Przez północne Kresy na kres Północy (2)

Skandynawia

Kraniec Finnmarku, kraniec świata

Przekraczamy 70. równoleżnik i wjeżdżamy do Norwegii. Po wczorajszym upale nie ma śladu. Jest kilka stopni powyżej zera, do tego wieje przenikliwy wiatr. Naszym pierwszym celem jest Hornøya, niewielka wyspa położona na północno-wschodnim krańcu tego kraju. To prawdziwy ptasi raj – setki tysięcy mew, kormoranów, nurzyków, maskonurów, które rozpoznajemy po charakterystycznych dziobach, oraz alk zwanych „pingwinami północy”. Obserwujemy ich zachowanie, ptasie dyskusje, patrzymy, jak latają, chodzą, a nawet jak się wykluwają.

Na Hornøyę można dostać się stateczkiem pływającym z pobliskiego Vardø. Gdy wracamy do miasteczka, zwiedzamy jeszcze najdalej wysuniętą na północ twierdzę. Funkcjonowała tu od XIV wieku, choć istniejące obecnie zabudowania są znacznie nowsze. Przed domem komendanta rośnie jarzębina. Drzewo nie przetrwałoby w tutejszym klimacie, gdyby nie dzieci, które każdej jesieni owijają je i odwijają dopiero w czerwcu.

Kolejnego dnia jedziemy w kierunku Przylądka Północnego. Choć nie wracamy na południe, to w pewnym momencie klimat łagodnieje. Pojawia się kosodrzewina, potem drzewa – najpierw karłowate, później całkiem spore. Zielenią się, świeci słońce, temperatura robi się dwucyfrowa – istna wiosna. Nie na długo jednak. Zanim dotrzemy na Nordkapp, okolica znów robi się surowa i tundrzasta.

Przylądek Północny nie jest wcale najdalej wysuniętym na północ punktem Europy (ani Norwegii) – jakby nie liczyć. Nie może być północnym skrajem kontynentu, bo leży na wyspie. Magerøya, choć oddalona od lądu stałego o niewiele ponad kilometr, jest wyspą. Jeśli ktoś jedzie na Nordkapp bez mapy – organizowane są wycieczki autokarowe, w czasie których pozwala się turystom na kilkadziesiąt minut pobytu na przylądku – może się nawet nie zorientować, że opuścił stały ląd, bowiem droga samochodowa pokonuje cieśninę tunelem znacznie dłuższym niż jej szerokość, ciągnącym się prawie 7 km, do którego wjazdy z obu stron wykuto w  zboczach wzniesień. Wygląda to tak, jakbyśmy przejeżdżali pod masywem górskim: jak jedzie się pod Luboniem do Zakopanego albo przez tunele w Alpach.

Najdalej wysuniętym na północ punktem na kontynencie europejskim jest przylądek Nordkinn, odległy od bieguna o niecałe 5 km więcej niż Nordkapp (Nordkinn ok. 2107 km, Nordkapp 2102,3 km), ale położony dalej na wschód, dokąd nie prowadzi żadna droga. Natomiast Nordkapp, co ciekawe, nie jest nawet najdalej wysuniętym punktem Magerøi, bowiem nieodległy przylądek Knivsjellodden jest o ponad kilometr bliżej bieguna. Oczywiście – jeśli wziąć pod uwagę wszystkie europejskie wyspy, są takie miejsca, skąd do bieguna jest ponad dwa razy bliżej. Wyspę Rudolfa, należącą do rosyjskiego archipelagu Ziemia Franciszka Józefa, dzieli od bieguna zaledwie 911 km, zaś wyspę Rossøya w norweskim archipelagu Svalbard (tym, do którego należy Spitzbergen) – 1024 km.Najdalej wysuniętym na północ punktem na kontynencie europejskim jest przylądek Nordkinn, odległy od bieguna o niecałe 5 km więcej niż Nordkapp (Nordkinn ok. 2107 km, Nordkapp 2102,3 km), ale położony dalej na wschód, dokąd nie prowadzi żadna droga. Natomiast Nordkapp, co ciekawe, nie jest nawet najdalej wysuniętym punktem Magerøi, bowiem nieodległy przylądek Knivsjellodden jest o ponad kilometr bliżej bieguna. Oczywiście – jeśli wziąć pod uwagę wszystkie europejskie wyspy, są takie miejsca, skąd do bieguna jest ponad dwa razy bliżej. Wyspę Rudolfa, należącą do rosyjskiego archipelagu Ziemia Franciszka Józefa, dzieli od bieguna zaledwie 911 km, zaś wyspę Rossøya w norweskim archipelagu Svalbard (tym, do którego należy Spitzbergen) – 1024 km.

Nordkapp z pewnością jest najdalej wysuniętym na północ miejscem w Europie, do którego łatwo jest dotrzeć turystom. Dlaczego jednak wybrano to miejsce?

Blisko 500 lat temu pewien brytyjski żeglarz naniósł Nordkapp na mapę jako najdalszy skrawek Europy i tak już zostało. Wiek później pojawił się tutaj podróżnik uznawany za pierwszego turystę, Franciszek Negri.

„Oto dotarłem na Przylądek Północny, na kraniec Finnmarku, a śmiem też rzec, że na kraniec świata, boć nie masz dalej na północ miejsc, gdzie mieszkałby człowiek” – pisał włoski kapłan. Wydaje się, że nawet w XVII wieku istniały jakieś osady na Grenlandii, w jej północnej części. Dziś z pewnością ludzie przenieśli się znacznie dalej na północ. Ale wrażenie końca świata pozostaje.

Pobyt na przylądku – skorzystanie z parkingu, przejście na punkt widokowy i spacerowanie po okolicy – jest bezpłatny. Przy wjeździe można zakupić bilet, który uprawnia nas do zwiedzenia muzeum, oglądania filmów wyświetlanych w kinie, skorzystania ze sklepu czy restauracji. To w muzeum poznajemy między innymi postać ks. Negri, ale nie tylko. Oglądamy wystawy prezentujące historię eksploracji, osadnictwa, ale również żeglugi po tutejszych wodach – aż po konwoje murmańskie w czasie II wojny światowej. Z kolei na reprodukcjach prezentowanych map odnajdujemy mnóstwo poloniców.

Pora wracać na południe. Jeszcze na Magerøi zatrzymujemy się w Honningsvåg. Znajduje się tu pomnik psa, który… nie, nie jest odpowiednikiem misia Wojtka. Wprawdzie jego imię, Bamse, nawet oznacza misia, ale całe podobieństwo do Wojtka polega na wpisaniu psiaka na listę załogi statku wielorybniczego, który w czasie wojny został zmobilizowany.

Z wizytami u Saamów i wikingów

Już znacznie dalej na południe zatrzymujemy się w Alcie. Odkryto tutaj naskalne rysunki wykonywane przez pięć tysięcy lat, począwszy od początku V tysiąclecia przed naszą erą. Przedstawiają sceny połowów, polowań czy żeglugi. Naukowcy uważają, że były wykonywane z użyciem łodzi, a w momencie powstawania znajdowały się tuż nad poziomem morza. Ponieważ w tamtym czasie Skandynawia, uwolniona od ciężaru lodowca, stopniowo się wznosiła, najstarsze znajdują się najwyżej.

W muzeum, w którym można obejrzeć naskalne rysunki, zwiedzamy też wystawę poświęconą historii i kulturze Saamów, wystawę motocykli, a nawet schron przeciwatomowy.

Zbliżając się do Narwiku, zatrzymujemy się przy miejscach pamięci związanych ze zwycięską dla aliantów bitwą z Niemcami, w którym to zwycięstwie, jak wiemy, znaczny udział miała Samodzielna Brygada Strzelców Podhalańskich.

Docieramy na malownicze Lofoty. Tu znów, choć wciąż jesteśmy za kołem polarnym, wita nas coraz intensywniejszy upał. Zwiedzanie archipelagu zaczynamy od rybackiej wioski Henningsvær, zwanej Wenecją Północy. Wiele domów stoi na palach w wąskich cieśninach. Potem Bøstad. Tu odkryto swego czasu pozostałości największego na terenie Norwegii budynku z epoki wikingów. Budynek o rozmiarach 80×10 m zrekonstruowano. We wnętrzu możemy poczuć się jak w I tysiącleciu. Warsztaty, prezentacje, możliwość przymierzenia zbroi i wzięcia do ręki mieczy. Kto ma chęć, może spróbować grzejącej się w kociołku nad ogniem polewki. Do tego wiele opisów i prezentacji jest w języku polskim – Polacy stanowią sporą część personelu. A gdy udajemy się na przejażdżkę repliką wikińskiej łodzi, okazuje się, że wyprodukowano ją w Gdańsku.

Czas na posiłek. „Przybywający koleją żelazną do Pruszkowa, znajdą nową dogodność, gdyż założył tam restauracyę JP. Ridel kupiec Warsz., utrzymujący handel win i korzeni, a w czasie postu zadowalający amatorów wyśmienitem stokfiszem. Teraz w tej restauracyi w Pruszkowie, goście mogą mieć rozmajte posiłki” – pisała „Gazeta Krakowska” 25 czerwca 1845 roku, powołując się na „wiadomości zagraniczne” z Warszawy, z dnia 19 czerwca, a więc zaledwie pięć dni po otwarciu „Wiedenki”. Sztokfisz, znany w Polsce od wieków, to suszona ryba, zwykle dorsz. Po wynalezieniu chłodni – a następnie lodówek – stracił na popularności, ale na Lofotach wciąż suszy się ryby tradycyjnym sposobem. Małe porcje sztokfisza można kupić dosłownie wszędzie. Właśnie ten specjał jemy na obiadokolację, a potem dalej zwiedzamy piękny archipelag. Po 23 wsiadamy na prom, którym powrócimy na stały ląd i ostatnią słoneczną północ obserwujemy z morza, grając w hnefatafl.

Pielgrzymka do Nidaros

Po krótkim śnie dojeżdżamy do Egge. Zabytkowa protestancka świątynia bardziej przypomina kościół katolicki niż niektóre produkty współczesnej architektury sakralnej: retabulum z krucyfiksem w centrum i malowidłem przedstawiającym Ostatnią Wieczerzę. Są nawet balaski. Niedziela, więc czekamy na mszę, tutaj będzie po polsku. Przed Najświętszą Ofiarą ksiądz, widząc nowe twarze, wita się z nami, a po celebracji chwilę rozmawiamy. Kapłan mówi, że mamy wyjątkowe szczęście do pogody. Takie lato to tutaj rzadkość.

Po nabożeństwie niczym średniowieczni pielgrzymi udajemy się do grobu św. Olafa w Trondheim, czyli dawnym Nidaros. Król Norwegii w 1030 roku poniósł śmierć męczeńską podczas walk z pogańską reakcją. Świętość Olafa zaczęli głosić nawet ci, którzy za jego życia byli jego przeciwnikami. Kult błogosławionego monarchy stał się jednym z fundamentów norweskiego chrześcijaństwa i tożsamości narodowej.

Nad grobem Olafa wybudowano największą w Skandynawii gotycką katedrę. Relikwie świętego króla szybko stały się celem pielgrzymek. Wierni podążali do Nidaros niczym do Composteli – i tak samo czynią dzisiaj, gdy Droga do Nidaros, podobnie jak szlaki Jakubowe, przeżywa renesans.

Srebrnego sarkofagu św. Olafa nie zobaczymy. Ukradli go i przetopili duńscy okupanci. Podobnie jak fasadę katedry, którą odtworzono po odzyskaniu niepodległości na przełomie XIX i XX wieku. Jest przepiękna i – choć Norwegia była już w tym czasie od wieków protestancka – pełna rzeźb katolickich świętych.

Drabina Trolli i skansen w Lillehammer

Następnego dnia mamy w planie przejazd przez słynną Drabinę Trolli – Trollstigen – i zwiedzanie fiordów. Niestety, to jest właśnie ten dzień, kiedy przewidywania księdza z Egge sprawdzają się co do joty – pogoda zmienia się radykalnie. Spadkowi temperatury, do kilku stopni na wysokości ok. 1000 m, towarzyszy deszcz, a niskie chmury ograniczają widoczność. Wprawdzie samą Drabinę Trolli widzimy w całej okazałości, ale na dalekie widoki nie ma co liczyć. Również fiord Geiranger raz po raz ginie we mgle. Wysoko w kotlinach górskich możemy za to napatrzeć się na tutejszą surową przyrodę.

Gdy mijamy norweskie wioski, naszą uwagę zwracają drewniane kościoły, których architektura różni się od naszych „szlaków architektury drewnianej” od Dębna po Skuły, ale przecież nie na tyle, byśmy nie czuli się w tych miejscach specyficznie… swojsko.

Przepięknym zabytkiem norweskiej drewnianej architektury sakralnej jest dwunastowieczny kościół o konstrukcji słupowej z miejscowości Garmo, który można podziwiać w skansenie w Lillehammer. Dziś miejscowość ta, której nazwa oznacza „Młoteczek”, kojarzy się z zimową olimpiadą i skocznią, której rekord przez jakiś czas należał do Adama Małysza. Na skocznię można zajrzeć przy okazji, ale cały Boży dzień warto poświęcić – pamiętając przedtem o prowiancie – właśnie na tutejsze muzeum na świeżym powietrzu.

Kościółek z Garmo tchnie atmosferą sacrum. Znów mamy wrażenie, niejedyny raz  w tym muzeum, że pod zewnętrzną warstwą reformacji zostało w Norwegii coś katolickiego, coś trudnego do zdefiniowania, a nieobecnego w innych krajach protestanckich. Z czasów budowy kościoła, poza jego ścianami, pochodzi tylko jeden zabytek – chrzcielnica. Obrazy świętych są z różnych świątyń, a główny ołtarz, jak opowiada przewodniczka, wykonał miejscowy chłopak. Za młodu opuścił kraj i poszedł na naukę aż do Stuttgartu, a gdy wrócił, wykonał właśnie to arcydzieło.

Jest jeszcze kaplica rybacka: gołe ściany i kamienny ołtarz z widocznym z zewnątrz sepulcrum. To piętnastowieczny kościółek rybaków, którzy – jak informują muzealne materiały – zawsze charakteryzowali się głęboką religijnością.

Dalej uczymy się tradycyjnych sposobów łowienia ryb, ale nie tylko. Zaglądamy do zagród, obejść i dworków, gdzie trwają pokazy gotowania i produkcji tkanin. Ktoś karmi inwentarz – prawdziwa, żywa wieś. Wreszcie dochodzimy do szkoły – też sprzed dwóch wieków. Poznajemy norweski alfabet i dowiadujemy się, że należy nienawidzić Szwedów, którzy tyle lat niewolili kraj.

To jeszcze nie wszystko. Część skansenu stanowi miasteczko stworzone z domów, sklepów i ulic „zatrzymanych w kadrze” od końca XIX do połowy XX wieku. Jest nawet „dom dzieciństwa królowej Zofii” i dworzec kolejowy z pociągiem z epoki z „aktualnym” rozkładem jazdy z 1948 roku.

Nocujemy nad fiordem Dynekilen, po szwedzkiej stronie granicy. Spokojne wody zatoki kryją ponurą tajemnicę. W 1716 roku Duńczycy, przy minimalnych stratach własnych, rozbili tu szwedzką flotę. Było to jedno z ważniejszych zwycięstw koalicji Danii, Saksonii (będącej wówczas w unii personalnej z Polską) i Rosji w wojnie północnej, która dała Moskwie status kluczowego mocarstwa w tej części Europy – i otworzyła drogę do rozbiorów Rzeczypospolitej.

Skide godt, Egon!

W kopenhaskim kościele mariackim przed wiekami koronowano królów Danii. Dzisiejszy budynek powstał o wiele później, w XIX wieku, i nie jest zbyt zachwycający – nie przypomina dawnej romańskiej czy gotyckiej świątyni. Dalej idziemy Strøgetem. To pierwszy deptak w Skandynawii, powstał w 1962 roku i – podobnie jak dziś – wywoływało to protesty połączone z kasandrycznymi proroctwami o nadchodzącej zagładzie lokalnych sklepów i placówek usługowych, bo „nie będzie jak dojechać”. Zatrzymujemy się przy gotyckim kompleksie, który tworzy kościół Świętego Ducha i dom pod tym samym wezwaniem, gdzie w średniowieczu mieścił się szpital (z czasów pielgrzymek do Santiago de Compostela pamiętamy, że instytucja ta zaspokajała wówczas jeszcze więcej potrzeb niż obecnie, a w ogóle jej istnienie jest jednym z wielu owoców Christianitas). Te zabytki szczęśliwie przetrwały pożary i wraże oblężenia. Dziś w zabytkowym wnętrzu odkrywamy antykwariat oferujący między innymi – w niewiarygodnie niskich cenach – ogromny wybór płyt winylowych. Produkt, za który w Polsce trzeba zapłacić trzycyfrową sumę, tutaj kosztuje… połowę hot doga. Zaopatrujemy się w to, czego nam potrzeba, od Mazowsza z „Kukułeczką” (tak, można znaleźć dosłownie wszystko!) po muzykę country, a potem – „jeg har en plan”, jakby powiedział Egon Olsen. „Skide godt” (co w starszej wersji polskiego tłumaczenia kultowej duńskiej serii podano jako „klawo jak cholera”), idziemy na wspomniane hot dogi stanowiące miejscowy specjał. Zero kontrowersji – skoro kebab może być polskim daniem narodowym, to hot dogi nie mogą być duńskim?

W kolejnym dawnym kościele gotyckim – św. Mikołaja – znajduje się galeria sztuki. Na Wyspie Zamkowej, skąd bierze początek historia całego miasta, stoi obecnie dwudziestowieczny budynek parlamentu.

Pięknie za to prezentuje się Nowy Port – Nyhavn – w XVII wieku port towarowy, obecnie kanał i ulica zabudowana uroczymi, kolorowymi kamienicami. Warto przespacerować się wśród kawiarnianych ogródków, zrobić zdjęcia.

Nieco dalej Frederiksstaden – dzielnica stworzona w XVIII wieku przez królewskiego architekta Nikolaia Eigtveda w stylu rokoko. Tu znajduje się pałac Amalienborg, a także Kościół Marmurowy, który Eigtved zaprojektował na wzór watykańskiej Bazyliki Św. Piotra, z imponującą kopułą, a który początkowo wznoszono z norweskiego marmuru. Szybko okazało się, że Danii nie stać na inwestycję. Budowę przerwano, została dokończona dopiero pod koniec XIX wieku, dzięki wsparciu jednego z tutejszych przemysłowców. Na koniec idziemy na spacer do ogrodów zamku Rosenberg.

Kopenhaga została stolicą Danii dopiero w XV wieku. Wcześniej siedzibą króla było Roskilde, zrównane z ziemią w 1135 roku przez Racibora I w ostatnim, pacyfikacyjnym akcie błyskawicznej wojny rozpoczętej przez samych Duńczyków próbą najazdu na Pomorze. Pomorzanie i Ranowie najpierw rozbili flotę agresora, a potem z zaskoczenia zdobyli jego stolicę.

Nie dowiemy się o tej historii z wystaw w Muzeum Łodzi Wikingów, choć część z nich jest poświęcona historii militarnej, bitwom morskim i możliwościom obrony Roskilde przed atakiem od strony morza – ale norweskim.

By utrudnić wrogim okrętom przejście przez zatokę, zatopiono w niej kilka łodzi. To właśnie one, wydobyte z dna kilkadziesiąt lat temu, dały początek muzeum, w którym prezentowane są zachowane w dobrym stanie pozostałości, rekonstrukcje, a także wiele innych eksponatów historycznych. W warsztacie oglądamy budowę replik wikińskich łodzi, obok – prezentację skuteczności średniowiecznej broni. Można nawet wziąć udział w wyprawie wikińskiej.

Fabryka niemieckiej Wunderwaffe

Ostatniego dnia wstępujemy do muzeum w Peenemünde – po polsku Kujawic lub Pianoujścia. Tu, na wyspie Uznam, w 1937 roku Niemcy stworzyli Wojskowy Ośrodek Badawczy, gdzie prowadzono prace nad konstrukcjami rakietowymi. Właśnie w Peenemünde stworzono V-1 i V-2. Polski wywiad interesował się ośrodkiem już przed wojną, a tajemnice niemieckich bomb latających rozpracowała powołana przez Komendę Główną AK grupa pod kierownictwem Antoniego Kocjana. Znajdujemy nawet fiszkę z jego nazwiskiem, ale nie ma informacji o tym, jak Niemcy go torturowali, aż w końcu, 13 sierpnia 1944 roku, rozstrzelali.

Mniej zdeterminowani zwiedzający pewnie nie docierają nawet do tych szczątkowych informacji. Trudno odnieść wrażenie, że muzeum ma nie tylko wybielać niemiecką odpowiedzialność za zbrodnie, ale wręcz przypisać Niemcom jak największe zasługi w dziele podboju kosmosu (szef ośrodka, Werner von Braun, po wojnie pracował dla NASA). Zadbano wprawdzie o to, żeby nie można było powiedzieć, że historia hitleryzmu czy fakt wykorzystywania pracy niewolniczej („cudzoziemskich pracowników” według nomenklatury muzeum) zostały całkowicie pominięte, ale są przedstawione tak, by nie wpływały na ogólny przekaz. Mimo to warto się tu zatrzymać, jest to miejsce związane z historią, również Polski, i zgromadzono tu wiele eksponatów.

Ewa Jasińska

Redakcja na stronie Alicja Jasińska, studentka e-edytorstwa i technik redakcyjnych

 

Skrót artykułu: 

Oto ciąg podróży od północnych Kresów po państwa skandynawskie. Pierwsza część tekstu ukazała się w „Piśmie Folkowym” nr 171.

fot. z arch. aut.

Dział: 

Dodaj komentarz!