
Dorota Szparaga
Przełęcz Lagem Pass, Gruzja
fot. z arch. aut.
Od momentu, kiedy zrezygnowała z etatu, odbyła podróż na Kaukaz, napisała książkę, zrealizowała swoje pierwsze warsztaty i zamieszkała w schronisku. Mieszka tam do dzisiaj, zajmuje się promocją i dystrybucją swojej książki, a przede wszystkim planuje kolejne podróże. Dorota Szparaga – kobieta, która jako pierwsza przeszła solo 860 kilometrów przez Mały Kaukaz. Z podróżniczką rozmawiała Agnieszka Góra-Stępień.
Dorota Szparaga na naszą rozmowę przychodzi ze swoją książką Szlak Transcaucasian ARMENIA.
To jest publikacja, która dopiero się ukazała.
Świeżutka.
Świeżutka.
Dlaczego ją napisałaś?
Pomysł napisania książki pojawił się, kiedy pokonałam szlak Via Alpina. Pracowałam na etacie. Zaczęłam pisać, ale kolejne godziny przed komputerem: to było nierealne. Kiedy przeszłam szlak Transcaucasian, który wiedzie przez Gruzję i Armenię, to uznałam, że muszę tę książkę napisać. Zrezygnowałam z etatu. Ten szlak mnie zachwycił, Armenia to kraj nieodkryty. Owszem, są tam turyści, ale jeżdżą do miejsc oczywistych. W tej książce jest kilka rzeczy. Z jednej strony to pamiętnik z podróży. Z drugiej – to obraz podróży, piękne zdjęcia. A trzeci aspekt to pokazanie prawdziwej Armenii: ludzi, traktowania kobiety-Europejki podróżującej solo, bezpieczeństwa, konfliktu ormiańsko-azerskiego. Od mężczyzny nie dowiesz się, czy kobieta podróżująca samotnie po Kaukazie jest bezpieczna pośrodku niczego, czyli pośród gór. Wydaje mi się, że dosyć dobrze wniknęłam w ten kraj. Mówię po rosyjsku, więc miałam bezpośredni kontakt z tymi ludźmi. Próbowałam się nauczyć ormiańskiego, ale to jest jednak język bardzo trudny. To, co jest w tej książce, to informacje – takie praktyczne, dotyczące podróży w to miejsce.
Pomysł napisania książki pojawił się, kiedy pokonałam szlak Via Alpina. Pracowałam na etacie. Zaczęłam pisać, ale kolejne godziny przed komputerem: to było nierealne. Kiedy przeszłam szlak Transcaucasian, który wiedzie przez Gruzję i Armenię, to uznałam, że muszę tę książkę napisać. Zrezygnowałam z etatu. Ten szlak mnie zachwycił, Armenia to kraj nieodkryty. Owszem, są tam turyści, ale jeżdżą do miejsc oczywistych. W tej książce jest kilka rzeczy. Z jednej strony to pamiętnik z podróży. Z drugiej – to obraz podróży, piękne zdjęcia. A trzeci aspekt to pokazanie prawdziwej Armenii: ludzi, traktowania kobiety-Europejki podróżującej solo, bezpieczeństwa, konfliktu ormiańsko-azerskiego. Od mężczyzny nie dowiesz się, czy kobieta podróżująca samotnie po Kaukazie jest bezpieczna pośrodku niczego, czyli pośród gór. Wydaje mi się, że dosyć dobrze wniknęłam w ten kraj. Mówię po rosyjsku, więc miałam bezpośredni kontakt z tymi ludźmi. Próbowałam się nauczyć ormiańskiego, ale to jest jednak język bardzo trudny. To, co jest w tej książce, to informacje – takie praktyczne, dotyczące podróży w to miejsce.
To, co mnie szczególnie zaskoczyło, to ludzie. Pojechałam tam sama. Miałam koleżankę, która jest przewodnikiem gruzińskim. Jest Polką, jednak nie jest ich. Na lotnisko przyjechał po mnie Araik, który jest przewodnikiem ormiańsko-polskim. Jest z pochodzenia Ormianinem, ale notabene z Górskiego Karabachu. Mieszkał w Polsce chyba przez 10 lat, zna doskonale polski. Kiedy się dowiedział, że ja chcę ten Kaukaz przejść, to się złapał za głowę i powiedział, że to jest niemożliwe, że tam jest niebezpiecznie, że mi się na pewno coś stanie i że w ogóle on w życiu by się nie porwał na taką podróż, chociaż przeżył wojnę w Górskim Karabachu i zna góry. Z automatu wcielił się w rolę mojego opiekuna. Miałam GPS, inReach. To urządzenie do nawigacji. Przez internet można obserwować moją lokalizację. Araik dostał tę informację, podobnie jak kilka osób z Polski. One były daleko, więc gdyby coś mi się stało, to nie mogłyby pomóc. Teoretycznie to urządzenie miało mi zapewnić bezpieczeństwo, bo mogę wysłać sygnał SOS. Na Kaukazie to działa tak, że sygnał sobie możesz wysłać, ale nie wiesz, kiedy przyjdzie pomoc. Tam nie ma formalnych służb ratunkowych, jak na przykład w Alpach. Od początku do końca musisz liczyć na siebie i bardzo uważać.
Wystarczy się pośliznąć, kostkę skręcić, prawda?
Oczywiście, to dziki teren. Organizatorzy mówią, że to jest droga dla osób doświadczonych, które mają umiejętność nawigacji. Twierdzą, że w Armenii szlak jest wyznaczony, ale chętnie z nimi podyskutuję, co to znaczy. Definicja może być naprawdę bardzo różna. W Polsce szlak wyznaczony to droga, gdzie jest widoczna ścieżka, gdzie są znaki. Tam były rzadko. Duża część terenu była nieprzebieżna, po prostu przedzierasz się przez roślinność. Ta roślinność była kłująca. Było 40 stopni, na początku próbowałam chodzić w długich spodniach, ale stwierdziłam, że wolę mieć podrapane nogi, więc codziennie wieczorem było wyciąganie kolców.
Oczywiście, to dziki teren. Organizatorzy mówią, że to jest droga dla osób doświadczonych, które mają umiejętność nawigacji. Twierdzą, że w Armenii szlak jest wyznaczony, ale chętnie z nimi podyskutuję, co to znaczy. Definicja może być naprawdę bardzo różna. W Polsce szlak wyznaczony to droga, gdzie jest widoczna ścieżka, gdzie są znaki. Tam były rzadko. Duża część terenu była nieprzebieżna, po prostu przedzierasz się przez roślinność. Ta roślinność była kłująca. Było 40 stopni, na początku próbowałam chodzić w długich spodniach, ale stwierdziłam, że wolę mieć podrapane nogi, więc codziennie wieczorem było wyciąganie kolców.
A czy w ogóle ktokolwiek był na tym szlaku?
Przede mną parę osób było.
Przede mną parę osób było.
Ale czy mijałaś innych ludzi?
W samej Armenii spotkałam dokładnie 17 osób, przy czym 8 jednego dnia. Widziałam na przykład pary damsko-męskie. Chodzenie w duecie to jest zupełnie inna zabawa. Pomijam fakt, że masz bagaż rozłożony na dwie osoby. Najważniejsze jest to, że możesz z kimś przegadać decyzję. Ja byłam sama, więc praktycznie cały czas musiałam myśleć, uważać. Do tego trzeba było się bardzo szybko przyzwyczaić. Organizm się nie wyciszał. Cały czas byłam jak taki nakręcony robocik, bo poziom adrenaliny był kosmiczny. Jednak się nie bałam. W takiej drodze wyostrzają się wszystkie zmysły, masz oczy dookoła głowy, obserwujesz ludzi, teren. To się rodzi naturalnie, instynktownie. Ja się tam czuję dużo lepiej niż w cywilizacji. To jest taka, jak mówię, obserwacja-adaptacja. Pomimo wszystkich trudności, które dla większości ludzi są nie do pokonania, ja wymyślam sobie ciężkie szlaki, bo chcę poznawać nowe rejony, iść tam, gdzie jeszcze nikogo albo prawie nikogo nie było. Oczywiście za każdym razem moje wyobrażenie jest takie: okej, to nie będzie łatwe. Po czym przyjeżdżam na ten szlak i okazuje się, że jest pięć razy trudniejszy, niż myślałam. Potem organizm się adaptuje. Kiedy dotarłam do Gruzji i się pojawiały łatwiejsze odcinki, to się nudziłam. Jak miałabym teraz pojechać na jakiś szlak europejski, to nie wiem, co miałabym tam robić. Na pewno są jeszcze miejsca, które chciałabym w Europie zobaczyć, ale nie odnajduję przyjemności w tego typu podróżowaniu. Przede wszystkim tam jest mnóstwo ludzi. Nie ma wolności, przestrzeni, odkrywania czegoś nowego. Pozostaje tylko wysiłek fizyczny, ale etap udowadniania sobie, że coś umiem zrobić albo że umiem przejść trzy tysiące kilometrów, już mam za sobą.
W samej Armenii spotkałam dokładnie 17 osób, przy czym 8 jednego dnia. Widziałam na przykład pary damsko-męskie. Chodzenie w duecie to jest zupełnie inna zabawa. Pomijam fakt, że masz bagaż rozłożony na dwie osoby. Najważniejsze jest to, że możesz z kimś przegadać decyzję. Ja byłam sama, więc praktycznie cały czas musiałam myśleć, uważać. Do tego trzeba było się bardzo szybko przyzwyczaić. Organizm się nie wyciszał. Cały czas byłam jak taki nakręcony robocik, bo poziom adrenaliny był kosmiczny. Jednak się nie bałam. W takiej drodze wyostrzają się wszystkie zmysły, masz oczy dookoła głowy, obserwujesz ludzi, teren. To się rodzi naturalnie, instynktownie. Ja się tam czuję dużo lepiej niż w cywilizacji. To jest taka, jak mówię, obserwacja-adaptacja. Pomimo wszystkich trudności, które dla większości ludzi są nie do pokonania, ja wymyślam sobie ciężkie szlaki, bo chcę poznawać nowe rejony, iść tam, gdzie jeszcze nikogo albo prawie nikogo nie było. Oczywiście za każdym razem moje wyobrażenie jest takie: okej, to nie będzie łatwe. Po czym przyjeżdżam na ten szlak i okazuje się, że jest pięć razy trudniejszy, niż myślałam. Potem organizm się adaptuje. Kiedy dotarłam do Gruzji i się pojawiały łatwiejsze odcinki, to się nudziłam. Jak miałabym teraz pojechać na jakiś szlak europejski, to nie wiem, co miałabym tam robić. Na pewno są jeszcze miejsca, które chciałabym w Europie zobaczyć, ale nie odnajduję przyjemności w tego typu podróżowaniu. Przede wszystkim tam jest mnóstwo ludzi. Nie ma wolności, przestrzeni, odkrywania czegoś nowego. Pozostaje tylko wysiłek fizyczny, ale etap udowadniania sobie, że coś umiem zrobić albo że umiem przejść trzy tysiące kilometrów, już mam za sobą.
Zaczęłam w podróżowaniu odkrywać coś głębszego. Wcześniej żyłam w szaleństwie cywilizacyjnym: tu praca, tu wakacje, oczywiście chciałam zobaczyć jak najwięcej, a jednocześnie zrealizować się tak ambicjonalnie, bo mam zacięcie sportowe. To było bardziej chyba takie, powiedziałabym, zaliczanie. Czasem słucha się o podróżach i ludzie wyliczają: przez trzy dni odwiedziłem pięć krajów, zaliczyłem 10 muzeów i tak dalej. Fajnie, bo uzupełniasz swoją wiedzę, ale ja zaczynam jakby iść w tę stronę, że nie zależy mi na zaliczaniu. Dla porównania: trzy tysiące kilometrów zrobiłam w 94 dni (Via Alpina), a w Armenii 860 kilometrów w 39 dni. Mogłam przelecieć tę Armenię, zaliczyć ją, ale ja bym tam nie przeżyła połowy tego, co przeżyłam. Nie byłabym w tylu cudownych miejscach. Zaczęłam od południa Armenii. Tam jest taka wioska Megri, 10 kilometrów od granicy z Iranem. Idzie się przez góry. Przez 42 kilometry nie ma ludzi, nie ma zwierząt, nie ma domów, są tylko ruiny. Jedyne istoty, które można tam spotkać, to żołnierze. Nie, węża jeszcze spotkałam, tak. Wiem, że tam też było dużo niedźwiedzi, bo widziałam wiele ich odchodów. Wilków pewnie tam nie było, bo by umarły z głodu. Czym one się będą żywić? No, raczej nie niedźwiedziami. I tak dopiero trzeciego dnia trafiłam do cywilizacji.
No właśnie, ludzie?
Mój pierwszy kontakt z miejscową ludnością był podczas wesela. Poszłam do jakiegoś monastyru. Plan był taki, że sobie tam zrobię posiłek, tym bardziej że niedaleko znajdowało się źródełko z wodą. Tam było wesele. Poszłam do tego źródełka, a wokół niego były miejsca piknikowe. Wtedy się dowiedziałam, że Ormianie uwielbiają biesiadować. Pomiędzy grupkami ludzi usiadłam z tymi swoimi „liofilami”, bo miałam tego typu jedzenie. Tam sobie zrobiłam posiłek i się zaczęło. Najpierw przyszła jakaś dziewczyna, przyniosła mi kawę. Jak jeden zobaczył, że ona mi przyniosła kawę, to przyniósł mi piwo. Potem ktoś mi dał ciasto, potem coś jeszcze. Jak usłyszeli, że gadam po rosyjsku, to już był koniec. Zaczęli się zlatywać, po prostu mnie zagadywać i ja w końcu tego „liofila” nie zjadłam. Musiałam z nimi wypić kielicha, bo bez kielicha mnie nie puścili. Trzeba się przyzwyczaić do tego, że będą cię regularnie częstować alkoholem.
Mój pierwszy kontakt z miejscową ludnością był podczas wesela. Poszłam do jakiegoś monastyru. Plan był taki, że sobie tam zrobię posiłek, tym bardziej że niedaleko znajdowało się źródełko z wodą. Tam było wesele. Poszłam do tego źródełka, a wokół niego były miejsca piknikowe. Wtedy się dowiedziałam, że Ormianie uwielbiają biesiadować. Pomiędzy grupkami ludzi usiadłam z tymi swoimi „liofilami”, bo miałam tego typu jedzenie. Tam sobie zrobiłam posiłek i się zaczęło. Najpierw przyszła jakaś dziewczyna, przyniosła mi kawę. Jak jeden zobaczył, że ona mi przyniosła kawę, to przyniósł mi piwo. Potem ktoś mi dał ciasto, potem coś jeszcze. Jak usłyszeli, że gadam po rosyjsku, to już był koniec. Zaczęli się zlatywać, po prostu mnie zagadywać i ja w końcu tego „liofila” nie zjadłam. Musiałam z nimi wypić kielicha, bo bez kielicha mnie nie puścili. Trzeba się przyzwyczaić do tego, że będą cię regularnie częstować alkoholem.
A czy można odmówić?
Musisz naprawdę odmawiać co najmniej kilka razy i mówić, że bierzesz leki. To jest jedyny argument. Gościny nie możesz odmówić.
Musisz naprawdę odmawiać co najmniej kilka razy i mówić, że bierzesz leki. To jest jedyny argument. Gościny nie możesz odmówić.
Dajmy na to, ktoś nie je mięsa...
Nawet nie ma sensu tego tłumaczyć. W jednym obozie na szczęście zapytali mnie, czy zarżnąć barana, więc nie zarżnęli. Oni są jednak biedni. To nie jest tak, że codziennie jedzą mięso. To, co mnie zaskoczyło, to serdeczność tych ludzi. Trzeba się nauczyć z nimi rozmawiać.
Nawet nie ma sensu tego tłumaczyć. W jednym obozie na szczęście zapytali mnie, czy zarżnąć barana, więc nie zarżnęli. Oni są jednak biedni. To nie jest tak, że codziennie jedzą mięso. To, co mnie zaskoczyło, to serdeczność tych ludzi. Trzeba się nauczyć z nimi rozmawiać.
Miałaś kontakt nie tylko z mieszkańcami tych turystycznych miejscowości.
To są dzikie góry, ale właśnie tam są ci pasterze. Jak oni mnie spotykali, to pierwszym ich pytaniem było, czy się nie zgubiłam, a drugim – czy mi nie pomóc albo jak mi pomóc. To mnie najbardziej zaskoczyło w Armenii. Kiedy chodziłam po szlakach długodystansowych w Europie, to kobiety, widząc inną samotną kobietę, mówiły: „Super, jesteś dzielna”. Mężczyźni byli wkurzeni, że jakaś blondyneczka jest w czymś od nich lepsza, tym bardziej że szłam przez Alpy, więc naprawdę pokonywałam ponadprzeciętne odległości.
To są dzikie góry, ale właśnie tam są ci pasterze. Jak oni mnie spotykali, to pierwszym ich pytaniem było, czy się nie zgubiłam, a drugim – czy mi nie pomóc albo jak mi pomóc. To mnie najbardziej zaskoczyło w Armenii. Kiedy chodziłam po szlakach długodystansowych w Europie, to kobiety, widząc inną samotną kobietę, mówiły: „Super, jesteś dzielna”. Mężczyźni byli wkurzeni, że jakaś blondyneczka jest w czymś od nich lepsza, tym bardziej że szłam przez Alpy, więc naprawdę pokonywałam ponadprzeciętne odległości.
W Armenii ludzie się bardzo o mnie troszczyli i zawsze mnie zapraszali na kawę, przy czym zaproszenie na kawę wygląda tak, że masz kawę i do tej kawy nagle stół zaczyna się nakrywać. Nawet w obozach pasterskich.
Widzę, że pasterze na zdjęciach w Twojej książce piją kawę w filiżankach. Bardzo elegancko.
W Armenii nieważne jest, gdzie pijesz kawę, zawsze ją dostaniesz w filiżance. Pasterze mają namioty, bardzo często mieszkają w samochodach. To jest zaskakujące. Europejczycy mają luksusowego kampera, którym podróżują, i się tym jarają. Tak naprawdę cały czas są gdzieś w cywilizacji, mogą się umyć i mogą iść po zaopatrzenie. W górach Armenii ludzie żyją w dziczy w tych samochodach. Mimo to w obozach pasterskich zawsze będziesz miała łóżko, wygodny materac i pościel, a kobiety będą chodzić w szlafrokach. Może nie będą spać w koronkowej bieliźnie, bo na wysokości 2800 metrów to się nie sprawdzi, ale one się ubierają normalnie, tak jakby żyły w domu. Ich życie się przenosi tam i zaopatrzenie do nich jest dostarczane. To też zależy od statusu.
W Armenii nieważne jest, gdzie pijesz kawę, zawsze ją dostaniesz w filiżance. Pasterze mają namioty, bardzo często mieszkają w samochodach. To jest zaskakujące. Europejczycy mają luksusowego kampera, którym podróżują, i się tym jarają. Tak naprawdę cały czas są gdzieś w cywilizacji, mogą się umyć i mogą iść po zaopatrzenie. W górach Armenii ludzie żyją w dziczy w tych samochodach. Mimo to w obozach pasterskich zawsze będziesz miała łóżko, wygodny materac i pościel, a kobiety będą chodzić w szlafrokach. Może nie będą spać w koronkowej bieliźnie, bo na wysokości 2800 metrów to się nie sprawdzi, ale one się ubierają normalnie, tak jakby żyły w domu. Ich życie się przenosi tam i zaopatrzenie do nich jest dostarczane. To też zależy od statusu.
Jaki czas mieszkają w tych obozach?
Cały sezon: od trzech do cztery miesięcy. Mają przestrzeń, żeby paść bydło. Na zimę schodzą niżej, muszą sobie zgromadzić zapasy jedzenia. Oni naprawdę bardzo ciężko pracują. Tam życie jest bardzo proste. To rolnictwo i pasterstwo w dużej mierze. Mają złoża różnego rodzaju, więc są też miejsca, gdzie ludzie pracują w fabrykach. O stolicy nie mówię, bo stolica jest w ogóle nieadekwatna do tego, co jest w pozostałej części Armenii, teraz jest w stołecznym regionie dużo Rosjan. Erywań to jest miasto, w którym jest drożej niż w Polsce. Ładne jest to miejsce, ciekawe architektonicznie, ma ciekawą kulturę. Tak naprawdę dopiero teraz zaczynam się tym interesować. Kiedy tam jechałam, nie miałam zbyt wiele czasu na takie rzeczy. Po prostu musiałam jak najszybciej tę podróż logistycznie ogarnąć.
Cały sezon: od trzech do cztery miesięcy. Mają przestrzeń, żeby paść bydło. Na zimę schodzą niżej, muszą sobie zgromadzić zapasy jedzenia. Oni naprawdę bardzo ciężko pracują. Tam życie jest bardzo proste. To rolnictwo i pasterstwo w dużej mierze. Mają złoża różnego rodzaju, więc są też miejsca, gdzie ludzie pracują w fabrykach. O stolicy nie mówię, bo stolica jest w ogóle nieadekwatna do tego, co jest w pozostałej części Armenii, teraz jest w stołecznym regionie dużo Rosjan. Erywań to jest miasto, w którym jest drożej niż w Polsce. Ładne jest to miejsce, ciekawe architektonicznie, ma ciekawą kulturę. Tak naprawdę dopiero teraz zaczynam się tym interesować. Kiedy tam jechałam, nie miałam zbyt wiele czasu na takie rzeczy. Po prostu musiałam jak najszybciej tę podróż logistycznie ogarnąć.
Szlak zaplanować.
Tak. Poza tym ciężko czytać o kraju, w którym nie byłaś. Coś czytasz, ale kompletnie nie rozumiesz, o co chodzi. To są takie suche fakty. Teraz mogę je połączyć z tym, co widziałam i kogo spotkałam. No i ci pasterze. Im paradoksalnie się łatwiej żyje w tych górach, bo przynajmniej nie muszą sobie sami organizować zboża, jedzenia, paszy dla zwierząt.
Tak. Poza tym ciężko czytać o kraju, w którym nie byłaś. Coś czytasz, ale kompletnie nie rozumiesz, o co chodzi. To są takie suche fakty. Teraz mogę je połączyć z tym, co widziałam i kogo spotkałam. No i ci pasterze. Im paradoksalnie się łatwiej żyje w tych górach, bo przynajmniej nie muszą sobie sami organizować zboża, jedzenia, paszy dla zwierząt.
Jednocześnie to, co mnie w nich ujęło, to ich szczerość, otwartość, ufność, proste życie. Miałam też różne refleksje, że może oni są biedni, ale żyją lepiej niż my. Nie mogą wyjechać, nie mają pieniędzy na to czy na tamto, ale od strony takiej zdrowotnej to żyją naprawdę lepiej. Jedzą lepsze jedzenie, żyją w środowisku naturalnym, nie mają takiego stresu cywilizacyjnego. Mają zupełnie inny system wartości, mają honor. Kiedy wracasz z takiej podróży, nagle trafiasz do świata, gdzie musisz przestawić swój tryb działania. Miałam taką „zwiechę” w pisaniu tej książki, kończyłam też 50 lat w zeszłym roku, w grudniu. I mówię: dobra, to pojadę sobie do schroniska w Polsce. Takie było moje marzenie po Kaukazie, żeby nie spotykać się w ogóle z ludźmi, bo ja tam trochę zdziczałam. A tu jak na złość, od kiedy wróciłam, każdy chciał ze mną się spotkać. To tak działa, jak zrobisz coś takiego, to nagle się wszyscy Tobą interesują, a Ty akurat nie masz kompletnie na to ochoty. Po Alpach miałam na to ochotę, a po Kaukazie nie. Zrealizowałam, co miałam do zrealizowania, przeżyłam, co miałam do przeżycia. Owszem, dzieliłam się tym na Facebooku na bieżąco, ale chciałam zatrzymać się w schronisku i pisać. Dwa miesiące później pojechałam na Szczeliniec. Tam skończyłam tę książkę. Tam się przez przypadek zatrudniłam i tam mieszkam do tej pory. Trafiłam na takiego Zbyszka Franczukowskiego z Polanicy Zdroju. Dostał tę książkę do redakcji i on się zachwycił. Bardzo dużo też do niej wniósł. Nie redagował bezmyślnie, choć nigdy nie był w życiu w Armenii.
Korekta na stronie: Brygida Jasińska, studentka kierunku e-edytorstwo i techniki redakcyjne na Uniwersytecie Marii Curie-Skłodowskiej w Lublinie.
Skrót artykułu:
Od momentu, kiedy zrezygnowała z etatu, odbyła podróż na Kaukaz, napisała książkę, zrealizowała swoje pierwsze warsztaty i zamieszkała w schronisku. Mieszka tam do dzisiaj, zajmuje się promocją i dystrybucją swojej książki, a przede wszystkim planuje kolejne podróże. Dorota Szparaga – kobieta, która jako pierwsza przeszła solo 860 kilometrów przez Mały Kaukaz. Z podróżniczką rozmawiała Agnieszka Góra-Stępień.
fot. z arch. aut.: Przełęcz Lagem Pass, Gruzja
Dział: