powstał wasz zespół?
Ewelina Prokopiuk: Z członkami zespołu [w składzie: Maciej Guzik – perkusja, Mikołaj Kołodziejczyk – piano, Mateusz Zielony – kontrabas – przyp. red.] trochę się znaliśmy. Mikołaja spotkałam w szkole muzycznej, z Mateuszem gram w zespole retro. Do kompletu potrzebowaliśmy perkusisty – Mateusz polecił Maćka. Weszli w ten projekt, chyba nawet nie wiedząc do końca, na czym będzie polegał – nie znali repertuaru tradycyjnego, ale zgodzili się, zaufali mi. Stworzyliśmy zespół. Nie zaczęliśmy od wspólnych prób i gry – pomysł pojawił się już dawno temu, jednak musiał dojrzeć. Na początku brakowało odwagi, ale cieszę się, że ten pierwotny pomysł udało się zrealizować dopiero teraz. Wcześniej zrobiłabym to inaczej. W końcu doszłam do wniosku, że nie ma na co czekać – trzeba zrobić to zgodnie z własnym sumieniem.

Skąd wynikała początkowa niepewność?
Uczyłam się od śpiewaków i śpiewaczek. Bałam się, że pogwałcimy te utwory. Zależało mi, żeby zawsze prezentować temat tak, by ktoś, kto nie zna takiej muzyki, mógł usłyszeć ją w prawdziwym kształcie. Gdybyśmy wykonywali ją wyłącznie po przerobieniu – ktoś mógłby nie poznać trzonu. Charakterystyczne dla muzyki jazzowej jest to, że na początku pojawia się temat muzyczny, a dopiero później improwizacja. Ludzie zazwyczaj pamiętają ten początek. To świetny sposób, żeby przekazać tradycyjną melodię i słowa, pokazać, jaki był pierwowzór. Zasługują na to zarówno odbiorcy, jak i twórcy – ludzie, którzy stworzyli tę muzykę lub przekazali ją dalej. Oczywiście instrumentarium mamy jazzowe, więc jest inaczej niż w oryginale [śmiech], ale zależy nam, by słuchacze mogli poznać niezmienioną melodię. Później następuje improwizacja.

Skąd pomysł na tak intrygującą nazwę zespołu?
Kiedyś podczas gry w „Czółko” dostałam kartę „Babkowe śpiwy, śpiewy”. Gdzieś to we mnie zostało. Podczas tworzenia zespołu wyszło GrandMotherJazz, chociaż początkowo był pomysł na nazwę GrandMother’sJazz. Niektórzy mówią, że jest to „Wielka Matka Jazzu”. Podoba mi się ta wieloznaczność. „BabciaJazz”, bo przecież czerpię repertuar od mojej babci, a także od innych pań, które również są już babciami. Nazwa uwydatnia, że jest to jazz z perspektywy babci.

Kiedy debiutowaliście?
Naszym debiutem był występ na Mikołajkach Folkowych. Trzeba mieć coś motywującego, żeby wystartować. U nas był to festiwal.

Skąd pomysł na połączenie jazzu i muzyki ludowej?
Połączenie muzyki tradycyjnej i jazzu nie jest innowacyjne, wiele osób robiło to wcześniej. Kiedy wygraliśmy konkurs „Scena Otwarta”, padły duże nazwiska, którymi inspiracje wyczuwano w naszej grze. Jeśli odwoła się do takich twórców, można się poczuć pewniej. Skoro Komeda grał tak pięknie i też sięgał po takie tematy, to jest to coś wartościowego. Mamy jako Polacy złoża muzyki tradycyjnej, którą powinniśmy pokazywać i z której powinniśmy się cieszyć. Połączenie śpiewu ludowego i jazzu było wyzwaniem. Zależało mi na tym, żeby nie zmieniać warstwy wokalnej. Chciałam zaśpiewać surowo, a jednocześnie podłożyć tam instrumental jazzowy – żeby to wszystko pięknie się łączyło. To jest to, nad czym pracowaliśmy i pracujemy. Scena nie jest wygodnym miejscem do śpiewu białego. Najlepiej brzmi on w sali, gdzie jest odpowiednia akustyka, echo, gdzie śpiewa się razem. Kiedy jest się na scenie, trzeba polegać na mikrofonie, odsłuchu.

Czy są jakieś elementy, które łączą oba te gatunki?
Na potańcówkach można usłyszeć skrzypków, którzy zapętlają oberki – robią to fantastycznie, ale nie myślą harmonią jazzową, robią to instynktownie. Pokazują to również koncerty, które odbywają się podczas Re:tradycji. Występuje tam zazwyczaj jeden wykonawca muzyki popowej czy jazzowej oraz muzyk tradycyjny. Spotykają się postaci z różnych światów. Instrumentalista, który jest po szkole czy akademii muzycznej, ma mnóstwo doświadczenia na dużych scenach. Skrzypek ludowy tych doświadczeń nie ma, a mimo to potrafią razem zagrać – ta umiejętność dowodzi kunsztu jednego i drugiego. Kiedy słucham nagrań pani Anny Malec, dostrzegam różnice w jej śpiewie. Przyjeżdżało do niej coraz więcej osób, by sporządzać nagrania. Ona dodawała więcej ozdób, melizmatów, to też jest ciekawe. Były to oczywiście mikroskopijne zmiany, ale się tym bawiła. Można powiedzieć, że improwizowała. To jak improwizacje w jazzie – ktoś gra i widać po jego oczach, że jest jak w transie. Ten trans można zauważyć i usłyszeć na taborze, potańcówce o czwartej nad ranem, kiedy grany jest oberek trwający piętnaście minut. Jak się widzi tych ludzi, tancerzy i muzyków, to jest właśnie ten szał w oczach. Myślę, że to również jest pewnym spoiwem z jazzem i improwizacjami, którym też trzeba się poddać. Wszystkim życzę, żeby tego doświadczyli przynajmniej raz.

Bardziej jazzowi czy bardziej ludowi?
Misją naszego zespołu nie jest to, by miał wystrzałowe solówki i był dla ludzi, którzy słuchają jazzu. Na Mikołajkach Folkowych ktoś podszedł i powiedział: „Nie lubię jazzu, ale fajnie graliście”. Tutaj jazz ma być nośnikiem muzyki tradycyjnej. Chcemy ją pokazywać. Najważniejszym elementem jest spoiwo. Chłopakom z jednej strony jest łatwiej, bo są na studiach jazzowych, a z drugiej – może być im trudniej, bo czasami ciężej się otworzyć na różne gatunki muzyczne, np. archiwalne nagrania dawnych śpiewaczek i muzykantów. Cieszę się, że jesteśmy spotkaniem różnych środowisk. Oni są ze świata jazzowego, a ja bardziej ze świata tradycyjnego. Próbujemy się spotkać i to połączyć. Myślę, że gdybyśmy wszyscy byli jazzowi, to ten zespół szedłby w inną stronę. W ten sposób możemy spajać różne elementy.

Jaka jest twoja przeszłość jako muzyka i wokalistki?
Kształciłam się wokalnie, ale było to kształcenie poza edukacją muzyczną szkolną, programową. Uczyłam się od osób, które śpiewają tradycyjnie. Oczywiście były jakieś chóry czy emisja głosu, ale jeśli chodzi o śpiew tradycyjny, jestem uczennicą Janiny Chmiel, Janiny Pydo, Ewy Grochowskiej, Pawła Grochockiego – to są moi mistrzowie. Jeżdżę też do wielu osób, by zbierać pieśni, przyśpiewki. Moja babcia podzieliła się ze mną niektórymi utworami, chociaż od niej to trzeba było, że tak powiem, wydrzeć. Dla niej nie jest to coś ważnego, to zwykłe piosenki. Kiedy nauczyłam się jakiejś pieśni, okazywało się, że babcia to zna i nagle „Wow”! Przypominała sobie coś, na przykład przyśpiewkę z wesela. Jeśli chodzi o przygotowanie instrumentalne, to uczyłam się grać na saksofonie od 13. roku życia w szkole i później na studiach muzycznych. Saksofony cały czas mnie inspirują. Szukam i myślę, że dopóki się uczę, dopóty to jest czegoś warte. Podobno, gdy człowiek mówi, że już wszystko umie, jego kariera się kończy. Maciej i Mikołaj studiują jazz w Lublinie, a ja z Mateuszem gramy w kapeli retro. Tak się imamy tego jazzu.

Jakie emocje towarzyszyły wam, gdy dowiedzieliście się o zakwalifikowaniu do konkursu, jakie przed samym występem na Mikołajkach Folkowych oraz po informacji o „podwójnym zwycięstwie”?
Na początku, kiedy wiedzieliśmy, że kwalifikacja do konkursu następowała w drodze głosowania, ucieszyliśmy się. Każdy z nas ma jakichś znajomych, zdobyć dwieście głosów – okej. Okazało się, że inne zespoły też starają się o głosy. Nagraliśmy krótki klip, żeby pokazać cokolwiek, bo nikt nas nie znał. O głosowaniu mówiliśmy wszystkim. Są takie historie, że pewna pani chodziła po wsi i zbierała głosy. Głosowały na nas koła gospodyń wiejskich. Zaczepialiśmy, kogo się dało, a ludzie nie chcieli głosować w ciemno, więc zrobiliśmy dla nich nagranie. Zaufali nam i głosowali. Chyba fajnie, że do końca byliśmy niepewni, czy wystąpimy, czy nie, bo dzięki temu dużo osób się o nas dowiedziało, chociaż jesteśmy świeżym zespołem. Pamiętam, że ogłoszenie wyników było o północy. Mieliśmy znaczną przewagę, więc było wiadomo, że raczej się zakwalifikujemy – odzywały się do mnie różne osoby i czułam się trochę jak w sylwestra, wszyscy odliczaliśmy do końca. Przyszło dużo dobrych życzeń, gratulacji – a dopiero udało nam się dostać do konkursu. Wtedy już wiedzieliśmy, że będziemy mieli swoją publiczność, te osoby trzymały za nas kciuki – i bardzo im dziękujemy. Wielu zapracowało na te głosy i wiedzieliśmy, że musimy dobrze zagrać, żeby ich nie zawieść. Cieszyliśmy się, że wystąpimy w konkursie. Każdy z nas ma za sobą trochę koncertów, więc stres nie paraliżuje – jest raczej pozytywna adrenalina. Kiedy jest się niedoświadczonym, człowiek trochę się boi. Później scena wręcz woła [śmiech]. Było trochę niedociągnięć, ale wydaje mi się, że była też autentyczność. Publiczność była wspaniała, czuło się, że nas polubiła, wspiera. Pamiętam, że ktoś nawet powiedział Mateuszowi: „Nie bierz kontrabasu, na pewno coś zajmiecie” – my sami jednak nie byliśmy pewni wyniku do samego końca. Dostaliśmy informację, że gramy na koncercie laureatów. Wyszliśmy na scenę i okazało się, że otrzymałam Nagrodę im. Anny Kiełbusiewicz dla najlepszej wokalistki konkursu, więc pomyśleliśmy: „Okej, fajnie, o to chodziło!” [śmiech]. Nagle dowiedzieliśmy się, że zajęliśmy pierwsze miejsce. Emocje były bardzo, bardzo duże – na koncercie i jeszcze przez wiele kolejnych dni. Na tych emocjach cały czas jedziemy i dzięki temu mamy siłę, pewność i energię, żeby działać dalej. To dla nas duża szansa. Wiemy, że warto.

Kiedy możemy spodziewać się waszej płyty? Jakie są wasze muzyczne plany?
Pytania o naszą płytę pojawiły się już po koncercie finałowym. Myślę, że jej wydanie jest jak najbardziej możliwe. Konkurs bardzo podbił nasze morale. Był dla nas sygnałem, że to, co robimy, jest dobre i się podoba. Teraz przede wszystkim pracujemy nad repertuarem. Mamy przygotowane nagrania dwóch utworów, chcemy zrobić ich więcej. Planujemy wypuścić je w świat, na razie w internecie.

 

Opracowanie i korekta na stronie internetowej: Wiktoria Kaczmarczyk 

 

Skrót artykułu: 

Ewelina Prokopiuk to wokalistka i saksofonistka w zespole GrandMotherJazz, który zajął pierwsze miejsce w konkursie „Scena Otwarta” podczas Mikołajek Folkowych 2022, oraz laureatka Nagrody im. Anny Kiełbusiewicz dla najlepszej wokalistki. W rozmowie z Małgorzatą Adamczyk opowiedziała o podobieństwach muzyki ludowej i jazzu, emocjach związanych z „podwójnym zwycięstwem”, a także o planach zespołu.

fot. J. Jeżak: Mikołajki Folkowe 2022

Dział: 

Dodaj komentarz!