Ra-ra-ra! Ra-ra-ra! Pannonica nadal gra

Nasz kolega opowiadał, że kiedyś doświadczył śpiewania przez parę godzin wszystkich piosenek za pomocą sylaby „ra”. Nie wierzyłam w relacjonowaną atrakcyjność tego wydarzenia, ale w zetknięciu ze zmasowaną muzyką instrumentów dętych potwierdzam, że to możliwe – na tegorocznej Pannonice był całkiem sporo „ra-ra-ra”, ale też „tru-tu-tu”.

 

Joanna Zarzecka

Festiwal muzyki bałkańskiej w Barcicach nad Popradem odbył się już po raz dziewiąty i w tym miejscu ostatni – choć nie ostatni w ogóle. Organizatorzy już zapowiedzieli, że „polska Gucza” będzie miała edycję jubileuszową w przyszłym roku – tylko jeszcze nie wiadomo gdzie.

Miałam nie dojechać, ale nie wytrzymałam i znów na przełomie sierpnia i września ruszyłam w Sądeckie na Pannonicę. Taka lokalizacja jest wadą i zaletą tego festiwalu, bo najpierw kusi przyrodą i otoczeniem, ale potem ta przyroda wyciąga człowieka w góry i odrywa od warsztatów i koncertów.

W tym roku było kameralniej, tłum festiwalowy był taki w sam raz, mieszczący się na łące przed sceną na terenie osady w Odnożynie, jak to dawniej bywało. Powrót do tradycji to dobry ruch: muzyka, jadło, napitki i kiermasze – wszystko w jednym miejscu. Przygody ze sceną przy drodze we wsi albo dzikie tłumy w roku, w którym przyjechał Goran Bregović (nawiasem mówiąc – z dość kiepskim występem), mimo że uzasadnione czynnikami zewnętrznymi, zniechęcały do festiwalu. Dobrze, iż w tym roku nie trzeba było eksperymentować.

Program z założenia był z grubsza ten sam co zawsze – od czwartku do soboty wieczorne koncerty na dużej scenie, a po drodze w dzień trochę warsztatów muzycznych, tanecznych, kulinarno-ziołowych, DIY i dla dzieci. Do tego raz na festiwal oficjalne „Guczodisko”, a w pozostałe dni nieoficjalna muzyka puszczana z głośników na afterparty w stodole. W tym roku do dodatkowych zajęć „warsztatowych” dołączyły degustacje win polskich producentów, a z ciekawostek tai-chi oraz spotkanie z Grzegorzem Brzozowiczem, który „odkrył dla Polaków Gorana Bregovicia”.

Festiwal otworzyły w czwartek 1 września koncerty Tryptyku z Polski, serbskiej Kristijan Azirović Orkestar oraz słowackiej kapeli Hrdza. Nie byłam na nich, więc naocznie nie potwierdzę, ale słyszałam głosy, że tym razem Słowakom „nie poszło”, a dwa pozostałe zespoły zagrały bardzo dobrze, rozkręcając wydarzenie.

Piątkowy koncert otworzyła Kommuna Lux z Ukrainy – z repertuarem niezbyt bałkańskim, ale mieszanym. Pierwsze trąbki tego dnia zachęciły publiczność do tańca. Zespół sam siebie określa jako „Odessa Gangsta Folk”, podkreślając związek z ukochanym miastem. Były tam hity klezmerskie, miejski folk i żartobliwe ballady o żwawych melodiach. Muzyka do śmiechu i do tańca, czasem trochę nostalgiczna, jak znany nam warszawski czy lwowski folk miejski.

Kommuna Lux przygotowała grunt dla Gipsy Groove – grupy z Kosowa – i to była prawdziwa petarda. Kosowarzy łączą autentyczną muzykę bałkańską i cygańską z jazzem, reggae, funkiem, ska czy drum and bass. Członkowie zespołu pochodzą z różnych grup etnicznych, z różnych środowisk i jeśli na to nałożyć produkowaną przez nich fuzję brzmień, mamy istny bałkański tygiel – bogaty i wymieszany jak sam półwysep. Można tego słuchać na koncercie, tańczyć, puścić sobie w samochodzie – wszędzie świetnie się nadaje! Gipsy Groove to taki zespół, po którym za wiele się człowiek nie spodziewa, a wychodzi z koncertu całkowicie kupiony.

Wieczór zwieńczyła gwiazda tego festiwalu – Fanfara Ciocarlia, która wystąpiła na Pannonice po raz drugi (poprzednio w 2017 roku), dając ponownie fantastyczny, pełen energii koncert – wyprzedzający atmosferą sobotnich (świetnych skądinąd) Serbów. Fanfara to legendarna orkiestra dęta z północnej Rumunii, z wioski Zece Prăjini. Zasłużenie utytułowani, uhonorowani i oklaskiwani na całym świecie, grają zawsze na 100%. Wprawdzie śpiewu skowronków ich granie nie przypomina (ciocarlia oznacza skowronka), ale siła dźwięku na pewno wznosi się na podobne ptasim wyżyny. Dwunastu muzyków – trąbki, tuby, puzony, saksofon i bębny – jest komu robić hałas. Zagrali swoje kompozycje, kawałki ludowe, niby-covery („Just the Two of Us”) szlagiery, ale właśnie to lubimy na festiwalach – żeby pomiędzy nowym znalazło się to, co dobrze znane i lubiane, tak więc „Evozore” poszło na tysiąc gardeł zachwyconej publiczności. W tym roku zespół obchodzi dwudziestopięciolecie istnienia i na specjalnie wydanej z tej okazji płycie nagrał szczególny utwór pt. „Pannonicated Polka (dedicated to Pannonica Festival)” – jako wyraz uznania dla festiwalu. Utwór ten jest oparty na melodii, która powstała podobno w Starym Sączu, a zawiera fragment ścieżki „Upływa szybko życie”. Sobotni wieczór był zimny, ale chyba nikomu, kto skakał pod sceną, chłodno nie było. Na początku wydawało się, że jest jakoś mało ludzi, a oni po prostu jeszcze się zjeżdżali, jedli, ubierali, na występie Węgrów się zagęściło, a na dwóch ostatnich (głównych) koncertach szalał już wielki tłum radosnych słuchaczy.

Scenę festiwalową otworzył międzynarodowy skład z Portugalii – Balklavalhau Kollektiv z muzyką Europy Wschodniej – od Bałkanów po Ukrainę. Muzycy pochodzą z Portugalii, Chile, Brazylii i Polski, grają utwory mniejszości etnicznych z różnych krajów, by podkreślić znaczenie małych grup w kreowaniu wielokulturowego świata. To bardzo przyjemna muzyka do tańca i do kotleta – poczułam w tej muzycznej podróży pocztówki z różnych festiwali, na których już byłam.

Po nich zagrali Węgrzy z Zűrös Banda, mój ulubieniec tego dnia, a to za sprawą wokalistki, Branki. Towarzyszy jej pięciu muzyków – na saksofonach, perkusji, gitarze basowej, skrzypcach, fletach, jednak to piękny, aksamitny głos tej dziewczyny nadaje ich muzyce rys charakterystyczny, odróżniając ją np. od Besh o Drom. Notabene pani Branka tak się wyróżnia, że za chwilę wystąpiła gościnnie z Bojanem Risticiem! Muzyka węgierskiego składu to czysty folk – łączenie wpływów bałkańskich i cygańskich, trochę Transylwanii, trochę Serbii, Węgier, Rumunii, ciut jazzu, odrobina popu – idealna mieszanka do tańca. Zűrös Banda dała bardzo różnorodny koncert – i mogłaby go powtórzyć nie tylko na bałkańskim festiwalu.

Szaleństwo taneczne rozkręciło się na dobre przy kolejnej formacji – Mascarimiri z Włoch, a konkretnie z prowincji Salento na południu. Grupa gra muzykę pizzica – ale po nowemu. Artyści nazywają to nowym słowem tradinnovazione, które łączy w sobie „tradycję” i „innowację”. Salento słynie z pizziki i z tego, że relatywnie mało jest tam turystów, a odpowiednio dużo pozostało w użyciu tradycji. Potężny Claudio „Cavallo” Giagnotti czerpie z niej garściami już od dwudziestu lat, dodaje elektronikę, dużo beatu i wraz z kolegami sprzedaje produkt pizzica-pop-dub. Mnie nie urzekł, bo jednak widziałam już na żywo surowsze wersje tej muzyki, ale Pannoniczanie go pokochali. Widziałam też na obrzeżach tłumu jedną tancerkę, która tańczyła fachową tarantellę (pizzikę) – co potwierdza, że to „ta” muzyka.

Finał Pannoniki należał do Bojan Ristić Brass Band z Serbii – jednego z bardziej znanych na Bałkanach brass-bandów. Bojan Ristić pochodzi z rodziny perkusistów, ale sam gra na trąbce, za to wystąpił na scenie również z licznymi krewnymi. Kiedy zaczął przedstawiać skład pod koniec występu, okazało się, że jest z nim bodajże troje braci, szwagier, zięć, syn i chyba tylko ze dwie osoby nie były spokrewnione. Ristić i jego orkiestra mają na koncie wiele sukcesów i pierwszych nagród na festiwalach w Guczy – a to najważniejsze Złote Trąbki dla tego gatunku muzyki. Ich występ to było bardzo dużo porządnego „ra-ra”, rytmu, tańca, radości. Lider zespołu umiejętnie sterował repertuarem kolejnych utworów i nastrojem publiczności. Rozpędzona machina festiwalowa nie mogła na koniec tak łatwo wyhamować. Nienasycony do końca tłum przesunął się w stronę stodoły na dobijanie imprezy przy muzyce z głośników.

Wypada dodać, że zwyczajem już stały się podziękowania płynące ze sceny w stronę wolontariuszy i wszystkich współorganizatorów, bez których festiwal by się nie odbył. Grupa osób pracujących przy wydarzeniu została nagrodzona gromkimi brawami.

W niedzielę rano można było w wiosce festiwalowej jeszcze wypić kawę czy zjeść śniadanie, a potem obowiązkowo podjechać lub podejść na punkt widokowy w pobliskiej Woli Kroguleckiej, skąd rozciąga się panorama od Babiej Góry. W tym roku przywiozłam nową koleżankę, która o różne rzeczy dopytywała i z różnych się cieszyła: A tu zawsze jest tyle ludzi?, Gdzie są te różne warsztaty?, Co to są prołziaki?, Jakie ładne te bilety-opaski! No więc fakt, karnet-opaska w tym roku był wyjątkowo ładny, można go z dumą nosić przez cały miesiąc po to, by na koniec sfotografować odpowiednio dowód rzeczowy, wysłać do organizatorów i otrzymać zniżkę na przyszłoroczną Pannonicę. A zatem challenge „Nie ściągamy!” przyjęty!

Joanna Zarzecka

 

Opracowanie i korekta na stronie internetowej: Wiktoria Kaczmarczyk 
Skrót artykułu: 

Nasz kolega opowiadał, że kiedyś doświadczył śpiewania przez parę godzin wszystkich piosenek za pomocą sylaby „ra”. Nie wierzyłam w relacjonowaną atrakcyjność tego wydarzenia, ale w zetknięciu ze zmasowaną muzyką instrumentów dętych potwierdzam, że to możliwe – na tegorocznej Pannonice było całkiem sporo „ra-ra-ra” , ale też „tru-tu-tu”.

Dział: 

Dodaj komentarz!