
Teraz częściej niż kiedyś sięgam do pamięci i oglądam to, co zapisało się tam podczas mojego długiego życia. Czasem wspomagam się zdjęciami, o ile są, bo przecież to, że teraz robi się je nagminnie, nie oznacza, że tak samo było w przeszłości. To, co znalazłam dziś, to obrazki i wspomnienia z pierwszej po odzyskaniu niepodległości podróży zagranicznej – na Wileńszczyznę. To był rok 1992, bieda – czy tu, czy tam – wielka. Tam jeszcze większa. W pasie schowane dolary, kupione przeze mnie z diet radiowych w kantorze, by móc cokolwiek zapłacić śpiewakom, których miałam nadzieję spotkać i na grać. Wóz transmisyjny Polskiego Radia zajeżdżał do kolejnych wiosek czy przysiółków (już nie Robur, a Ford Transit), a ja przenosiłam się w świat znany z opowieści, literatury i wcześniejszych wyobrażeń o Litwie oraz o mieszkających tam Polakach. Pamiętałam wcześniejszą opowieść cymbalisty Jana Hołubowskiego o opuszczeniu wileńskich stron rodzinnych po II wojnie i zabraniu do Polski głównie cymbałów. Ci, do których przyjechałam, w ogóle Polski nie opuścili, tylko trwali w radzieckim trudzie, zachowując język polski w mowie i pieśni.
Odwijam taśmę mojej pamięci i widzę mały domek na skraju lasu, przysiółek o nazwie Dajnova. Tuż przed nim stoi pani Helena i radośnie uśmiecha się na widok samochodu z napisem „Polskie Radio”. „Polacy przyjechali” – oznajmia, choć jesteśmy tylko my, ona i gęsi. Za chwilę rozpoczyna się pierwsze nagranie i następuje pierwszy zachwyt: Pływam ja, pływam jak łabędź po wodzie, zajzdrują ludzie, zajzdrują ludzie mojej urodzie. A po tem sypią się pieśni nieznane, bo lokalne: Tam po deżdźu, po majowym, złota tęcza spływa z nieba i ulubiona pieśń wileńskich Polaków: Szumiała dąbrowa, wojacy jechali, to mego Jasieńku na wojnę zabrali, a w niej naturalna apokopa i ośmiomiar, jak to na Litwie. Moja dusza się raduje, a to przecież dopiero początek spotkań, nagrań, porannych wyjazdów i nocnych powrotów.
W kolejnych dniach następne spotkania, z których wspomnę jeszcze dwa. Pierwsze to szlachecka okolica, czyli zaścianek – wieś Półstoki, mały, skromny drewniany domek, kobierce na ścianach. Przed mikrofonem zasiada z godnością, przejęta wagą chwili, Jadwiga Molis. Zapyta na przeze mnie, czy zwykłe wioski różniły się od szlacheckich, mówi: „Wioskowi rozmawiali po prostu, a szlachecka okolica po polsku”. Z tamtej strony jeziora stoi lipka zielona, a na tej lipce, na tej zielonej trzej ptaszkowie śpiewają – śpiewa pieśni jedna za drugą, zupełnie inne niż pani Helena.
Jesteśmy niedaleko Ejszyszek, a tam jedyna kobieta cymbalistka, Tekla Wincukiewicz z domu Rodzie wiczówna. I znów zdaję sobie sprawę, że jestem w kraju Mickiewicza, pani Tekla z przejęciem opowiada: Stała sień nam nowina, pani pana zabiła. Wreszcie siostry Okuniewicz w Trokach: W zielonym gaiku czerwieni jagody, na koniku wronym jedzie ułan, panicz młody. W głowie się kręci od tych wspaniałości literatury ludowej przechowywanej na Wileńszczyźnie wśród Polaków… To było 34 lata temu. Nasuwa się pytanie, czy dziś jeszcze można usłyszeć te pieśni w tak naturalnym kontekście od osób urodzonych przeważnie w latach 20 XX wieku? Czy też był to już dosłownie ostatni moment, by je zarejestrować, utrwalić w tej postaci? Taśma mojej pamięci nie chce się zatrzymać, to taśma radiowa przecież. Może jeszcze kiedyś coś z niej tu wydobędę…Na koniec dziękuję Marii Krupo wies za przewodnictwo po ludziach i wioskach.
Maria Baliszewska
Maria Baliszewska w felietonie wraca pamięcią do swojej pierwszej zagranicznej podróży na Wileńszczyznę w 1992 roku oraz opisuje wyjątkowe spotkania z Polakami mieszkającymi wówczas na Litwie.